niedziela, 22 lutego 2015

Powtórne Przyjście - part I

Gospoda Pod Rozbitym Dzbanem skąpana była w mętnym blasku zawieszonych u sufitu starych, zardzewiałych kandelabrów, z których prawie żaden nie był w całości wypełniony świecami. Wnętrze karczmy wypełniał niezbyt przyjemny zapach spróchniałego drewna i taniego wina, którymi raczyli się zgromadzeni w niej mieszkańcy Ursalisu, średniej wielkości miasta położonego na południu Tarderii, wzdłuż szlaku handlowego biegnącego przez pobliski Urog aż do wielkiego imperium Ytr, rozciągającego się tysiące mil na południe. Przez niewielkie, zabrudzone okna można było dostrzec stojące w zenicie słońce. O tej porze w mieście przerywano tradycyjnie wszelką pracę i siadano ze znajomymi w knajpkach przy pokaźnym dzbanie wina. Tego dnia jednak, nie tylko poszanowanie dawnych zwyczajów zgromadziło w Rozbitym Dzbanie tłumy ludzi, w większości niezamożnych, gdyż nie była to ponad wszelką wątpliwość jedna z tak zwanych „lepszych” gospód. Tym razem wszyscy zjawili się tutaj aby posłuchać kazania jakie od kilku miesięcy wygłaszają w mieście i jego okolicach wyznawcy nauk proroka Issurela.
Jednym z takich właśnie słuchaczy był odziany w ciemny płaszcz mężczyzna o długich czarnych jak noc włosach, które wijąc się bujnymi lokami na wszystkie strony spływały na ramiona okalając jego pociągłą, bladą twarz. Pomarszczone czoło oraz szczupła, koścista dłoń pocierająca w zadumie podbródek mogły świadczyć o tym, że wnikliwie wsłuchuje się w każde słowo niechlujnie ubranego akolity. Lyrona jednak, gdyż tak mężczyzna miał na imię, nie interesowały ostatnie chwile proroka, jego zmartwychwstanie ani podniosłe przesłanie jakie pozostawił uczniom. Miał swoje zadanie do wykonania i na tym się skupiał. Miejscowi kapłani, zaniepokojeni wzrostem liczebności wyznawców Issurela na swoim terenie, a także faktem, że podczas odprawianych przez nich nabożeństw dochodziło do niepokojących praktyk magicznych, poprosili o pomoc Radę Czarodziejów. Tak się złożyło, że Lyron, nekromanta, znajdował się w tym czasie na Wyspach Magii i pech chciał, że to jego Rada oddelegowała do tego zadania. Czy to jednak była do końca losowa decyzja nekromanta nie wiedział. Podejrzewał jedynie, że zwierzchników mogła zaniepokoić prywatna wojna z wampirem Anreahem, zakończona ostatecznie zwycięstwem czarodzieja.
Chcieli mi udowodnić, że mimo wszystko nadal jestem posłuszny Radzie – zamyślił się – Ważne, że udało mi się osiągnąć to co sobie wymarzyłem
Na samo wspomnienie krzyku znikającego w Krysztale Totemhata wampira twarz nekromanty rozjaśniła się. Nigdy nie sądził, że zemsta może smakować tak słodko. I kiedy tak się rozpłynął we wspomnieniach, nagle zaniepokoiła go dziwna łuna, promieniująca słabo z ciała wyznawcy Issurela. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że znajdowała się tam cały czas, ale była tak niewyraźna, jakby zamazana, że nie potrafił jej wcześniej dostrzec. Łuna, dziwnie znajoma łuna, bardzo znajoma… Wciągnął głęboko powietrze, wytężył wzrok, wyostrzył inne zmysły i po chwili już wiedział.
- Wyczuwasz coś dziwnego w tym kaznodziei? – zapytał siedzącego obok mężczyznę, tak samo jak on ubranego w czarne szaty. Zapytany też był nekromantą, ale obaj z oczywistych względów nie nosili żadnych oznak przynależności do tej szkoły magii. Lyron wziął go ze sobą na tę wyprawę, gdyż wierzył w jego młodzieńczy wigor, którego z wiekiem starszemu nieco czarodziejowi ubywało. Nie spodziewał się niczego fascynującego w tym religijnym śledztwie, więc obecność drugiego „czarnego maga” jak zwykło ich określać pospólstwo mogła pomóc w zabijaniu nudy.
- Nic szczególnego – odparł towarzysz marszcząc brwi. Po chwili jednak na jego twarzy zagościł uśmiech – poza tym, że ma nierówno pod sufitem.
Na Lyronie jednak ten kiepski żart nie zrobił żadnego wrażenia
- Nic a nic? Zastanów się Patrimie. Jakaś swoista emanacja mocy? – dopytywał się.
- Naprawdę nic. Jak bardzo bym się nie skupiał czuję tylko pustkę – w głosie Patrima było słychać zrezygnowanie. Nie miał takiego doświadczenia w magii jak Lyron, dopiero od kilku lat był nekromantą i wiedział, że jeszcze wiele musi się nauczyć, a pytania, na które nie potrafił odpowiedzieć tym boleśniej mu o tym przypominały. Przeczesał dłonią bujną czuprynę orzechowych włosów i spojrzał w brązowe oczy drugiego czarodzieja – A ciebie co w nim niepokoi?
- Pustka Patrimie, to w sumie odpowiednie słowo – nekromanta wyszczerzył zęby – ten człowiek nie żyje, to nieumarły – widząc zdumione spojrzenia siedzących przy stoliku towarzyszy dodał – tylko dobrze zakamuflowany.
Zagrath, starszy już człowiek w brązowym płaszczu z gładko wygoloną głową, typową dla kapłanów boga ziemi Vellara był w szoku, tak samo jak czwarta osoba w towarzystwie, blondwłosy czarodziej ognia Amaron. Pierwszy z nich był przedstawicielem Rady Kapłańskiej Tarderii, mającym przede wszystkim składać zwierzchnikom raporty z przebiegu śledztwa, drugi zaś, na siłę trochę dokooptowany do ich grupki miał zapewne pilnować nekromantów. Rada Czarodziejów zapewniała Lyrona o swoim zaufaniu, ale jak to wszędzie bywa, a wśród osób parających się magią tym bardziej, kontrola jest najwyższą formą zaufania. Lyronowi jednak nie przeszkadzała obecność Amarona. Ostre rysy jego opalonej, naznaczonej już licznymi zmarszczkami twarzy i głębokie, błękitne oczy zdradzały wielką inteligencję i nie mniejszą potęgę a w razie problemów pomoc takiej osoby na pewno będzie nie do pogardzenia.
- Jak może być zombiem lub jakimś innym tworem waszej plugawej magii, skoro nie dostrzegam w nim zapachu ziemi, w której został pochowany – zdumienie pomieszane ze złością malowało się na twarzy kapłana – Musisz wiedzieć nekromanto, że my, słudzy Vellara takie rzeczy rozpoznawać potrafimy, więc lepiej zastanów się, jeśli masz zamiar drwić tu sobie ze mnie.
- Spokojnie Zagracie – próbował stonować nastroje Lyron, którego trochę rozbawiło uniesienie kapłana – Nie lekceważę waszych mocy, lecz wiem co widzę i jestem tego pewien – odczekał chwilę, żeby się przekonać czy wyraz twarzy Zagratha złagodniał – Istnieje wiele odpowiedzi na twe wątpliwości
- Na przykład?
- Powiedzmy, że może on po śmierci nie został wcale pochowany? Nie pomyślałeś o tym? Wiesz przecież, że według legend nekromanci porywają piękne kobiety, po czym zabijają je tylko po to by ożywić jako swoje sługi i po wieczne czasy korzystać z dobrodziejstw wiecznie młodych ciał swych oblubienic  – nekromanta chciał jeszcze coś dodać, ale wbrew samemu sobie zaczął się głośno śmiać, co zwróciło na niego zgorszony wzrok osób siedzących przy sąsiednim stoliku. Jego wesołość jednak udzieliła się tylko Patrimowi. Amaron milczał z kamienną twarzą, przyzwyczajony do humoru przedstawicieli nekromanckiego fachu, natomiast Zagrath zzieleniał ze złości i obrzydzenia.
- Dość tej farsy – zdołał wydukać przez zaciśnięte zęby – jesteście obrzydliwi. Chyba marnuję czas przebywając tu razem z wami. Rada Kapłańska zajmie się tym problemem bez waszej pomocy – dodał i już chciał wstawać od stołu, ale Amaron, dotychczas raczej nieobecny duchem złapał go za rękę i powiedział
- Nie znam go za dobrze, ale wierz mi, to jeden z lepszych w swym fachu. Nekromanta z krwi i kości, ale  musisz mu zaufać
- Niech mówi – słowa czarodzieja nie do końca przekonały starszego kapłana, ale usiadł z powrotem na swoim krześle i udał przynajmniej że słucha
Lyron zadowolony takim obrotem spraw przeprosił, nie do końca może szczerze, kapłana i kontynuował
- Moje zdolności mówią mi, że ten człowiek znajduje się pod wpływem silnej magii, którą ciężko rozpoznać. Nic dziwnego, że nie udało się to Patrimowi. Mnie samemu przyszło to z trudem. Nie mam pojęcia, kto za tym stoi, ale ponad wszelką wątpliwość kaznodzieja został przywrócony z zaświatów.
- Zmartwychwstał, tak jak ten ich prorok z kazania – słusznie zauważył Patrim, którego podbudowała wypowiedź starszego kolegi – Kto to był w ogóle ten cały Issurel?
- Może ty nam to powiesz kapłanie? W końcu od wieków wyznaje się tu twojego boga – dodał Amaron, który przezornie nie wspomniał o tym, że od dłuższego czasu on sam jest wysłannikiem Rady Czarodziejów na terenie południowej Tarderii
Zagrath zasępił się
- Niewiele nam o nim wiadomo. Najstarsze księgi podają, że żył tu na długo przed Wojnami Ognia i Błyskawic, w czasach starego Imperium Accantii, jakieś dwa tysiące lat temu
- Rówieśnik twego Senusereta Lyronie – przypomniał Patrim o potężnej mumii prastarego króla, pozostającej pod władzą drugiego nekromanty – może on by nam coś o nim powiedział?
- Nie zapędzaj się tak daleko – roześmiał się Lyron – mój faraon jest co najmniej o jedno millenium starszy, tak więc nic nam ta rozmowa nie da, ale – tu zwrócił się do kapłana – jeśli chcecie uzupełnić swoje księgi, to chętnie wam go odstąpię na kilka dni. Jestem pewien, że władca jeszcze starszego Ankhum ma wiele ciekawych opowieści do sprzedania
Kolejny raz na twarzy nekromantów pojawiły się złośliwe uśmieszki, a Zagrath zaczął zielenieć niczym liście na wiosnę
- Lyronie! Dość! – napomniał go Amaron – Pohamuj swój żmijowy język, mamy zadanie do rozwiązania. Rada nie będzie zadowolona jeśli zrazisz do siebie miejscowych kapłanów
- Ehh… Rada, cóż – znów skrucha nekromanty nie była szczera, ale postanowił szybko zmienić temat. Naigrywanie się z ludowych przesądów dotyczących nekromantów było jedną z jego ulubionych rozrywek, a jeśli mógł wykorzystywać je przeciwko dającym im wiarę to ciężko mu było opuścić taką okazję. Tym razem jednak zauważył, że cierpliwość rozmówcy powoli się kończy więc z bólem serca zrezygnował z tej przyjemności – Wspomniałeś o jakichś prastarych księgach. Jeśli nie są ściśle tajne, to moglibyśmy je przejrzeć? – zapytał kapłana
- Skoro ma to pomóc w załatwieniu sprawy tych przeklętych heretyków to z przyjemnością wam je udostępnimy – ulga w głosie Zagratha uświadomiła Lyronowi, że podjął dobrą decyzję. Niech się starzec wykaże, to wszyscy na jakiś czas zapomną o nieumarłych kochankach i rozmowach z mumiami.
- To na co czekamy? – nekromanci zaczęli podnosić się z miejsc – Prowadź kapłanie do waszych świętych źródeł mądrości
Zagrathowi udało się puścić mimo uszu ten delikatny docinek i tylko Amaron wstając od stołu zmierzył Lyrona zrezygnowanym spojrzeniem

- Nekromanci – prychnął pod nosem, kiedy cała czwórka opuszczała gospodę i rozentuzjazmowany tłum słuchający z zapartym tchem nieumarłego kaznodziei.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz