sobota, 28 lutego 2015

Powtórne Przyjście - part II

Przeglądanie ksiąg zajęło czarodziejom resztę dnia i większą część nocy, jednak zbyt wielu informacji na temat Issurela nie znaleźli. Kapłani Vellara dwoili się i troili wyszukując dla nich prastare manuskrypty, ale żaden z nich poza krótkimi wzmiankami nie opisywał dokładniej proroka. Mimo to, mając niejakie pojęcie o jego historii magowie z pomocą nieodstępującego ich niemal na krok Zagratha postanowili zbadać jaskinię, w której według legend i podań miał spoczywać Issurel do czasu swojego zmartwychwstania. Zmartwychwstania, o którym księgi nie wzmiankowały inaczej jak o jednej wielkiej mistyfikacji. Lyrona akurat ta kwestia mało interesowała. Zawsze uważał, że kapłani są strasznie zazdrośni o wiernych i nawet wśród oficjalnie akceptowalnych kultów nieraz zdarzały się przypadki dyskredytowania danego bóstwa i podkradania jego wyznawców. Tak zapewne było i w tym przypadku.
Zmrok zapadał nad Ursalisem, kiedy przed wrota głównej światyni Vellara w mieście zajechało dwóch nekromantów. Obaj ubrani byli w czarne płaszcze, ale pod nimi kryło się pełne wyposażenie uczniów tej szkoły magii. Kościane różdżki i stalowe krisy zatknięte mieli za pasy, wzdłuż których umocowano woreczki kryjące w sobie różnorodne substancje i eliksiry pomocne w rzucaniu potężniejszych czarów. Tors Lyrona zdobiła także kościana zbroja, imitująca klatkę piersiową ze wzmocnieniami wzdłuż żeber i na mostku. Patrim zamiast niej miał na sobie czarny, skórzany kaftan w strukturę którego wpleciono delikatne kościane nici. Obie zbroje mimo swojego niepozornego wyglądu, dzięki zaklęciu jakie na nie rzucono były niezwykle trudne do przebicia. Jedynie na dłonie nekromanci postanowili nie zakładać żadnych magicznych pierścieni. Co prawda spodziewali się problemów z wyznawcami proroka podczas przeszukiwania jego grobu, ale jak najdłużej chcieli pozostać anonimowi.
Po chwili pojawił się Zagrath, jak zawsze ubrany w brązowy płaszcz. Na plecach niósł niewielki, także brązowy tobołek a w prawej dłoni trzymał długi, sękaty i z pozoru niczym niewyróżniający się drewniany kij. Obaj nekromanci przeczuwali jednak, że tak naprawdę jest to jakaś potężna broń. Kapłan jednak, pomimo pytającego wzroku nekromantów, nie pospieszył z wyjaśnieniami tylko zaczął wyglądać Amarona.
- Mogłem być dla niego milszy w gospodzie – pomyślał Lyron. Potrafił jednak opanować pulsującą w nim ciekawość i korzystając z okazji przyglądnął się za to dokładniej samej świątyni. Poprzedniego dnia rezydował głównie w jej wnętrzu, wśród niezliczonych manuskryptów, nie miał więc czasu na podziwianie tej monumentalnej budowli. Składały się na nią dwie części. Większa, skryta była w zboczu masywu skalnego widniejącego nad miastem, w której znajdowały się niedostępne dla zwykłych ludzi pomieszczenia, w tym właśnie archiwum oraz sypialnie kapłanów. Druga zaś, zbudowana na planie kwadratu przysadzista konstrukcja była właściwym miejscem kultu, w którym odbywały się nabożeństwa. Jak wszystkie świątynie boga ziemi powinna być  zbudowana z nieciosanego kamienia. Wzdłuż ścian i na rogach stały masywne głazy, głęboko wkopane w ziemię. Z zewnątrz wydawać się mogło, że między nimi znajdują się spore odstępy ale dośrodkowo od nich wybudowano drugi mur, tym razem ceglasty, szczelnie oddzielający wnętrze od suchego ursalitańskiego powietrza. Dach świątyni stanowił olbrzymi, płaski blok piaskowca, wciągnięty tam prawdopodobnie za pomocą magii. Mniej więcej pośrodku niego ustawiona została szklana piramida, osłaniająca owalny otwór, przez który do środka wpadały promienie światła. Tak więc mimo, że na zewnątrz budowla wydawała się spełniać wymogi tradycji, nie była jej wierna w każdym calu. Podobne do niej, ale dużo mniejsze i skromniejsze świątynie rozsiane były po całym mieście, a jedna nawet znajdowała się na Przedmurzu, najgorszej dzielnicy miasta. Nic jednak dziwnego, skoro Vellar był najważniejszym bogiem w tym regionie Tarderii. Inne bóstwa takie ja władca wody Usqer czy Ina, pani urodzaju pomimo posiadania kilku świątyń w Ursalisie otaczane były znacznie mniejszą czcią.
Rozmyślania Lyrona na temat bóstw i religii przerwał tętent kopyt. Kiedy nekromanta odwrócił się w stronę, z której dochodził hałas, zobaczył galopującego ku nim Amarona. Wiatr rozwiewał poły jego krwistoczerwonej szaty a na torsie błyszczał złocony kaftan. Nie było to zbyt dobre przebranie jak na nocną wyprawę, ale czarodziej, gdy tylko zeskoczył z konia, wyciągnął z juków przy siodle brunatny płaszcz i szczelnie się nim owinął. Nim jednak to się stało, wszyscy ujrzeli zatknięte za pas miecz o pozłacanej rękojeści i kunsztowną, mahoniową różdżkę ozdobioną u szczytu rubinową kulą i dwoma rzędami rdzawoczerwonych piór.
- Idziemy? – zapytał zniecierpliwiony Zagrath, na co wszyscy odpowiedzieli mu powolnym skinieniem głową. Kapłan zaklaskał dwa razy w dłonie i ze świątyni wyłonił się młodszy wiekiem i rangą duchowny, który zaprowadził ich konie do przyświątynnej stajni. Według map droga do  grobowca nie była może zbyt długa, ale górzysta, stąd postanowili przebyć ją pieszo. Skierowali się na wschód, ku wychodzącej na podmiejski cmentarz Bramie Umarłych.
Przechodząc wąskimi ulicami, wśród tłumów odpoczywających po całym dniu pracy rzemieślników, Lyron mógł lepiej przyjrzeć się miastu i jego mieszkańcom. Jak każde większe skupisko ludzi Ursalis pełen był kontrastów. Wysokie, zbudowane ze złotożółtego piaskowca kamienice sąsiadowały z ulepionymi z gliny ziemiankami, a wielkie place, całe zastawione stoiskami handlowymi nierzadko przechodziły w brudne, cuchnące fekaliami, ziemiste uliczki. Na każdym rogu spotkać można było siedzących w łachmanach żebraków, których bez słowa mijali wytworni kupcy czy schludnie ubrani urzędnicy. Co gorsza, podobnie czynili wszelkiej maści kapłani. Lyrona aż korciło, żeby zwrócić na to uwagę Zagratha. Miał jednak w pamięci słowa Amarona o zadowoleniu Rady Czarodziejów, co wystarczało do zachowania niezbyt pochlebnych komentarzy dla siebie.
Cienie wydłużały się coraz bardziej a Słońce znad horyzontu wysyłało już ku światu ostatnie promienie, kiedy dotarli na miejski cmentarz. Zostawione w tyle wrota Bramy Umarłych właśnie się zamykały i słychać było ich metaliczny zgrzyt. Po chwili cisza zaległa nad cmentarzyskiem, przerywana tylko krótkimi porywami wiatru.
- Trochę tu ponuro – odezwał się Patrim, próbując rozczytać napisy na pobliskich nagrobkach – Może już czas przywołać kilku towarzyszy do pomocy?
- Wykluczone – kategorycznie zabronił mu Lyron – Pamiętaj, że nasz przeciwnik zna się na naszej sztuce. Ryzyko, iż odkryje, że do niego zmierzamy jest zbyt duże. Wiem jak cenisz sobie swojego orczego wojownika, ale póki co musimy polegać wyłącznie na sobie.
Patrim ze skruchą pokiwał głową, kolejny raz złoszcząc się w duchu na samego siebie. Jego brak doświadczenia znowu dał o sobie znać. Miał jednak nadzieję, że gdy dojdzie do konfrontacji z wrogiem pokaże starszemu nekromancie swoją przydatność. Nagle wzrok młodzieńca przykuło skupisko ludzi u podstawy wzgórza, na którym wznosił się Ursalis.
- Spójrzcie w dół – zwrócił uwagę towarzyszy, wskazując głową na granicę zabudowań zwanych Przedmurzem.
Główne miasto Ursalis znajdowało się na płaskowyżu, oparte z zachodu i północy o prawie pionowe górskie ściany. Ku południu i wschodowi natomiast płaskowyż schodził łagodnym zboczem w stronę doliny, środkiem której płynął leniwie płytki strumień o melodyjnej nazwie Salisia. Tam właśnie, na południowym zboczu, poza obrębem murów miejskich leżało Przedmurze. Była to dzielnica nędzy, pełna szałasów, lepianek, tanich gospód i nie droższych burdeli. Zgromadzenie, które ujrzał w oddali Patrim zebrało się przy wschodniej granicy tego osiedla. Niestety wędrowcy stali zbyt daleko żeby dostrzec szczegóły. Jeden tylko Zagrath wiedział, a raczej przeczuwał cóż to takiego.
- Bezbożnicy Issurela! Teraz tutaj odprawiają swe plugawe obrzędy – krzyknął z odrazą
- Ciszej! – syknął Lyron – Jeśli to oni to lepiej żeby nas nie usłyszeli.
- To nie takie łatwe jak myślisz. Na samo wspomnienie świętokradztwa jakiego dopuścili się na Placu Pięciu Figowców mam ochotę posłać ich wszystkich głęboko pod ziemię!
- Nienawiść nie przystoi kapłanowi – Lyron nie mógł sobie odpuścić tego przytyku, ale ku jego zdziwieniu słowa te uspokoiły kapłana. Odetchnął kilka razy głęboko po czym mówił już powoli i bez emocji
- To największy plac w mieście, pod Centralnym Figowcem stoi jeden z najświętszych posągów Vellara. Nie dziw się więc, że budzi to mój gniew. Gdybyś tylko wiedział jak potworne rzeczy mają miejsce podczas ich obrzędów to byś mnie zrozumiał, a nie drwił.
- To może rzucimy okiem na to nabożeństwo – nieśmiało zaproponował Patrim, niezrażony ostatnią wpadką – Może nam to dać jakieś wskazówki na temat tej sekty
Tym razem pomysł młodego nekromanty spodobał się wszystkim.
- Czemu nie – Lyron poklepał kolegę po plecach, po czym z szelmowskim uśmiechem na ustach zwrócił się do wszystkich – Co powiecie na wysłanie im małego szpiega nie z tego świata?
Te słowa mocno zdziwiły a i po części oburzyły Patrima.
- A ryzyko wykrycia? – odezwał się podniesionym głosem - Sam mówiłeś przecież…
- Mówiłem i mogę to jeszcze raz powtórzyć – przerwał mu Lyron – Ryzyko jest zawsze, ale zapewniam was, że dużo mniejsze niż w przypadku sług z krwi i kości. Poza tym magia zna sposoby ukrycia się przed wzrokiem niepożądanych osób, a na zjawy z zaświatów jeden sposób jest wręcz idealny
Mówiąc to Lyron wyciągnął zza pasa swój kris - długi nóż o falistym, zakrzywionym ostrzu, z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyciągnął niezbyt duże owalne lusterko a przy pasie poluzował nieco jeden z wielu niewielkich woreczków. Sięgnął do niego dłonią i wyrzucił w powietrze odrobinę srebrnego pyłu wypowiadając bezgłośnie jakieś krótkie słowo.
- Srebro – wyjaśnił – Odpowiednio wypolerowane odbija światło słoneczne tak jak i wzrok nazbyt ciekawskich ludzi.
Kiedy pył zatańczył wokół nich znikając w wieczornym półmroku i pozostawiając za sobą jedynie lekką błyszczącą łunę, nekromanta wyciągnął przed siebie palec wskazujący i naciął krisem opuszkę palca. Odrobinę krwi wycisnął na lusterko a resztę wytarł w swój nóż. Nucąc powoli pod nosem słowa zaklęcia machnął nim gwałtownie w powietrzu. W miejscu gdzie ostrze krisa przecięło powietrze pojawiła się błękitna pręga, która powoli zaczęła się rozszerzać. Lyron raz jeszcze sięgnął po garść srebrnego pyłu i kiedy przez szczelinę zaczęła przechodzić ledwo widoczna, szarobiała zjawa sypnął nim w stronę ducha. Zaraz potem zjawa całą swą eteryczną postacią przedostała się do świata żywych a błękitna pręga zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Przywołane widmo pomknęło w dół zbocza, rozwiewając po drodze resztki swej widzialnej postaci. Lyron schował kris za pas, a towarzysze ujrzeli, że w lusterku, które trzyma w dłoni pojawił się obraz Przedmurza. Widząc zdziwione miny Zagratha i Amarona, nekromanta streścił pokrótce działanie zaklęcia
- Przywołany z zaświatów duch poszpieguje wiernych Issurela, a dzięki połączeniu krwią z lusterkiem, będziemy mogli w nim zobaczyć to co on swymi widmowymi oczyma
- Sprytne – zauważył Amaron
- Może i sprytne, pomysłowe ale co z tego skoro nadal plugawe? – Zagratha nic chyba nie potrafiło przekonać do zaakceptowania nekromancji jako, jakby nie było, przydatnej sztuki.
- Jeszcze nam będziesz dziękował – skwitował rozmowę Lyron, po czym cała czwórka rozsiadła się wygodnie między nagrobkami i skupiła wokół lusterka.
Ujrzeli w nim dość dużą grupkę ludzi zgromadzoną wokół najprawdopodobniej kapłana, odzianego jednak w stare, dawno wyszłe z mody potargane ubranie. Stał on przy sągwi z winem i intonując dziwnie znajome nekromantom słowa wlewał do niej gęsty bordowo czerwony płyn.
- Krew – wyjawił im Zagrath, jednak było to tylko potwierdzeniem ich domysłów.
Nie przestając śpiewać, prowadzący obrzędy wziął do ręki długą drewnianą łychę i zaczął energicznie mieszać zawartość sągwi. Dosypał do tego jeszcze odrobinę żółtego proszku a kiedy mieszanka zaczęła wrzeć, mimo iż nie ogrzewało jej żadne palenisko, wyciągnął w górę przesiąkniętą czerwienią mikstury łychę. Na ten znak wierni ustawili się w kolejce z glinianymi kubkami w rękach, do których prowadzący nalewał im sporządzonego właśnie eliksiru.
- Dość! – w głosie Zagratha czuć było obrzydzenie i ledwie hamowaną złość – Widziałeś co chciałeś. Odwołaj ducha, ja więcej na to patrzeć nie zamierzam!
Ku zaskoczeniu dwóch pozostałych towarzyszy Lyron usłuchał kapłana. Kiedy duch zbliżył się do nich z powrotem, nekromanta ponownie rozciął krisem zasłonę zaświatów, a uwolniona dusza czym prędzej wróciła przez błękitną szczelinę tam skąd przybyła.
- Masz rację Zagracie, to mi wystarczy – głos Lyrona lekko drżał, co tym bardziej zdziwiło zebranych, a szczególnie Patrima – Pierwszy raz widzę, żeby ktoś na żywych stosował zaklęcia przywołania.
- Co takiego? – stwierdzenie Lyrona przeraziło nawet opanowanego do granic możliwości Amarona.
- To prawda – z zaniepokojeniem odpowiedział mu Patrim – Kapłan Issurela użył mniej więcej tych samych rekwizytów co my podczas wskrzeszania swoich nieumarłych sług. Krew łączy przywołaną istotę z nekromantą więzią posłuszeństwa a ten żółty proszek pozwala odtworzyć ciało istoty po jej przemianie w proch.
- Tak, tylko tu nikt nikogo w proch jeszcze nie obrócił – uzupełnił Lyron – Niepokoi, a paradoksalnie nawet ciekawi mnie to, że z tego co udało mi się wyczuć, krew użyta w obrzędzie nie należy do rzucającego zaklęcie.
- Może do kogoś, kto stoi za tym wszystkim. Do tego kto kontrolował kaznodzieję? – Zagrath podrapał się po łysym czole, na którym widać było kropelki potu. Informacje przyniesione przez widmowego szpiega zmieniły ich spojrzenie na cały problem. Coraz bardziej jasny stawał się fakt, że mają do czynienia ze znacznie potężniejszym wrogiem niż do tej pory sądzili.
- Najpewniej – Lyron niczego już nie był pewien. Nagle gdzieś zniknął jego spokojny, rzeczowy, wręcz zarozumiały ton jakim posługiwał się w gospodzie wyjaśniając towarzyszom niektóre tajniki nekromanckiego fachu – Coś czuję, że w grobowcu Issurela dowiemy się jeszcze więcej. Jakiekolwiek domysły i hipotezy na nic nam się teraz nie przydadzą. Trzeba wziąć się w garść i ruszać w drogę!

Mocniejsze słowa nekromanty pomogły nieco dojść do siebie całej drużynie i z lekkim ociąganiem kontynuowali wędrówkę przez cmentarz, ku majaczącej w jego północno-wschodnim krańcu górskiej ścieżce. Biegła ona między stromymi zboczami pobliskich gór licznie rozgałęziając się w każdą wyrzeźbioną w brązowym piaskowcu szczelinę. Jak wyjaśnił im Zagrath, w tej okolicy mają swoje groby najbiedniejsi mieszkańcy miasta, których nie stać na miejsce na miejskim cmentarzu. Większość to masowe mogiły pod które zaadaptowano jaskinie jakich wiele można tu było spotkać. W niektórych miejscach wędrowcy zauważyli też niewielkie, wydrążone w skałach otwory. Były to miejsca, w których składano urny z prochami zmarłych w trakcie zaraz jakie w długiej historii Ursalisu nieraz nawiedziły miasto. Grób Issurela, mimo iż jeden z najstarszych w tym swoistym kanionie umarłych, znajdował się niemal na samym końcu górskiej ścieżyny. Według świątynnych pism zgorszenie jakie wywoływał on w mieście sprawiło, że władze kazały pochować go jak najdalej od miasta. Przez nielichy wszakże okres dwóch tysięcy lat, które minęły od tamtej chwili, cmentarzysko rozrosło się jednak znacznie, przybliżając coraz bardziej do grobu proroka.

niedziela, 22 lutego 2015

Powtórne Przyjście - part I

Gospoda Pod Rozbitym Dzbanem skąpana była w mętnym blasku zawieszonych u sufitu starych, zardzewiałych kandelabrów, z których prawie żaden nie był w całości wypełniony świecami. Wnętrze karczmy wypełniał niezbyt przyjemny zapach spróchniałego drewna i taniego wina, którymi raczyli się zgromadzeni w niej mieszkańcy Ursalisu, średniej wielkości miasta położonego na południu Tarderii, wzdłuż szlaku handlowego biegnącego przez pobliski Urog aż do wielkiego imperium Ytr, rozciągającego się tysiące mil na południe. Przez niewielkie, zabrudzone okna można było dostrzec stojące w zenicie słońce. O tej porze w mieście przerywano tradycyjnie wszelką pracę i siadano ze znajomymi w knajpkach przy pokaźnym dzbanie wina. Tego dnia jednak, nie tylko poszanowanie dawnych zwyczajów zgromadziło w Rozbitym Dzbanie tłumy ludzi, w większości niezamożnych, gdyż nie była to ponad wszelką wątpliwość jedna z tak zwanych „lepszych” gospód. Tym razem wszyscy zjawili się tutaj aby posłuchać kazania jakie od kilku miesięcy wygłaszają w mieście i jego okolicach wyznawcy nauk proroka Issurela.
Jednym z takich właśnie słuchaczy był odziany w ciemny płaszcz mężczyzna o długich czarnych jak noc włosach, które wijąc się bujnymi lokami na wszystkie strony spływały na ramiona okalając jego pociągłą, bladą twarz. Pomarszczone czoło oraz szczupła, koścista dłoń pocierająca w zadumie podbródek mogły świadczyć o tym, że wnikliwie wsłuchuje się w każde słowo niechlujnie ubranego akolity. Lyrona jednak, gdyż tak mężczyzna miał na imię, nie interesowały ostatnie chwile proroka, jego zmartwychwstanie ani podniosłe przesłanie jakie pozostawił uczniom. Miał swoje zadanie do wykonania i na tym się skupiał. Miejscowi kapłani, zaniepokojeni wzrostem liczebności wyznawców Issurela na swoim terenie, a także faktem, że podczas odprawianych przez nich nabożeństw dochodziło do niepokojących praktyk magicznych, poprosili o pomoc Radę Czarodziejów. Tak się złożyło, że Lyron, nekromanta, znajdował się w tym czasie na Wyspach Magii i pech chciał, że to jego Rada oddelegowała do tego zadania. Czy to jednak była do końca losowa decyzja nekromanta nie wiedział. Podejrzewał jedynie, że zwierzchników mogła zaniepokoić prywatna wojna z wampirem Anreahem, zakończona ostatecznie zwycięstwem czarodzieja.
Chcieli mi udowodnić, że mimo wszystko nadal jestem posłuszny Radzie – zamyślił się – Ważne, że udało mi się osiągnąć to co sobie wymarzyłem
Na samo wspomnienie krzyku znikającego w Krysztale Totemhata wampira twarz nekromanty rozjaśniła się. Nigdy nie sądził, że zemsta może smakować tak słodko. I kiedy tak się rozpłynął we wspomnieniach, nagle zaniepokoiła go dziwna łuna, promieniująca słabo z ciała wyznawcy Issurela. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że znajdowała się tam cały czas, ale była tak niewyraźna, jakby zamazana, że nie potrafił jej wcześniej dostrzec. Łuna, dziwnie znajoma łuna, bardzo znajoma… Wciągnął głęboko powietrze, wytężył wzrok, wyostrzył inne zmysły i po chwili już wiedział.
- Wyczuwasz coś dziwnego w tym kaznodziei? – zapytał siedzącego obok mężczyznę, tak samo jak on ubranego w czarne szaty. Zapytany też był nekromantą, ale obaj z oczywistych względów nie nosili żadnych oznak przynależności do tej szkoły magii. Lyron wziął go ze sobą na tę wyprawę, gdyż wierzył w jego młodzieńczy wigor, którego z wiekiem starszemu nieco czarodziejowi ubywało. Nie spodziewał się niczego fascynującego w tym religijnym śledztwie, więc obecność drugiego „czarnego maga” jak zwykło ich określać pospólstwo mogła pomóc w zabijaniu nudy.
- Nic szczególnego – odparł towarzysz marszcząc brwi. Po chwili jednak na jego twarzy zagościł uśmiech – poza tym, że ma nierówno pod sufitem.
Na Lyronie jednak ten kiepski żart nie zrobił żadnego wrażenia
- Nic a nic? Zastanów się Patrimie. Jakaś swoista emanacja mocy? – dopytywał się.
- Naprawdę nic. Jak bardzo bym się nie skupiał czuję tylko pustkę – w głosie Patrima było słychać zrezygnowanie. Nie miał takiego doświadczenia w magii jak Lyron, dopiero od kilku lat był nekromantą i wiedział, że jeszcze wiele musi się nauczyć, a pytania, na które nie potrafił odpowiedzieć tym boleśniej mu o tym przypominały. Przeczesał dłonią bujną czuprynę orzechowych włosów i spojrzał w brązowe oczy drugiego czarodzieja – A ciebie co w nim niepokoi?
- Pustka Patrimie, to w sumie odpowiednie słowo – nekromanta wyszczerzył zęby – ten człowiek nie żyje, to nieumarły – widząc zdumione spojrzenia siedzących przy stoliku towarzyszy dodał – tylko dobrze zakamuflowany.
Zagrath, starszy już człowiek w brązowym płaszczu z gładko wygoloną głową, typową dla kapłanów boga ziemi Vellara był w szoku, tak samo jak czwarta osoba w towarzystwie, blondwłosy czarodziej ognia Amaron. Pierwszy z nich był przedstawicielem Rady Kapłańskiej Tarderii, mającym przede wszystkim składać zwierzchnikom raporty z przebiegu śledztwa, drugi zaś, na siłę trochę dokooptowany do ich grupki miał zapewne pilnować nekromantów. Rada Czarodziejów zapewniała Lyrona o swoim zaufaniu, ale jak to wszędzie bywa, a wśród osób parających się magią tym bardziej, kontrola jest najwyższą formą zaufania. Lyronowi jednak nie przeszkadzała obecność Amarona. Ostre rysy jego opalonej, naznaczonej już licznymi zmarszczkami twarzy i głębokie, błękitne oczy zdradzały wielką inteligencję i nie mniejszą potęgę a w razie problemów pomoc takiej osoby na pewno będzie nie do pogardzenia.
- Jak może być zombiem lub jakimś innym tworem waszej plugawej magii, skoro nie dostrzegam w nim zapachu ziemi, w której został pochowany – zdumienie pomieszane ze złością malowało się na twarzy kapłana – Musisz wiedzieć nekromanto, że my, słudzy Vellara takie rzeczy rozpoznawać potrafimy, więc lepiej zastanów się, jeśli masz zamiar drwić tu sobie ze mnie.
- Spokojnie Zagracie – próbował stonować nastroje Lyron, którego trochę rozbawiło uniesienie kapłana – Nie lekceważę waszych mocy, lecz wiem co widzę i jestem tego pewien – odczekał chwilę, żeby się przekonać czy wyraz twarzy Zagratha złagodniał – Istnieje wiele odpowiedzi na twe wątpliwości
- Na przykład?
- Powiedzmy, że może on po śmierci nie został wcale pochowany? Nie pomyślałeś o tym? Wiesz przecież, że według legend nekromanci porywają piękne kobiety, po czym zabijają je tylko po to by ożywić jako swoje sługi i po wieczne czasy korzystać z dobrodziejstw wiecznie młodych ciał swych oblubienic  – nekromanta chciał jeszcze coś dodać, ale wbrew samemu sobie zaczął się głośno śmiać, co zwróciło na niego zgorszony wzrok osób siedzących przy sąsiednim stoliku. Jego wesołość jednak udzieliła się tylko Patrimowi. Amaron milczał z kamienną twarzą, przyzwyczajony do humoru przedstawicieli nekromanckiego fachu, natomiast Zagrath zzieleniał ze złości i obrzydzenia.
- Dość tej farsy – zdołał wydukać przez zaciśnięte zęby – jesteście obrzydliwi. Chyba marnuję czas przebywając tu razem z wami. Rada Kapłańska zajmie się tym problemem bez waszej pomocy – dodał i już chciał wstawać od stołu, ale Amaron, dotychczas raczej nieobecny duchem złapał go za rękę i powiedział
- Nie znam go za dobrze, ale wierz mi, to jeden z lepszych w swym fachu. Nekromanta z krwi i kości, ale  musisz mu zaufać
- Niech mówi – słowa czarodzieja nie do końca przekonały starszego kapłana, ale usiadł z powrotem na swoim krześle i udał przynajmniej że słucha
Lyron zadowolony takim obrotem spraw przeprosił, nie do końca może szczerze, kapłana i kontynuował
- Moje zdolności mówią mi, że ten człowiek znajduje się pod wpływem silnej magii, którą ciężko rozpoznać. Nic dziwnego, że nie udało się to Patrimowi. Mnie samemu przyszło to z trudem. Nie mam pojęcia, kto za tym stoi, ale ponad wszelką wątpliwość kaznodzieja został przywrócony z zaświatów.
- Zmartwychwstał, tak jak ten ich prorok z kazania – słusznie zauważył Patrim, którego podbudowała wypowiedź starszego kolegi – Kto to był w ogóle ten cały Issurel?
- Może ty nam to powiesz kapłanie? W końcu od wieków wyznaje się tu twojego boga – dodał Amaron, który przezornie nie wspomniał o tym, że od dłuższego czasu on sam jest wysłannikiem Rady Czarodziejów na terenie południowej Tarderii
Zagrath zasępił się
- Niewiele nam o nim wiadomo. Najstarsze księgi podają, że żył tu na długo przed Wojnami Ognia i Błyskawic, w czasach starego Imperium Accantii, jakieś dwa tysiące lat temu
- Rówieśnik twego Senusereta Lyronie – przypomniał Patrim o potężnej mumii prastarego króla, pozostającej pod władzą drugiego nekromanty – może on by nam coś o nim powiedział?
- Nie zapędzaj się tak daleko – roześmiał się Lyron – mój faraon jest co najmniej o jedno millenium starszy, tak więc nic nam ta rozmowa nie da, ale – tu zwrócił się do kapłana – jeśli chcecie uzupełnić swoje księgi, to chętnie wam go odstąpię na kilka dni. Jestem pewien, że władca jeszcze starszego Ankhum ma wiele ciekawych opowieści do sprzedania
Kolejny raz na twarzy nekromantów pojawiły się złośliwe uśmieszki, a Zagrath zaczął zielenieć niczym liście na wiosnę
- Lyronie! Dość! – napomniał go Amaron – Pohamuj swój żmijowy język, mamy zadanie do rozwiązania. Rada nie będzie zadowolona jeśli zrazisz do siebie miejscowych kapłanów
- Ehh… Rada, cóż – znów skrucha nekromanty nie była szczera, ale postanowił szybko zmienić temat. Naigrywanie się z ludowych przesądów dotyczących nekromantów było jedną z jego ulubionych rozrywek, a jeśli mógł wykorzystywać je przeciwko dającym im wiarę to ciężko mu było opuścić taką okazję. Tym razem jednak zauważył, że cierpliwość rozmówcy powoli się kończy więc z bólem serca zrezygnował z tej przyjemności – Wspomniałeś o jakichś prastarych księgach. Jeśli nie są ściśle tajne, to moglibyśmy je przejrzeć? – zapytał kapłana
- Skoro ma to pomóc w załatwieniu sprawy tych przeklętych heretyków to z przyjemnością wam je udostępnimy – ulga w głosie Zagratha uświadomiła Lyronowi, że podjął dobrą decyzję. Niech się starzec wykaże, to wszyscy na jakiś czas zapomną o nieumarłych kochankach i rozmowach z mumiami.
- To na co czekamy? – nekromanci zaczęli podnosić się z miejsc – Prowadź kapłanie do waszych świętych źródeł mądrości
Zagrathowi udało się puścić mimo uszu ten delikatny docinek i tylko Amaron wstając od stołu zmierzył Lyrona zrezygnowanym spojrzeniem

- Nekromanci – prychnął pod nosem, kiedy cała czwórka opuszczała gospodę i rozentuzjazmowany tłum słuchający z zapartym tchem nieumarłego kaznodziei.

sobota, 21 lutego 2015

Nadchodzi "Powtórne Przyjście"

Witajcie,
już jutro na blogu pojawi się kolejne opowiadanie z nekromantą Lyronem w roli głównej - Powtórne Przyjście. Opowiadanie to napisałem równo 2 lata temu podczas ferii zimowych, choć pomysł na nie pojawił się jeszcze w czasach licealnych. Z racji tego, że jest to dość długie opowiadanie postanowiłem podzielić je na 5 części. Już jutro pierwsza z nich ujrzy światło dzienne, natomiast kolejne będą pojawiać się regularnie co tydzień, w każdą niedzielę. Liczę, że spodoba Wam się tak samo jak "Sęp", na temat którego zebrałem dużo pochlebnych opinii, za które wszystkim bardzo serdecznie dziękuję!
Tak więc przygotujcie serca i umysły na Powtórne Przyjście!
Do jutra!

środa, 18 lutego 2015

Sęp

Wąska leśna ścieżyna zdawała się nie mieć końca. Po obu jej stronach rosło mrowie przeróżnych drzew i krzewów, skutecznie odgradzając ścieżkę od reszty lasu. Korony wysokich drzew łączyły się u góry tworząc naturalną kopułę, przez którą leniwie sączyło się światło lipcowego słońca. Dzień był upalny ale pod gęstym poszyciem nie było to tak odczuwalne.
Ścieżką tą szedł ubrany w zgrzebną, szaro-brązową szatę młody mężczyzna. Za rzemyk, spinający u pasa jego strój zatkniętą miał krótką, wykonaną z jasnego drewna różdżkę. Na jej szczycie umocowana była niewielka, ropusza czaszka, której sklepienie upstrzono malutkimi drobinkami szmaragdu, jaśniejącymi w promieniach słońca delikatną zieloną poświatą.
Mężczyzna, a właściwie jeszcze chłopiec miał czarne, sięgające do ramion, kręcone włosy, których niesforne kosmyki wpadały mu do dużych, brązowych oczu tak, że musiał je sobie co chwilę poprawiać. Chłopiec na imię miał Lyron i był młodym adeptem czarodziejskiej sztuki nekromancji. Kilka metrów nad jego głową frunął, ciężko machając skrzydłami ciemnobrązowo ubarwiony jastrząb. Nie byłoby w nim nic dziwnego gdyby nie to, że tu i ówdzie brakowało mu piór a jego ciało znaczyły już pierwsze oznaki rozkładu. Jastrząb ten był bowiem stworzeniem powołanym do życia przez młodego nekromantę. Pierwszym stworzeniem.
Lyron wraz z kilkoma innymi adeptami sztuki nekromancji został wysłany przez Mistrzów do tego lasu w celu zdobycia swojego pierwszego nieumarłego sługi. Zadanie to utrudniał jednak fakt, że ożywiona istota nie mogła być przez nich zabita. Każdy z uczniów musiał wyszukać martwe już ciało, kierując się swoim zmysłem wyczuwania cienkiej granicy między życiem a śmiercią. Zmysł ten przez pierwsze dni zwodził Lyrona, doprowadzając go tylko do niewartych zachodu trucheł  leśnych gryzoni a gdy już wskazywał mu jakieś większe zwierzę to było ono zbyt zdeformowane by móc się nim zajmować. Dopiero trzeciego dnia poszukiwań młody nekromanta natrafił na ciekawy okaz – blisko metrowej długości żmiję, której tułów nosił ślady stratowania przez jakieś kopytne zwierzę. Mimo wszystko była w na tyle dobrym stanie, że Lyron przystąpił do jej wskrzeszania. Niestety, czy to z braku umiejętności, czy ze zrządzenia losu ożywiana żmija obróciła się w proch. Młody adept miał jednak szczęście. Zawsze istnieje ryzyko, że nekromanta utraci władzę nad przyzwanym stworzeniem i zwróci się ono przeciwko niemu. Niejeden już, nawet doświadczony czarodziej życiem przypłacił taki błąd. Kiedy wydawało się, że Lyron wróci na Wyspy Magii z niczym, piątego dnia swojej wędrówki natrafił na świetnie zachowane zwłoki młodego jastrzębia. Pomny poprzedniego niepowodzenia tym razem cały rytuał przeprowadził powoli i dokładnie, co zakończyło się sukcesem. Zdobywszy swoje pierwsze stworzenie adept nekromancji mógł ruszyć do znajdującego się we wschodniej części lasu Portalu. Była to wyrzeźbiona z kamienia brama, pozwalająca posiadającym odpowiedni Klucz Dostępu przenieść się na Wyspy Magii, główną siedzibę czarodziejów. Każdy z uczniów otrzymał taki klucz i nauczył się wyczuwać obecność Portali. Dzięki tej umiejętności Lyron mógł łatwo odnaleźć wśród leśnej gęstwiny drogę powrotną. Musiał się spieszyć. Mistrzowie magii na wykonanie tego zadania dali im tylko siedem dni i na tyle dni też prowiantu. Wagą powrotu o czasie było więc nie tylko uznanie w oczach nauczycieli ale i własne życie.
Szósty dzień pobytu w lesie powoli zamieniał się w wieczór, ale Lyron czuł, że Portal znajduje się niedaleko i najpóźniej jutro około południa powinien do niego dotrzeć. Leśna ścieżka wiła się zygzakami wśród grubych pni drzew i omszałych głazów ale niezmiennie wiodła na wschód.
Nagle Lyron zatrzymał się. W powietrzu wyczuć można było delikatną emanację życiowej energii powoli przenikającej w odmęty śmierci. Zdziwiło go to, ponieważ świadomie nie próbował wcale wyczulić się na magię. Pomimo, że wydawała się słaba, emanacja ta musiała być na tyle silna, żeby przeniknąć bariery świadomości czarodzieja. Kto wie, być może gdzieś tam w leśnych ostępach umiera człowiek? Poligony czarodziejów, jak je wszyscy na Wyspach nazywali, ulokowane były w różnych stronach świata, zazwyczaj z dala od ludzkich siedzib. Jak się jednak miało okazać, nie do końca.
Początkujący nekromanta wytężył zmysły i spróbował zlokalizować źródło tego wrażenia. Od razu zalała go masa różnych aur odchodzących z tego świata istot. W większości były to zwierzęta o znikomej wręcz energii, jednak ich mnogość sprawiła, że na chwilę właściwe odczucie zlało się z innymi. Lyron skupił się jeszcze bardziej i zaczął usuwać ze swojego umysłu zbędne emanacje. W końcu mógł już wyraźniej dostrzec srebrzystobiałą smugę sączącą się wśród drzew. Nie namyślając się długo ruszył za nią. Łuna umierającej istoty zmusiła go do zejścia z głównego szlaku w ledwie widoczną, wydeptaną najpewniej przez zwierzęta, niknącą w leśnej głuszy ścieżynę. Ostre gałęzie drzew i krzewów co chwilę kłuły go w twarz a pędy zaścielające drogę przylepiały się do butów. On jednak niestrudzenie szedł dalej a łuna nabierała mocy. Czuł też, że powoli oddala się od Portalu, miał jednak jeszcze jeden dzień zapasu więc się tym zbytnio nie przejmował. Jego nieumarły jastrząb także z trudem przedzierał się przez zarośla, Lyron jednak nie odwoływał go. Każda chwila kontroli nad ptakiem sprawiała, że coraz lepiej potrafił nim kierować.
Nagle drzewa zaczęły się przerzedzać i w oddali młody nekromanta mógł dostrzec szeroką, oświetloną wieczornym słońcem polanę. Wyczuł także obecność jeszcze jednej istoty, człowieka, czarodzieja. Zwolnił kroku i po cichu podkradł się do skraju polany. Widok jaki ujrzał przeraził go.
Na omszałym pniu siedział spokojnie Enon Butral, jeden z adeptów, wysłany tu wraz z Lyronem i innymi. Jego wąskie, stalowoszare oczy ze spokojem patrzyły na leżącego w kałuży krwi wilka a z pociągłej, brodatej twarzy nie schodził tryumfalny uśmiech. Zwierzę było już zbyt wycieńczone by wyć a z jego uwięzionej w sidłach łapy sączyła się powoli krew. Biedna istota złapała się najpewniej w pułapkę zastawioną przez kłusownika na grubszą zwierzynę.
- Co ty na bogów wyprawiasz?! – Lyron nie wytrzymał i wbiegł rozzłoszczony na polanę.
- Siedzę i czekam cierpliwie. Nie uczyli cię, że cierpliwość jest cnotą niezbędną w naszym fachu? – odpowiedział mu ze spokojem i ironią Enon.
Wszystkim adeptom było wiadomo, że ci dwaj nie przepadają za sobą. Enon, dwa lata starszy od Lyrona był synem bogatego szlachcica z jednego z krajów na Zachodzie. Wszystkie problemy zazwyczaj rozwiązywał swoją pokaźną sakiewką, co niezmiernie irytowało Lyrona. Enon był też karierowiczem i dla zrealizowania swych celów nie zawahałby się przed niczym. Starszy z początkujących czarodziejów w każdym widział rywala i bał się, że mieszkający na Wyspach od dziecka sierota Lyron może cieszyć się większą przychylnością Mistrzów od niego.
- Cierpliwość jest cnotą ale ludzkie odruchy też nią są – odparł Lyron, próbując opanować wzburzenie. Domyślał się co planuje drugi adept i brzydziło go to – Dlaczego nie skrócisz męczarni temu biednemu zwierzęciu?
- Choćbym chciał to nie mogę, przykro mi – głos Enona, choć opanowany pełen był jadu. Odwrócił wzrok w stronę umierającego wilka, którego każdy kolejny oddech był coraz słabszy  – Jak mógłbym go potem ożywić, skoro to ja bym go zabił? Nie pamiętasz co mówili Mistrzowie?
W Lyronie zawrzało. Zacisnął pięści i wbił ostre spojrzenie w starszego ucznia.
- Pamiętam! Pewnie, że pamiętam! To ty zdajesz się nie pamiętać nauk, których nam udzielali! Kazali nam znęcać się nad słabszymi? Nie udzielać pomocy?!
- A kogo obchodzi jeden wilk? – odparował Enon, na którym udzielona mu reprymenda raczej nie zrobiła wrażenia – Niedługo zdechnie i jaki będzie z niego pożytek? A jak go potem ożywię to się przynajmniej komuś do czegoś przyda.
- Taaak. Myślisz, że ci się uda? – warknął Lyron – Że ty, wielki i bogaty Enon Butral wrócisz na Wyspy z nieumarłym wilkiem? Trzeba było znaleźć jakąś hienę! Ona by lepiej do ciebie pasowała! Myślisz, że nam tym zaimponujesz? Że cię wszyscy będą podziwiać i chwalić? Tego chcesz?! Dla chwały i poklasku poświęcić ludzkie uczucia?
- Ludzkie uczucia okazuje się ludziom, nie zwierzętom. A teraz z łaski swojej, mógłbyś mi nie przeszkadzać? Wilczek zaraz padnie a ja się muszę przygotować.
Tego już było za wiele. Pogarda i ironia a przede wszystkim stoicki spokój w głosie Enona przelały czarę goryczy. Młodszy z nekromantów nie wytrzymał. Wyciagnął zza pasa swą magiczną różdżkę i wycelował w wilka.
- A więc dobrze! – krzyknął – Zrobię co konieczne i ci już nie przeszkadzam!
Lyron zamknął oczy, wyciszył umysł i połączył się z mocą zaświatów. Na końcu różdżki zaczęło materializować się zielono-czarne światło. Kula antymaterii.
- Co robisz, głupcze?! – Enon Butral w sekundzie utracił całe swoje opanowanie.
- To co do mnie należy!
Lyron machnął różdżką i kula pomknęła w stronę leżącego wilka. Trafiła idealnie. Nie dość, że ukróciła katusze zwierzęcia to jeszcze zniszczyła mu całą klatkę piersiową. W środku klatki piersiowej bowiem znajdował się punkt, w którym zbiegała się cała energia życia i śmierci. Punkt, bez którego kontrola nad ożywieńcem nie była możliwa.
- Nie! – krzyk starszego adepta był pełen gniewu i rozpaczy –Ty gnoju!
W okamgnieniu w ręku Enona znalazła się jego własna różdżka. Nim jednak zdołał wycelować ją w rywala głośny krzyk rozdarł powietrze. To nieumarły jastrząb Lyrona sfrunął z gałęzi jednego z drzew i zawisł przed twarzą Enona.
- Nie ryzykowałbym – młodszy nekromanta odzyskał swój spokój. Teraz w pełni kontrolował sytuację – Jeden ruch a mój jastrząb wydłubie ci oczy.
- Jeszcze mi za to zapłacisz! – hardo odparował Enon, jednak pokornie schował różdżkę za pas. Był na tyle inteligentny by wiedzieć, że ta partia jest już przegrana. Dumnie wyprostowany powoli opuścił polanę.
Lyron odprowadził go wzrokiem i odczekawszy kilkanaście minut ruszył wąską, leśną ścieżyną w drogę powrotną. Nie chciał ryzykować, że pałający żądzą zemsty Butral zaczai się na niego w ciemnościach. Słońce już zaszło i tylko księżyc rozświetlał niebo a między gałęziami wysokich drzew szybował majestatycznie nieumarły jastrząb.

*         *         *         *         *         *         *    

Enon Butral nigdy nie spełnił rzuconej na pożegnanie groźby. Po pasowaniu na czarodzieja ich drogi rozeszły się. Kilka lat później Lyron dowiedział się o tragicznej śmierci rywala. Dumny i hardy Enon Butral zakończył swój żywot z osikowym kołkiem w piersi, zabity przez wieśniaków. Podobno zamiast wyleczyć ich sołtysa z gorączki pozwolił mu umrzeć a później chciał ożywić jako swojego sługę. Cóż, przynajmniej ten jeden sęp uniknął rozgłosu i światowej sławy.

wtorek, 17 lutego 2015

Ex nihilo

Pierwszy post na pierwszym blogu po wieloletniej przerwie a ja dalej nie wiem jak zacząć. Może uznajmy zgodnie, że wstęp mamy już za sobą i pozwolę sobie przejść do sedna.
Od czasu do czasu zdarza mi się popełnić krótszą lub dłuższą formę wypowiedzi pisemnej, zazwyczaj utrzymaną w konwencji fantasy lub w pewien sposób się do niej odwołującą. Do tej pory pisałem głównie do szuflady, czy jak to w obecnych czasach bywa, do folderu "Opowiadania" znajdującego się na twardym dysku mojego wysłużonego już laptopa. W końcu jednak postanowiłem wykonać literacki "coming out" i oto jestem. Nowy blog, nowe nadzieje, nowe szanse. 
Jak już się zdążyliście domyślić, idea tego bloga jest prosta. Co jakiś czas będę się starał zamieszczać na nim swoje opowiadania fantasy, tudzież inne formy związane z tym nurtem. Zapraszam więc wszystkich zainteresowanych do czytania, komentowania i obserwowania mojego bloga. Liczę, że będzie się Wam podobał.
Radość jest w sercach tych którzy czytają...