Gospoda Pod Rozbitym Dzbanem skąpana była w mętnym blasku zawieszonych u
sufitu starych, zardzewiałych kandelabrów, z których prawie żaden nie był w
całości wypełniony świecami. Wnętrze karczmy wypełniał niezbyt przyjemny zapach
spróchniałego drewna i taniego wina, którymi raczyli się zgromadzeni w niej
mieszkańcy Ursalisu, średniej wielkości miasta położonego na południu Tarderii,
wzdłuż szlaku handlowego biegnącego przez pobliski Urog aż do wielkiego
imperium Ytr, rozciągającego się tysiące mil na południe. Przez niewielkie,
zabrudzone okna można było dostrzec stojące w zenicie słońce. O tej porze w
mieście przerywano tradycyjnie wszelką pracę i siadano ze znajomymi w knajpkach
przy pokaźnym dzbanie wina. Tego dnia jednak, nie tylko poszanowanie dawnych
zwyczajów zgromadziło w Rozbitym Dzbanie
tłumy ludzi, w większości niezamożnych, gdyż nie była to ponad wszelką
wątpliwość jedna z tak zwanych „lepszych” gospód. Tym razem wszyscy zjawili się
tutaj aby posłuchać kazania jakie od kilku miesięcy wygłaszają w mieście i jego
okolicach wyznawcy nauk proroka Issurela.
Jednym z takich właśnie słuchaczy
był odziany w ciemny płaszcz mężczyzna o długich czarnych jak noc włosach,
które wijąc się bujnymi lokami na wszystkie strony spływały na ramiona okalając
jego pociągłą, bladą twarz. Pomarszczone czoło oraz szczupła, koścista dłoń
pocierająca w zadumie podbródek mogły świadczyć o tym, że wnikliwie wsłuchuje
się w każde słowo niechlujnie ubranego akolity. Lyrona jednak, gdyż tak
mężczyzna miał na imię, nie interesowały ostatnie chwile proroka, jego
zmartwychwstanie ani podniosłe przesłanie jakie pozostawił uczniom. Miał swoje
zadanie do wykonania i na tym się skupiał. Miejscowi kapłani, zaniepokojeni
wzrostem liczebności wyznawców Issurela na swoim terenie, a także faktem, że
podczas odprawianych przez nich nabożeństw dochodziło do niepokojących praktyk
magicznych, poprosili o pomoc Radę Czarodziejów. Tak się złożyło, że Lyron,
nekromanta, znajdował się w tym czasie na Wyspach Magii i pech chciał, że to
jego Rada oddelegowała do tego zadania. Czy to jednak była do końca losowa
decyzja nekromanta nie wiedział. Podejrzewał jedynie, że zwierzchników mogła
zaniepokoić prywatna wojna z wampirem Anreahem, zakończona ostatecznie
zwycięstwem czarodzieja.
Chcieli mi udowodnić, że mimo
wszystko nadal jestem posłuszny Radzie – zamyślił się – Ważne, że udało mi się osiągnąć
to co sobie wymarzyłem
Na samo wspomnienie krzyku
znikającego w Krysztale Totemhata wampira twarz nekromanty rozjaśniła się.
Nigdy nie sądził, że zemsta może smakować tak słodko. I kiedy tak się rozpłynął
we wspomnieniach, nagle zaniepokoiła go dziwna łuna, promieniująca słabo z
ciała wyznawcy Issurela. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że znajdowała się
tam cały czas, ale była tak niewyraźna, jakby zamazana, że nie potrafił jej
wcześniej dostrzec. Łuna, dziwnie znajoma łuna, bardzo znajoma… Wciągnął
głęboko powietrze, wytężył wzrok, wyostrzył inne zmysły i po chwili już
wiedział.
- Wyczuwasz coś dziwnego w tym
kaznodziei? – zapytał siedzącego obok mężczyznę, tak samo jak on ubranego w
czarne szaty. Zapytany też był nekromantą, ale obaj z oczywistych względów nie
nosili żadnych oznak przynależności do tej szkoły magii. Lyron wziął go ze sobą
na tę wyprawę, gdyż wierzył w jego młodzieńczy wigor, którego z wiekiem
starszemu nieco czarodziejowi ubywało. Nie spodziewał się niczego fascynującego
w tym religijnym śledztwie, więc obecność drugiego „czarnego maga” jak zwykło
ich określać pospólstwo mogła pomóc w zabijaniu nudy.
- Nic szczególnego – odparł
towarzysz marszcząc brwi. Po chwili jednak na jego twarzy zagościł uśmiech –
poza tym, że ma nierówno pod sufitem.
Na Lyronie jednak ten kiepski
żart nie zrobił żadnego wrażenia
- Nic a nic? Zastanów się
Patrimie. Jakaś swoista emanacja mocy? – dopytywał się.
- Naprawdę nic. Jak bardzo bym
się nie skupiał czuję tylko pustkę – w głosie Patrima było słychać
zrezygnowanie. Nie miał takiego doświadczenia w magii jak Lyron, dopiero od kilku
lat był nekromantą i wiedział, że jeszcze wiele musi się nauczyć, a pytania, na
które nie potrafił odpowiedzieć tym boleśniej mu o tym przypominały. Przeczesał
dłonią bujną czuprynę orzechowych włosów i spojrzał w brązowe oczy drugiego
czarodzieja – A ciebie co w nim niepokoi?
- Pustka Patrimie, to w sumie
odpowiednie słowo – nekromanta wyszczerzył zęby – ten człowiek nie żyje, to
nieumarły – widząc zdumione spojrzenia siedzących przy stoliku towarzyszy dodał
– tylko dobrze zakamuflowany.
Zagrath, starszy już człowiek w
brązowym płaszczu z gładko wygoloną głową, typową dla kapłanów boga ziemi Vellara
był w szoku, tak samo jak czwarta osoba w towarzystwie, blondwłosy czarodziej
ognia Amaron. Pierwszy z nich był przedstawicielem Rady Kapłańskiej Tarderii,
mającym przede wszystkim składać zwierzchnikom raporty z przebiegu śledztwa,
drugi zaś, na siłę trochę dokooptowany do ich grupki miał zapewne pilnować
nekromantów. Rada Czarodziejów zapewniała Lyrona o swoim zaufaniu, ale jak to
wszędzie bywa, a wśród osób parających się magią tym bardziej, kontrola jest
najwyższą formą zaufania. Lyronowi jednak nie przeszkadzała obecność Amarona.
Ostre rysy jego opalonej, naznaczonej już licznymi zmarszczkami twarzy i głębokie,
błękitne oczy zdradzały wielką inteligencję i nie mniejszą potęgę a w razie
problemów pomoc takiej osoby na pewno będzie nie do pogardzenia.
- Jak może być zombiem lub jakimś
innym tworem waszej plugawej magii, skoro nie dostrzegam w nim zapachu ziemi, w
której został pochowany – zdumienie pomieszane ze złością malowało się na
twarzy kapłana – Musisz wiedzieć nekromanto, że my, słudzy Vellara takie rzeczy
rozpoznawać potrafimy, więc lepiej zastanów się, jeśli masz zamiar drwić tu
sobie ze mnie.
- Spokojnie Zagracie – próbował
stonować nastroje Lyron, którego trochę rozbawiło uniesienie kapłana – Nie lekceważę
waszych mocy, lecz wiem co widzę i jestem tego pewien – odczekał chwilę, żeby
się przekonać czy wyraz twarzy Zagratha złagodniał – Istnieje wiele odpowiedzi
na twe wątpliwości
- Na przykład?
- Powiedzmy, że może on po
śmierci nie został wcale pochowany? Nie pomyślałeś o tym? Wiesz przecież, że
według legend nekromanci porywają piękne kobiety, po czym zabijają je tylko po
to by ożywić jako swoje sługi i po wieczne czasy korzystać z dobrodziejstw
wiecznie młodych ciał swych oblubienic –
nekromanta chciał jeszcze coś dodać, ale wbrew samemu sobie zaczął się głośno
śmiać, co zwróciło na niego zgorszony wzrok osób siedzących przy sąsiednim
stoliku. Jego wesołość jednak udzieliła się tylko Patrimowi. Amaron milczał z
kamienną twarzą, przyzwyczajony do humoru przedstawicieli nekromanckiego fachu,
natomiast Zagrath zzieleniał ze złości i obrzydzenia.
- Dość tej farsy – zdołał wydukać
przez zaciśnięte zęby – jesteście obrzydliwi. Chyba marnuję czas przebywając tu
razem z wami. Rada Kapłańska zajmie się tym problemem bez waszej pomocy – dodał
i już chciał wstawać od stołu, ale Amaron, dotychczas raczej nieobecny duchem
złapał go za rękę i powiedział
- Nie znam go za dobrze, ale
wierz mi, to jeden z lepszych w swym fachu. Nekromanta z krwi i kości, ale musisz mu zaufać
- Niech mówi – słowa czarodzieja
nie do końca przekonały starszego kapłana, ale usiadł z powrotem na swoim
krześle i udał przynajmniej że słucha
Lyron zadowolony takim obrotem
spraw przeprosił, nie do końca może szczerze, kapłana i kontynuował
- Moje zdolności mówią mi, że ten
człowiek znajduje się pod wpływem silnej magii, którą ciężko rozpoznać. Nic
dziwnego, że nie udało się to Patrimowi. Mnie samemu przyszło to z trudem. Nie
mam pojęcia, kto za tym stoi, ale ponad wszelką wątpliwość kaznodzieja został
przywrócony z zaświatów.
- Zmartwychwstał, tak jak ten ich
prorok z kazania – słusznie zauważył Patrim, którego podbudowała wypowiedź
starszego kolegi – Kto to był w ogóle ten cały Issurel?
- Może ty nam to powiesz
kapłanie? W końcu od wieków wyznaje się tu twojego boga – dodał Amaron, który
przezornie nie wspomniał o tym, że od dłuższego czasu on sam jest wysłannikiem
Rady Czarodziejów na terenie południowej Tarderii
Zagrath zasępił się
- Niewiele nam o nim wiadomo.
Najstarsze księgi podają, że żył tu na długo przed Wojnami Ognia i Błyskawic, w
czasach starego Imperium Accantii, jakieś dwa tysiące lat temu
- Rówieśnik twego Senusereta
Lyronie – przypomniał Patrim o potężnej mumii prastarego króla, pozostającej
pod władzą drugiego nekromanty – może on by nam coś o nim powiedział?
- Nie zapędzaj się tak daleko –
roześmiał się Lyron – mój faraon jest co najmniej o jedno millenium starszy,
tak więc nic nam ta rozmowa nie da, ale – tu zwrócił się do kapłana – jeśli
chcecie uzupełnić swoje księgi, to chętnie wam go odstąpię na kilka dni. Jestem
pewien, że władca jeszcze starszego Ankhum ma wiele ciekawych opowieści do
sprzedania
Kolejny raz na twarzy nekromantów
pojawiły się złośliwe uśmieszki, a Zagrath zaczął zielenieć niczym liście na
wiosnę
- Lyronie! Dość! – napomniał go
Amaron – Pohamuj swój żmijowy język, mamy zadanie do rozwiązania. Rada nie
będzie zadowolona jeśli zrazisz do siebie miejscowych kapłanów
- Ehh… Rada, cóż – znów skrucha
nekromanty nie była szczera, ale postanowił szybko zmienić temat. Naigrywanie
się z ludowych przesądów dotyczących nekromantów było jedną z jego ulubionych
rozrywek, a jeśli mógł wykorzystywać je przeciwko dającym im wiarę to ciężko mu
było opuścić taką okazję. Tym razem jednak zauważył, że cierpliwość rozmówcy
powoli się kończy więc z bólem serca zrezygnował z tej przyjemności –
Wspomniałeś o jakichś prastarych księgach. Jeśli nie są ściśle tajne, to
moglibyśmy je przejrzeć? – zapytał kapłana
- Skoro ma to pomóc w załatwieniu
sprawy tych przeklętych heretyków to z przyjemnością wam je udostępnimy – ulga
w głosie Zagratha uświadomiła Lyronowi, że podjął dobrą decyzję. Niech się starzec
wykaże, to wszyscy na jakiś czas zapomną o nieumarłych kochankach i rozmowach z
mumiami.
- To na co czekamy? – nekromanci
zaczęli podnosić się z miejsc – Prowadź kapłanie do waszych świętych źródeł mądrości
Zagrathowi udało się puścić mimo
uszu ten delikatny docinek i tylko Amaron wstając od stołu zmierzył Lyrona
zrezygnowanym spojrzeniem
- Nekromanci – prychnął pod
nosem, kiedy cała czwórka opuszczała gospodę i rozentuzjazmowany tłum
słuchający z zapartym tchem nieumarłego kaznodziei.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz