niedziela, 19 kwietnia 2015

Ostatni Nocny Tramwaj (1/2)

- Ale się najebałem – wymamrotałem i nie było w tym zbytniej przesady. W głowie miałem istną karuzelę, w ustach metaliczny posmak alkoholu a w brzuchu szalał sztorm o sile 10 stopni w skali Beauforta. Trudno się jednak dziwić, imprezy u Chemika zawsze miały rozmach, a że dziś były jego urodziny to bez jakiejś naprawdę epickiej libacji obyć się nie mogło. Nie wiem ile litrów wódki wlałem w siebie tego wieczora, ale taka ilość niejednego zwaliłaby z nóg. Mnie zresztą też wódka nie oszczędziła. Ostatnim wysiłkiem woli powstrzymywałem mdłości, opierając się o front jakiejś kamienicy. Lodowate grudniowe powietrze bezlitośnie przenikało przez zdecydowanie za cienkie jak na tę porę roku ubranie. Kiedy wychodziłem z domu była jednak dużo lepsza pogoda, ale jak na złość w przeciągu tych kilku przepitych, imprezowych godzin znacznie się ochłodziło. Żałowałem teraz, że nie wróciłem z innymi do akademika, zawsze można było przebiedować u kogoś w pokoju do rana. Cóż, jakaś wrodzona, silniejsza ode mnie siła kazała mi na przekór wszystkiemu i wszystkim jechać do własnego mieszkania. A przynajmniej spróbować, gdyż póki, co na pewno w nim nie byłem. Rozejrzałem się. Świat dookoła skąpany był w mglistym świetle ulicznych latarni i neonowych szyldów sklepów. Obok mnie zielonym, rażącym oczy blaskiem świeciła się witryna monopolowego. Nie mogłem wybrać lepszego miejsca. Ostrożnie, żeby czasem nie sprowokować wzbierającej w żołądku fali do gwałtownego wydostania na zewnątrz, rozejrzałem się po okolicy. Powoli, przez zalegającą wszędzie mleczną mgłę zacząłem rozróżniać szczegóły budynków
- Dworzec Główny – wyszeptałem z ulgą.
Nie było tak źle. Obok mnie znajdował się przystanek autobusowy, z którego odjeżdżał 610, linia tak bliska sercu, która już nieraz mnie wiozła nietomnego do domu. Spojrzałem na zegarek, ale dziwnym trafem wskazówki zlały się z cyferkami w jedną czarną plamę. Rozkład też był nieczytelny.
- I na chuj płacę za bilety, kiedy MPK takie dziadostwo odpierdala – nie mogłem powstrzymać się od komentarza – czyste złodziejstwo!
Kilka osób, także stojących na przystanku, obejrzało się w moją stronę z wyrzutem. Najwyraźniej wypowiedziałem swe myśli na głos. I to na pewno nie szeptem. Zmierzyłem ich morderczym wzrokiem. Powinni czuć to, co ja a nie udawać wielkie oburzenie. Zwykle jestem spokojnym człowiekiem, ale alkohol jak wiadomo zmienia ludzi, a ja byłem coraz bardziej sfrustrowany tą całą sytuacją. Zimno, w głowie się kręci a autobusu jak nie ma tak nie ma. Całe szczęście nikt nie zareagował na moje spojrzenie. Każdy zajęty był swoimi sprawami. Większość osób, jak ja, wracało z mniej lub bardziej zakrapianego spotkania. Inni, ci, których nie odchylała od pionu siła niekoniecznie grawitacji, skończyli zapewne nocną zmianę, było też kilku podróżnych z walizkami na kółkach.
Minuty upływały powoli, sztorm szalejący w żołądku tracił na sile, ale 610 wciąż nie przyjeżdżało. Nagle, kiedy już prawie podjąłem bohaterską, jak zawsze pod wpływem procentów, decyzję o wracaniu na piechotę, w oddali zamajaczyła mi sylwetka tramwaju. Odetchnąłem z ulgą.
- Podjadę sobie na pętlę a stamtąd z buta – postanowiłem.
Upragniony tramwaj zbliżał się majestatycznie, światło reflektorów rozpływało się w gęstej mgle zalewając przystanek złocistą poświatą. Trochę zdziwiło mnie, że zamiast Basztową maszynista pojechał przez Obrońców Westerplatte, ale ucieszony samym faktem pojawienia się jakiegokolwiek transportu przestałem nad tym rozmyślać. Tak samo jak nad tym, że nigdzie na bocznej ścianie starego, poczciwego Konstala nie było tabliczki z numerem linii. Na tym przystanku z nocnych tramwajów zatrzymywał się tylko, 69 więc na dwieście procent to musiał być on.
Hamulce pisnęły przeciągle, kiedy motorniczy zatrzymał swój pojazd. Podszedłem chwiejnie do środkowego wagonu i po chwili otworzyły się drzwi, ale nikt z nich nie wyszedł. Nawet i lepiej, bo nie trzeba się było przepychać. Spojrzałem na innych podróżnych, tylko chyba dwie osoby, dość dobrze wstawione wsiadały ze mną. Powstrzymując kolejny komentarz na temat ludzkiej głupoty i czekania kolejną godzinę na spóźniający się autobus wspiąłem się na schody. Wewnątrz tramwaju panowała grobowa cisza, ale czego się można spodziewać o 4 nad ranem, kiedy nikt już nie ma siły ani możliwości prowadzenia zażartych rozmów. Chwytając się oparć dotarłem do tylnej części wagonu i zająłem miejsce przy oknie. Zawsze tak robiłem wracając z imprez. W razie problemów żołądkowych kilka łyków świeżego powietrza pomaga lepiej niż niejeden lek.
Drzwi zamknęły się z hukiem i tramwaj ruszył przed siebie. Oparłem się o szybę. Mgła widziana zza okna wydawała się gęstsza i jakaś taka mlecznobiała. Nie miałem jednak ochoty na podziwianie widoków. Pozostali pasażerowie też niezbyt mnie interesowali. Wtuliłem się w siedzenie i nie pamiętam, w którym momencie zasnąłem.

****************************************
Nie pamiętam ile spałem, ale nie był to sen spokojny. Przed oczami wirowały mi na wpół już zapomniane sceny z urodzin Chemika. Wtem do mych uszu doszedł ochrypły a zarazem przesiąknięty jakąś dziwną melancholią głos. Przetarłem oczy, ziewnąłem przeciągle i po chwili rozróżniałem już słowa.  Brodaty mężczyzna, ubrany niewiele lepiej od bezdomnego śpiewał Whisky  Dżemu przy akompaniamencie starej akustycznej gitary. Z początku pomyślałem, że to jakiś hipster, ale nie miał przy sobie iPoda. Kolejny krakowski bard, może on też kiedyś wygra X-Factora. Powoli jednak dałem się unieść jego grze i moja ironia rozpłynęła się w mgle, która dalej niepodzielnie władała nocnym Krakowem. Nagle tramwaj zaczął hamować. Wyjrzałem przez okno, bo byłem ciekaw dokąd już zajechałem. Nie martwiłem się zbytnio, bo w razie czego i tak dojechałbym do pętli, z której już niedaleko do mojego mieszkania.
- Co u licha? – szepnąłem zaskoczony. Przez zalegającą wszędzie białą maź dostrzegłem iskrzącego się niebiesko-żółtymi neonami Lidla. I to dość dobrze znanego Lidla – Mam chyba zwidy – racjonalna, wytrzeźwiała już część mojego mózgu próbowała jakoś to sobie wytłumaczyć. Że niejeden sklep tej sieci jest w Krakowie, że one wszystkie w zasadzie są do siebie podobne. Jak jednak wytłumaczyć cienie dwóch wieżowców majaczące w oddali? To na pewno jest Prądnik Biały. Ale przecież tu nie ma tramwajów. Racjonalny „ja” nie poddawał się. Przeniosłem się w czasie? Pytał się ten bardziej marzycielski, lub bardziej pijany; ciężko się zdecydować. Od dłuższego czasu planowana jest linia tramwajowa na moje osiedle, ale realizacja tego pomysłu idzie bardzo powoli. No, ale, skoro jakimś cudem dla mnie ta linia się pojawiła, to nie będę narzekał. Kiedy tylko drzwi się otworzą spadam stąd i do łóżeczka, wreszcie się wyspać.
Nie wysiadłem jednak. Nie mam pojęcia, dlaczego, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Tym razem ciało zwyciężyło nad umysłem.
A mówią, że silną wolą można góry przenosić – znów stałem się ironiczny.
Zamiast mnie w drzwiach pojawiła się para dobrze mi znanych osiedlowych meneli. Starszy, brązowowłosy mężczyzna z długą brodą opadającą mu na pierś w starym, podartym czarnym kapeluszu i łachmanach, wśród których nie dało się rozróżnić poszczególnych części garderoby. Obok niego zaś stała równie wiekowa, choć zapewne sporo postarzona przez alkohol, kobieta. Jej czarne, przetłuszczone włosy wystawały spod śmiesznej, zabrudzonej czapki z pomponikiem. Małe, spuchnięte oczka rozglądały się nieufnie po całym wagonie.
- Mietek, kurwa, weź się rusz – zrugała swego męża? Kochanka? Najbezpieczniej, i najprzyzwoiciej będzie chyba jak powiem towarzysza. 
- Co się kurwa drzesz?! – odpowiedział na bluzg bluzgiem pan Mietek – Trza go wziąć ze sobą – pokazał palcem na stojący na chodniku stary dziecięcy wózek, w którym trzymali chyba dorobek całego życia.
Kobieta jednak pokręciła głową.
- A na chuj nam on? Cieplej Ci będzie z nim? Chcesz marznąć to se marznij. Wsiadam – jej skrzekliwy, na pewno nie kobiecy głos rozległ się w tramwaju. Argumentacja ta jednak podziałała. Brodacz, rzucając jeszcze ostatnie, tęskne spojrzenie na wózek, wszedł do środka razem ze swą towarzyszką. Całe szczęście usiedli z dala ode mnie. Zapewne ich zapach nie był najprzyjemniejszy a przy moim obecnym stanie wdychanie takich perfum mogłoby się źle skończyć. Wtedy na pewno bym się już na nogach nie mógł utrzymać a tak to jest szansa, że na następnym przystanku uda mi się opuścić ten dziwny pojazd.
Ruszyliśmy a para alkoholików, zazwyczaj kłócąca się co chwilę, dziwnie zamilkła. Co więcej, kobieta wtuliła się w ramię Mietka a on delikatnie gładził jej włosy. Kuriozalny widok, ale przecież każdy ma prawo kochać i być kochanym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz