Przeglądanie ksiąg zajęło
czarodziejom resztę dnia i większą część nocy, jednak zbyt wielu informacji na
temat Issurela nie znaleźli. Kapłani Vellara dwoili się i troili wyszukując dla
nich prastare manuskrypty, ale żaden z nich poza krótkimi wzmiankami nie
opisywał dokładniej proroka. Mimo to, mając niejakie pojęcie o jego historii
magowie z pomocą nieodstępującego ich niemal na krok Zagratha postanowili zbadać
jaskinię, w której według legend i podań miał spoczywać Issurel do czasu
swojego zmartwychwstania. Zmartwychwstania, o którym księgi nie wzmiankowały
inaczej jak o jednej wielkiej mistyfikacji. Lyrona akurat ta kwestia mało
interesowała. Zawsze uważał, że kapłani są strasznie zazdrośni o wiernych i
nawet wśród oficjalnie akceptowalnych kultów nieraz zdarzały się przypadki
dyskredytowania danego bóstwa i podkradania jego wyznawców. Tak zapewne było i
w tym przypadku.
Zmrok zapadał nad Ursalisem,
kiedy przed wrota głównej światyni Vellara w mieście zajechało dwóch
nekromantów. Obaj ubrani byli w czarne płaszcze, ale pod nimi kryło się pełne
wyposażenie uczniów tej szkoły magii. Kościane różdżki i stalowe krisy
zatknięte mieli za pasy, wzdłuż których umocowano woreczki kryjące w sobie
różnorodne substancje i eliksiry pomocne w rzucaniu potężniejszych czarów. Tors
Lyrona zdobiła także kościana zbroja, imitująca klatkę piersiową ze
wzmocnieniami wzdłuż żeber i na mostku. Patrim zamiast niej miał na sobie
czarny, skórzany kaftan w strukturę którego wpleciono delikatne kościane nici.
Obie zbroje mimo swojego niepozornego wyglądu, dzięki zaklęciu jakie na nie
rzucono były niezwykle trudne do przebicia. Jedynie na dłonie nekromanci
postanowili nie zakładać żadnych magicznych pierścieni. Co prawda spodziewali
się problemów z wyznawcami proroka podczas przeszukiwania jego grobu, ale jak
najdłużej chcieli pozostać anonimowi.
Po chwili pojawił się Zagrath,
jak zawsze ubrany w brązowy płaszcz. Na plecach niósł niewielki, także brązowy
tobołek a w prawej dłoni trzymał długi, sękaty i z pozoru niczym
niewyróżniający się drewniany kij. Obaj nekromanci przeczuwali jednak, że tak
naprawdę jest to jakaś potężna broń. Kapłan jednak, pomimo pytającego wzroku
nekromantów, nie pospieszył z wyjaśnieniami tylko zaczął wyglądać Amarona.
- Mogłem być dla niego milszy w
gospodzie – pomyślał Lyron. Potrafił jednak opanować pulsującą w nim ciekawość
i korzystając z okazji przyglądnął się za to dokładniej samej świątyni.
Poprzedniego dnia rezydował głównie w jej wnętrzu, wśród niezliczonych manuskryptów,
nie miał więc czasu na podziwianie tej monumentalnej budowli. Składały się na nią
dwie części. Większa, skryta była w zboczu masywu skalnego widniejącego nad
miastem, w której znajdowały się niedostępne dla zwykłych ludzi pomieszczenia,
w tym właśnie archiwum oraz sypialnie kapłanów. Druga zaś, zbudowana na planie
kwadratu przysadzista konstrukcja była właściwym miejscem kultu, w którym
odbywały się nabożeństwa. Jak wszystkie świątynie boga ziemi powinna być zbudowana z nieciosanego kamienia. Wzdłuż
ścian i na rogach stały masywne głazy, głęboko wkopane w ziemię. Z zewnątrz
wydawać się mogło, że między nimi znajdują się spore odstępy ale dośrodkowo od
nich wybudowano drugi mur, tym razem ceglasty, szczelnie oddzielający wnętrze
od suchego ursalitańskiego powietrza. Dach świątyni stanowił olbrzymi, płaski
blok piaskowca, wciągnięty tam prawdopodobnie za pomocą magii. Mniej więcej
pośrodku niego ustawiona została szklana piramida, osłaniająca owalny otwór,
przez który do środka wpadały promienie światła. Tak więc mimo, że na zewnątrz
budowla wydawała się spełniać wymogi tradycji, nie była jej wierna w każdym
calu. Podobne do niej, ale dużo mniejsze i skromniejsze świątynie rozsiane były
po całym mieście, a jedna nawet znajdowała się na Przedmurzu, najgorszej
dzielnicy miasta. Nic jednak dziwnego, skoro Vellar był najważniejszym bogiem w
tym regionie Tarderii. Inne bóstwa takie ja władca wody Usqer czy Ina, pani
urodzaju pomimo posiadania kilku świątyń w Ursalisie otaczane były znacznie
mniejszą czcią.
Rozmyślania Lyrona na temat bóstw
i religii przerwał tętent kopyt. Kiedy nekromanta odwrócił się w stronę, z
której dochodził hałas, zobaczył galopującego ku nim Amarona. Wiatr rozwiewał
poły jego krwistoczerwonej szaty a na torsie błyszczał złocony kaftan. Nie było
to zbyt dobre przebranie jak na nocną wyprawę, ale czarodziej, gdy tylko zeskoczył
z konia, wyciągnął z juków przy siodle brunatny płaszcz i szczelnie się nim
owinął. Nim jednak to się stało, wszyscy ujrzeli zatknięte za pas miecz o
pozłacanej rękojeści i kunsztowną, mahoniową różdżkę ozdobioną u szczytu
rubinową kulą i dwoma rzędami rdzawoczerwonych piór.
- Idziemy? – zapytał
zniecierpliwiony Zagrath, na co wszyscy odpowiedzieli mu powolnym skinieniem
głową. Kapłan zaklaskał dwa razy w dłonie i ze świątyni wyłonił się młodszy
wiekiem i rangą duchowny, który zaprowadził ich konie do przyświątynnej stajni.
Według map droga do grobowca nie była
może zbyt długa, ale górzysta, stąd postanowili przebyć ją pieszo. Skierowali
się na wschód, ku wychodzącej na podmiejski cmentarz Bramie Umarłych.
Przechodząc wąskimi ulicami,
wśród tłumów odpoczywających po całym dniu pracy rzemieślników, Lyron mógł
lepiej przyjrzeć się miastu i jego mieszkańcom. Jak każde większe skupisko
ludzi Ursalis pełen był kontrastów. Wysokie, zbudowane ze złotożółtego
piaskowca kamienice sąsiadowały z ulepionymi z gliny ziemiankami, a wielkie
place, całe zastawione stoiskami handlowymi nierzadko przechodziły w brudne,
cuchnące fekaliami, ziemiste uliczki. Na każdym rogu spotkać można było
siedzących w łachmanach żebraków, których bez słowa mijali wytworni kupcy czy schludnie
ubrani urzędnicy. Co gorsza, podobnie czynili wszelkiej maści kapłani. Lyrona
aż korciło, żeby zwrócić na to uwagę Zagratha. Miał jednak w pamięci słowa
Amarona o zadowoleniu Rady Czarodziejów, co wystarczało do zachowania niezbyt
pochlebnych komentarzy dla siebie.
Cienie wydłużały się coraz
bardziej a Słońce znad horyzontu wysyłało już ku światu ostatnie promienie,
kiedy dotarli na miejski cmentarz. Zostawione w tyle wrota Bramy Umarłych
właśnie się zamykały i słychać było ich metaliczny zgrzyt. Po chwili cisza
zaległa nad cmentarzyskiem, przerywana tylko krótkimi porywami wiatru.
- Trochę tu ponuro – odezwał się
Patrim, próbując rozczytać napisy na pobliskich nagrobkach – Może już czas
przywołać kilku towarzyszy do pomocy?
- Wykluczone – kategorycznie
zabronił mu Lyron – Pamiętaj, że nasz przeciwnik zna się na naszej sztuce.
Ryzyko, iż odkryje, że do niego zmierzamy jest zbyt duże. Wiem jak cenisz sobie
swojego orczego wojownika, ale póki co musimy polegać wyłącznie na sobie.
Patrim ze skruchą pokiwał głową,
kolejny raz złoszcząc się w duchu na samego siebie. Jego brak doświadczenia
znowu dał o sobie znać. Miał jednak nadzieję, że gdy dojdzie do konfrontacji z
wrogiem pokaże starszemu nekromancie swoją przydatność. Nagle wzrok młodzieńca
przykuło skupisko ludzi u podstawy wzgórza, na którym wznosił się Ursalis.
- Spójrzcie w dół – zwrócił uwagę
towarzyszy, wskazując głową na granicę zabudowań zwanych Przedmurzem.
Główne miasto Ursalis znajdowało
się na płaskowyżu, oparte z zachodu i północy o prawie pionowe górskie ściany.
Ku południu i wschodowi natomiast płaskowyż schodził łagodnym zboczem w stronę
doliny, środkiem której płynął leniwie płytki strumień o melodyjnej nazwie
Salisia. Tam właśnie, na południowym zboczu, poza obrębem murów miejskich leżało
Przedmurze. Była to dzielnica nędzy, pełna szałasów, lepianek, tanich gospód i
nie droższych burdeli. Zgromadzenie, które ujrzał w oddali Patrim zebrało się
przy wschodniej granicy tego osiedla. Niestety wędrowcy stali zbyt daleko żeby
dostrzec szczegóły. Jeden tylko Zagrath wiedział, a raczej przeczuwał cóż to
takiego.
- Bezbożnicy Issurela! Teraz
tutaj odprawiają swe plugawe obrzędy – krzyknął z odrazą
- Ciszej! – syknął Lyron – Jeśli
to oni to lepiej żeby nas nie usłyszeli.
- To nie takie łatwe jak myślisz.
Na samo wspomnienie świętokradztwa jakiego dopuścili się na Placu Pięciu
Figowców mam ochotę posłać ich wszystkich głęboko pod ziemię!
- Nienawiść nie przystoi
kapłanowi – Lyron nie mógł sobie odpuścić tego przytyku, ale ku jego zdziwieniu
słowa te uspokoiły kapłana. Odetchnął kilka razy głęboko po czym mówił już
powoli i bez emocji
- To największy plac w mieście,
pod Centralnym Figowcem stoi jeden z najświętszych posągów Vellara. Nie dziw
się więc, że budzi to mój gniew. Gdybyś tylko wiedział jak potworne rzeczy mają
miejsce podczas ich obrzędów to byś mnie zrozumiał, a nie drwił.
- To może rzucimy okiem na to
nabożeństwo – nieśmiało zaproponował Patrim, niezrażony ostatnią wpadką – Może
nam to dać jakieś wskazówki na temat tej sekty
Tym razem pomysł młodego
nekromanty spodobał się wszystkim.
- Czemu nie – Lyron poklepał
kolegę po plecach, po czym z szelmowskim uśmiechem na ustach zwrócił się do
wszystkich – Co powiecie na wysłanie im małego szpiega nie z tego świata?
Te słowa mocno zdziwiły a i po części
oburzyły Patrima.
- A ryzyko wykrycia? – odezwał
się podniesionym głosem - Sam mówiłeś przecież…
- Mówiłem i mogę to jeszcze raz
powtórzyć – przerwał mu Lyron – Ryzyko jest zawsze, ale zapewniam was, że dużo
mniejsze niż w przypadku sług z krwi i kości. Poza tym magia zna sposoby
ukrycia się przed wzrokiem niepożądanych osób, a na zjawy z zaświatów jeden
sposób jest wręcz idealny
Mówiąc to Lyron wyciągnął zza pasa
swój kris - długi nóż o falistym, zakrzywionym ostrzu, z wewnętrznej kieszeni
płaszcza wyciągnął niezbyt duże owalne lusterko a przy pasie poluzował nieco
jeden z wielu niewielkich woreczków. Sięgnął do niego dłonią i wyrzucił w
powietrze odrobinę srebrnego pyłu wypowiadając bezgłośnie jakieś krótkie słowo.
- Srebro – wyjaśnił – Odpowiednio
wypolerowane odbija światło słoneczne tak jak i wzrok nazbyt ciekawskich ludzi.
Kiedy pył zatańczył wokół nich
znikając w wieczornym półmroku i pozostawiając za sobą jedynie lekką błyszczącą
łunę, nekromanta wyciągnął przed siebie palec wskazujący i naciął krisem
opuszkę palca. Odrobinę krwi wycisnął na lusterko a resztę wytarł w swój nóż.
Nucąc powoli pod nosem słowa zaklęcia machnął nim gwałtownie w powietrzu. W miejscu
gdzie ostrze krisa przecięło powietrze pojawiła się błękitna pręga, która
powoli zaczęła się rozszerzać. Lyron raz jeszcze sięgnął po garść srebrnego
pyłu i kiedy przez szczelinę zaczęła przechodzić ledwo widoczna, szarobiała
zjawa sypnął nim w stronę ducha. Zaraz potem zjawa całą swą eteryczną postacią
przedostała się do świata żywych a błękitna pręga zniknęła tak szybko jak się
pojawiła. Przywołane widmo pomknęło w dół zbocza, rozwiewając po drodze resztki
swej widzialnej postaci. Lyron schował kris za pas, a towarzysze ujrzeli, że w
lusterku, które trzyma w dłoni pojawił się obraz Przedmurza. Widząc zdziwione
miny Zagratha i Amarona, nekromanta streścił pokrótce działanie zaklęcia
- Przywołany z zaświatów duch poszpieguje
wiernych Issurela, a dzięki połączeniu krwią z lusterkiem, będziemy mogli w nim
zobaczyć to co on swymi widmowymi oczyma
- Sprytne – zauważył Amaron
- Może i sprytne, pomysłowe ale
co z tego skoro nadal plugawe? – Zagratha nic chyba nie potrafiło przekonać do
zaakceptowania nekromancji jako, jakby nie było, przydatnej sztuki.
- Jeszcze nam będziesz dziękował
– skwitował rozmowę Lyron, po czym cała czwórka rozsiadła się wygodnie między
nagrobkami i skupiła wokół lusterka.
Ujrzeli w nim dość dużą grupkę
ludzi zgromadzoną wokół najprawdopodobniej kapłana, odzianego jednak w stare,
dawno wyszłe z mody potargane ubranie. Stał on przy sągwi z winem i intonując
dziwnie znajome nekromantom słowa wlewał do niej gęsty bordowo czerwony płyn.
- Krew – wyjawił im Zagrath,
jednak było to tylko potwierdzeniem ich domysłów.
Nie przestając śpiewać,
prowadzący obrzędy wziął do ręki długą drewnianą łychę i zaczął energicznie
mieszać zawartość sągwi. Dosypał do tego jeszcze odrobinę żółtego proszku a
kiedy mieszanka zaczęła wrzeć, mimo iż nie ogrzewało jej żadne palenisko,
wyciągnął w górę przesiąkniętą czerwienią mikstury łychę. Na ten znak wierni
ustawili się w kolejce z glinianymi kubkami w rękach, do których prowadzący
nalewał im sporządzonego właśnie eliksiru.
- Dość! – w głosie Zagratha czuć
było obrzydzenie i ledwie hamowaną złość – Widziałeś co chciałeś. Odwołaj
ducha, ja więcej na to patrzeć nie zamierzam!
Ku zaskoczeniu dwóch pozostałych
towarzyszy Lyron usłuchał kapłana. Kiedy duch zbliżył się do nich z powrotem,
nekromanta ponownie rozciął krisem zasłonę zaświatów, a uwolniona dusza czym
prędzej wróciła przez błękitną szczelinę tam skąd przybyła.
- Masz rację Zagracie, to mi
wystarczy – głos Lyrona lekko drżał, co tym bardziej zdziwiło zebranych, a
szczególnie Patrima – Pierwszy raz widzę, żeby ktoś na żywych stosował zaklęcia
przywołania.
- Co takiego? – stwierdzenie
Lyrona przeraziło nawet opanowanego do granic możliwości Amarona.
- To prawda – z zaniepokojeniem
odpowiedział mu Patrim – Kapłan Issurela użył mniej więcej tych samych
rekwizytów co my podczas wskrzeszania swoich nieumarłych sług. Krew łączy
przywołaną istotę z nekromantą więzią posłuszeństwa a ten żółty proszek pozwala
odtworzyć ciało istoty po jej przemianie w proch.
- Tak, tylko tu nikt nikogo w
proch jeszcze nie obrócił – uzupełnił Lyron – Niepokoi, a paradoksalnie nawet
ciekawi mnie to, że z tego co udało mi się wyczuć, krew użyta w obrzędzie nie
należy do rzucającego zaklęcie.
- Może do kogoś, kto stoi za tym
wszystkim. Do tego kto kontrolował kaznodzieję? – Zagrath podrapał się po łysym
czole, na którym widać było kropelki potu. Informacje przyniesione przez
widmowego szpiega zmieniły ich spojrzenie na cały problem. Coraz bardziej jasny
stawał się fakt, że mają do czynienia ze znacznie potężniejszym wrogiem niż do
tej pory sądzili.
- Najpewniej – Lyron niczego już
nie był pewien. Nagle gdzieś zniknął jego spokojny, rzeczowy, wręcz zarozumiały
ton jakim posługiwał się w gospodzie wyjaśniając towarzyszom niektóre tajniki
nekromanckiego fachu – Coś czuję, że w grobowcu Issurela dowiemy się jeszcze
więcej. Jakiekolwiek domysły i hipotezy na nic nam się teraz nie przydadzą.
Trzeba wziąć się w garść i ruszać w drogę!
Mocniejsze słowa nekromanty
pomogły nieco dojść do siebie całej drużynie i z lekkim ociąganiem kontynuowali
wędrówkę przez cmentarz, ku majaczącej w jego północno-wschodnim krańcu
górskiej ścieżce. Biegła ona między stromymi zboczami pobliskich gór licznie
rozgałęziając się w każdą wyrzeźbioną w brązowym piaskowcu szczelinę. Jak
wyjaśnił im Zagrath, w tej okolicy mają swoje groby najbiedniejsi mieszkańcy
miasta, których nie stać na miejsce na miejskim cmentarzu. Większość to masowe
mogiły pod które zaadaptowano jaskinie jakich wiele można tu było spotkać. W
niektórych miejscach wędrowcy zauważyli też niewielkie, wydrążone w skałach
otwory. Były to miejsca, w których składano urny z prochami zmarłych w trakcie
zaraz jakie w długiej historii Ursalisu nieraz nawiedziły miasto. Grób
Issurela, mimo iż jeden z najstarszych w tym swoistym kanionie umarłych,
znajdował się niemal na samym końcu górskiej ścieżyny. Według świątynnych pism
zgorszenie jakie wywoływał on w mieście sprawiło, że władze kazały pochować go
jak najdalej od miasta. Przez nielichy wszakże okres dwóch tysięcy lat, które
minęły od tamtej chwili, cmentarzysko rozrosło się jednak znacznie,
przybliżając coraz bardziej do grobu proroka.