- Ale się najebałem – wymamrotałem i nie
było w tym zbytniej przesady. W głowie miałem istną karuzelę, w ustach
metaliczny posmak alkoholu a w brzuchu szalał sztorm o sile 10 stopni w skali Beauforta.
Trudno się jednak dziwić, imprezy u Chemika zawsze miały rozmach, a że dziś
były jego urodziny to bez jakiejś naprawdę epickiej libacji obyć się nie mogło.
Nie wiem ile litrów wódki wlałem w siebie tego wieczora, ale taka ilość
niejednego zwaliłaby z nóg. Mnie zresztą też wódka nie oszczędziła. Ostatnim wysiłkiem
woli powstrzymywałem mdłości, opierając się o front jakiejś kamienicy. Lodowate
grudniowe powietrze bezlitośnie przenikało przez zdecydowanie za cienkie jak na
tę porę roku ubranie. Kiedy wychodziłem z domu była jednak dużo lepsza pogoda,
ale jak na złość w przeciągu tych kilku przepitych, imprezowych godzin znacznie
się ochłodziło. Żałowałem teraz, że nie wróciłem z innymi do akademika, zawsze
można było przebiedować u kogoś w pokoju do rana. Cóż, jakaś wrodzona,
silniejsza ode mnie siła kazała mi na przekór wszystkiemu i wszystkim jechać do
własnego mieszkania. A przynajmniej spróbować, gdyż póki, co na pewno w nim nie
byłem. Rozejrzałem się. Świat dookoła skąpany był w mglistym świetle ulicznych
latarni i neonowych szyldów sklepów. Obok mnie zielonym, rażącym oczy blaskiem
świeciła się witryna monopolowego. Nie mogłem wybrać lepszego miejsca.
Ostrożnie, żeby czasem nie sprowokować wzbierającej w żołądku fali do
gwałtownego wydostania na zewnątrz, rozejrzałem się po okolicy. Powoli, przez
zalegającą wszędzie mleczną mgłę zacząłem rozróżniać szczegóły budynków
- Dworzec Główny – wyszeptałem z ulgą.
Nie było tak źle. Obok mnie znajdował
się przystanek autobusowy, z którego odjeżdżał 610, linia tak bliska sercu, która
już nieraz mnie wiozła nietomnego do domu. Spojrzałem na zegarek, ale dziwnym
trafem wskazówki zlały się z cyferkami w jedną czarną plamę. Rozkład też był
nieczytelny.
- I na chuj płacę za bilety, kiedy MPK takie
dziadostwo odpierdala – nie mogłem powstrzymać się od komentarza – czyste złodziejstwo!
Kilka osób, także stojących na
przystanku, obejrzało się w moją stronę z wyrzutem. Najwyraźniej wypowiedziałem
swe myśli na głos. I to na pewno nie szeptem. Zmierzyłem ich morderczym
wzrokiem. Powinni czuć to, co ja a nie udawać wielkie oburzenie. Zwykle jestem
spokojnym człowiekiem, ale alkohol jak wiadomo zmienia ludzi, a ja byłem coraz
bardziej sfrustrowany tą całą sytuacją. Zimno, w głowie się kręci a autobusu
jak nie ma tak nie ma. Całe szczęście nikt nie zareagował na moje spojrzenie.
Każdy zajęty był swoimi sprawami. Większość osób, jak ja, wracało z mniej lub
bardziej zakrapianego spotkania. Inni, ci, których nie odchylała od pionu siła
niekoniecznie grawitacji, skończyli zapewne nocną zmianę, było też kilku
podróżnych z walizkami na kółkach.
Minuty upływały powoli, sztorm szalejący
w żołądku tracił na sile, ale 610 wciąż nie przyjeżdżało. Nagle, kiedy już
prawie podjąłem bohaterską, jak zawsze pod wpływem procentów, decyzję o
wracaniu na piechotę, w oddali zamajaczyła mi sylwetka tramwaju. Odetchnąłem z
ulgą.
- Podjadę sobie na pętlę a stamtąd z
buta – postanowiłem.
Upragniony tramwaj zbliżał się
majestatycznie, światło reflektorów rozpływało się w gęstej mgle zalewając
przystanek złocistą poświatą. Trochę zdziwiło mnie, że zamiast Basztową
maszynista pojechał przez Obrońców Westerplatte, ale ucieszony samym faktem
pojawienia się jakiegokolwiek transportu przestałem nad tym rozmyślać. Tak samo
jak nad tym, że nigdzie na bocznej ścianie starego, poczciwego Konstala nie
było tabliczki z numerem linii. Na tym przystanku z nocnych tramwajów
zatrzymywał się tylko, 69 więc na dwieście procent to musiał być on.
Hamulce pisnęły przeciągle, kiedy motorniczy
zatrzymał swój pojazd. Podszedłem chwiejnie do środkowego wagonu i po chwili
otworzyły się drzwi, ale nikt z nich nie wyszedł. Nawet i lepiej, bo nie trzeba
się było przepychać. Spojrzałem na innych podróżnych, tylko chyba dwie osoby,
dość dobrze wstawione wsiadały ze mną. Powstrzymując kolejny komentarz na temat
ludzkiej głupoty i czekania kolejną godzinę na spóźniający się autobus wspiąłem
się na schody. Wewnątrz tramwaju panowała grobowa cisza, ale czego się można
spodziewać o 4 nad ranem, kiedy nikt już nie ma siły ani możliwości prowadzenia
zażartych rozmów. Chwytając się oparć dotarłem do tylnej części wagonu i
zająłem miejsce przy oknie. Zawsze tak robiłem wracając z imprez. W razie
problemów żołądkowych kilka łyków świeżego powietrza pomaga lepiej niż niejeden
lek.
Drzwi zamknęły się z hukiem i tramwaj
ruszył przed siebie. Oparłem się o szybę. Mgła widziana zza okna wydawała się
gęstsza i jakaś taka mlecznobiała. Nie miałem jednak ochoty na podziwianie
widoków. Pozostali pasażerowie też niezbyt mnie interesowali. Wtuliłem się w
siedzenie i nie pamiętam, w którym momencie zasnąłem.
****************************************
Nie pamiętam ile spałem, ale nie był to
sen spokojny. Przed oczami wirowały mi na wpół już zapomniane sceny z urodzin
Chemika. Wtem do mych uszu doszedł ochrypły a zarazem przesiąknięty jakąś
dziwną melancholią głos. Przetarłem oczy, ziewnąłem przeciągle i po chwili
rozróżniałem już słowa. Brodaty
mężczyzna, ubrany niewiele lepiej od bezdomnego śpiewał Whisky Dżemu przy
akompaniamencie starej akustycznej gitary. Z początku pomyślałem, że to jakiś
hipster, ale nie miał przy sobie iPoda. Kolejny krakowski bard, może on też
kiedyś wygra X-Factora. Powoli jednak dałem się unieść jego grze i moja ironia
rozpłynęła się w mgle, która dalej niepodzielnie władała nocnym Krakowem. Nagle
tramwaj zaczął hamować. Wyjrzałem przez okno, bo byłem ciekaw dokąd już
zajechałem. Nie martwiłem się zbytnio, bo w razie czego i tak dojechałbym do
pętli, z której już niedaleko do mojego mieszkania.
- Co u licha? – szepnąłem zaskoczony.
Przez zalegającą wszędzie białą maź dostrzegłem iskrzącego się
niebiesko-żółtymi neonami Lidla. I to dość dobrze znanego Lidla – Mam chyba
zwidy – racjonalna, wytrzeźwiała już część mojego mózgu próbowała jakoś to
sobie wytłumaczyć. Że niejeden sklep tej sieci jest w Krakowie, że one
wszystkie w zasadzie są do siebie podobne. Jak jednak wytłumaczyć cienie dwóch
wieżowców majaczące w oddali? To na pewno jest Prądnik Biały. Ale przecież tu
nie ma tramwajów. Racjonalny „ja” nie poddawał się. Przeniosłem się w czasie?
Pytał się ten bardziej marzycielski, lub bardziej pijany; ciężko się
zdecydować. Od dłuższego czasu planowana jest linia tramwajowa na moje osiedle,
ale realizacja tego pomysłu idzie bardzo powoli. No, ale, skoro jakimś cudem
dla mnie ta linia się pojawiła, to nie będę narzekał. Kiedy tylko drzwi się
otworzą spadam stąd i do łóżeczka, wreszcie się wyspać.
Nie wysiadłem jednak. Nie mam pojęcia,
dlaczego, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Tym razem ciało zwyciężyło nad
umysłem.
A mówią, że silną wolą można góry
przenosić – znów stałem się ironiczny.
Zamiast mnie w drzwiach pojawiła się
para dobrze mi znanych osiedlowych meneli. Starszy, brązowowłosy mężczyzna z
długą brodą opadającą mu na pierś w starym, podartym czarnym kapeluszu i łachmanach,
wśród których nie dało się rozróżnić poszczególnych części garderoby. Obok
niego zaś stała równie wiekowa, choć zapewne sporo postarzona przez alkohol,
kobieta. Jej czarne, przetłuszczone włosy wystawały spod śmiesznej, zabrudzonej
czapki z pomponikiem. Małe, spuchnięte oczka rozglądały się nieufnie po całym
wagonie.
- Mietek, kurwa, weź się rusz – zrugała
swego męża? Kochanka? Najbezpieczniej, i najprzyzwoiciej będzie chyba jak
powiem towarzysza.
- Co się kurwa drzesz?! – odpowiedział
na bluzg bluzgiem pan Mietek – Trza go wziąć ze sobą – pokazał palcem na
stojący na chodniku stary dziecięcy wózek, w którym trzymali chyba dorobek
całego życia.
Kobieta jednak pokręciła głową.
- A na chuj nam on? Cieplej Ci będzie z
nim? Chcesz marznąć to se marznij. Wsiadam – jej skrzekliwy, na pewno nie
kobiecy głos rozległ się w tramwaju. Argumentacja ta jednak podziałała.
Brodacz, rzucając jeszcze ostatnie, tęskne spojrzenie na wózek, wszedł do
środka razem ze swą towarzyszką. Całe szczęście usiedli z dala ode mnie.
Zapewne ich zapach nie był najprzyjemniejszy a przy moim obecnym stanie
wdychanie takich perfum mogłoby się źle skończyć. Wtedy na pewno bym się już na
nogach nie mógł utrzymać a tak to jest szansa, że na następnym przystanku uda
mi się opuścić ten dziwny pojazd.
Ruszyliśmy a para alkoholików, zazwyczaj
kłócąca się co chwilę, dziwnie zamilkła. Co więcej, kobieta wtuliła się w ramię
Mietka a on delikatnie gładził jej włosy. Kuriozalny widok, ale przecież każdy
ma prawo kochać i być kochanym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz