sobota, 28 lutego 2015

Powtórne Przyjście - part II

Przeglądanie ksiąg zajęło czarodziejom resztę dnia i większą część nocy, jednak zbyt wielu informacji na temat Issurela nie znaleźli. Kapłani Vellara dwoili się i troili wyszukując dla nich prastare manuskrypty, ale żaden z nich poza krótkimi wzmiankami nie opisywał dokładniej proroka. Mimo to, mając niejakie pojęcie o jego historii magowie z pomocą nieodstępującego ich niemal na krok Zagratha postanowili zbadać jaskinię, w której według legend i podań miał spoczywać Issurel do czasu swojego zmartwychwstania. Zmartwychwstania, o którym księgi nie wzmiankowały inaczej jak o jednej wielkiej mistyfikacji. Lyrona akurat ta kwestia mało interesowała. Zawsze uważał, że kapłani są strasznie zazdrośni o wiernych i nawet wśród oficjalnie akceptowalnych kultów nieraz zdarzały się przypadki dyskredytowania danego bóstwa i podkradania jego wyznawców. Tak zapewne było i w tym przypadku.
Zmrok zapadał nad Ursalisem, kiedy przed wrota głównej światyni Vellara w mieście zajechało dwóch nekromantów. Obaj ubrani byli w czarne płaszcze, ale pod nimi kryło się pełne wyposażenie uczniów tej szkoły magii. Kościane różdżki i stalowe krisy zatknięte mieli za pasy, wzdłuż których umocowano woreczki kryjące w sobie różnorodne substancje i eliksiry pomocne w rzucaniu potężniejszych czarów. Tors Lyrona zdobiła także kościana zbroja, imitująca klatkę piersiową ze wzmocnieniami wzdłuż żeber i na mostku. Patrim zamiast niej miał na sobie czarny, skórzany kaftan w strukturę którego wpleciono delikatne kościane nici. Obie zbroje mimo swojego niepozornego wyglądu, dzięki zaklęciu jakie na nie rzucono były niezwykle trudne do przebicia. Jedynie na dłonie nekromanci postanowili nie zakładać żadnych magicznych pierścieni. Co prawda spodziewali się problemów z wyznawcami proroka podczas przeszukiwania jego grobu, ale jak najdłużej chcieli pozostać anonimowi.
Po chwili pojawił się Zagrath, jak zawsze ubrany w brązowy płaszcz. Na plecach niósł niewielki, także brązowy tobołek a w prawej dłoni trzymał długi, sękaty i z pozoru niczym niewyróżniający się drewniany kij. Obaj nekromanci przeczuwali jednak, że tak naprawdę jest to jakaś potężna broń. Kapłan jednak, pomimo pytającego wzroku nekromantów, nie pospieszył z wyjaśnieniami tylko zaczął wyglądać Amarona.
- Mogłem być dla niego milszy w gospodzie – pomyślał Lyron. Potrafił jednak opanować pulsującą w nim ciekawość i korzystając z okazji przyglądnął się za to dokładniej samej świątyni. Poprzedniego dnia rezydował głównie w jej wnętrzu, wśród niezliczonych manuskryptów, nie miał więc czasu na podziwianie tej monumentalnej budowli. Składały się na nią dwie części. Większa, skryta była w zboczu masywu skalnego widniejącego nad miastem, w której znajdowały się niedostępne dla zwykłych ludzi pomieszczenia, w tym właśnie archiwum oraz sypialnie kapłanów. Druga zaś, zbudowana na planie kwadratu przysadzista konstrukcja była właściwym miejscem kultu, w którym odbywały się nabożeństwa. Jak wszystkie świątynie boga ziemi powinna być  zbudowana z nieciosanego kamienia. Wzdłuż ścian i na rogach stały masywne głazy, głęboko wkopane w ziemię. Z zewnątrz wydawać się mogło, że między nimi znajdują się spore odstępy ale dośrodkowo od nich wybudowano drugi mur, tym razem ceglasty, szczelnie oddzielający wnętrze od suchego ursalitańskiego powietrza. Dach świątyni stanowił olbrzymi, płaski blok piaskowca, wciągnięty tam prawdopodobnie za pomocą magii. Mniej więcej pośrodku niego ustawiona została szklana piramida, osłaniająca owalny otwór, przez który do środka wpadały promienie światła. Tak więc mimo, że na zewnątrz budowla wydawała się spełniać wymogi tradycji, nie była jej wierna w każdym calu. Podobne do niej, ale dużo mniejsze i skromniejsze świątynie rozsiane były po całym mieście, a jedna nawet znajdowała się na Przedmurzu, najgorszej dzielnicy miasta. Nic jednak dziwnego, skoro Vellar był najważniejszym bogiem w tym regionie Tarderii. Inne bóstwa takie ja władca wody Usqer czy Ina, pani urodzaju pomimo posiadania kilku świątyń w Ursalisie otaczane były znacznie mniejszą czcią.
Rozmyślania Lyrona na temat bóstw i religii przerwał tętent kopyt. Kiedy nekromanta odwrócił się w stronę, z której dochodził hałas, zobaczył galopującego ku nim Amarona. Wiatr rozwiewał poły jego krwistoczerwonej szaty a na torsie błyszczał złocony kaftan. Nie było to zbyt dobre przebranie jak na nocną wyprawę, ale czarodziej, gdy tylko zeskoczył z konia, wyciągnął z juków przy siodle brunatny płaszcz i szczelnie się nim owinął. Nim jednak to się stało, wszyscy ujrzeli zatknięte za pas miecz o pozłacanej rękojeści i kunsztowną, mahoniową różdżkę ozdobioną u szczytu rubinową kulą i dwoma rzędami rdzawoczerwonych piór.
- Idziemy? – zapytał zniecierpliwiony Zagrath, na co wszyscy odpowiedzieli mu powolnym skinieniem głową. Kapłan zaklaskał dwa razy w dłonie i ze świątyni wyłonił się młodszy wiekiem i rangą duchowny, który zaprowadził ich konie do przyświątynnej stajni. Według map droga do  grobowca nie była może zbyt długa, ale górzysta, stąd postanowili przebyć ją pieszo. Skierowali się na wschód, ku wychodzącej na podmiejski cmentarz Bramie Umarłych.
Przechodząc wąskimi ulicami, wśród tłumów odpoczywających po całym dniu pracy rzemieślników, Lyron mógł lepiej przyjrzeć się miastu i jego mieszkańcom. Jak każde większe skupisko ludzi Ursalis pełen był kontrastów. Wysokie, zbudowane ze złotożółtego piaskowca kamienice sąsiadowały z ulepionymi z gliny ziemiankami, a wielkie place, całe zastawione stoiskami handlowymi nierzadko przechodziły w brudne, cuchnące fekaliami, ziemiste uliczki. Na każdym rogu spotkać można było siedzących w łachmanach żebraków, których bez słowa mijali wytworni kupcy czy schludnie ubrani urzędnicy. Co gorsza, podobnie czynili wszelkiej maści kapłani. Lyrona aż korciło, żeby zwrócić na to uwagę Zagratha. Miał jednak w pamięci słowa Amarona o zadowoleniu Rady Czarodziejów, co wystarczało do zachowania niezbyt pochlebnych komentarzy dla siebie.
Cienie wydłużały się coraz bardziej a Słońce znad horyzontu wysyłało już ku światu ostatnie promienie, kiedy dotarli na miejski cmentarz. Zostawione w tyle wrota Bramy Umarłych właśnie się zamykały i słychać było ich metaliczny zgrzyt. Po chwili cisza zaległa nad cmentarzyskiem, przerywana tylko krótkimi porywami wiatru.
- Trochę tu ponuro – odezwał się Patrim, próbując rozczytać napisy na pobliskich nagrobkach – Może już czas przywołać kilku towarzyszy do pomocy?
- Wykluczone – kategorycznie zabronił mu Lyron – Pamiętaj, że nasz przeciwnik zna się na naszej sztuce. Ryzyko, iż odkryje, że do niego zmierzamy jest zbyt duże. Wiem jak cenisz sobie swojego orczego wojownika, ale póki co musimy polegać wyłącznie na sobie.
Patrim ze skruchą pokiwał głową, kolejny raz złoszcząc się w duchu na samego siebie. Jego brak doświadczenia znowu dał o sobie znać. Miał jednak nadzieję, że gdy dojdzie do konfrontacji z wrogiem pokaże starszemu nekromancie swoją przydatność. Nagle wzrok młodzieńca przykuło skupisko ludzi u podstawy wzgórza, na którym wznosił się Ursalis.
- Spójrzcie w dół – zwrócił uwagę towarzyszy, wskazując głową na granicę zabudowań zwanych Przedmurzem.
Główne miasto Ursalis znajdowało się na płaskowyżu, oparte z zachodu i północy o prawie pionowe górskie ściany. Ku południu i wschodowi natomiast płaskowyż schodził łagodnym zboczem w stronę doliny, środkiem której płynął leniwie płytki strumień o melodyjnej nazwie Salisia. Tam właśnie, na południowym zboczu, poza obrębem murów miejskich leżało Przedmurze. Była to dzielnica nędzy, pełna szałasów, lepianek, tanich gospód i nie droższych burdeli. Zgromadzenie, które ujrzał w oddali Patrim zebrało się przy wschodniej granicy tego osiedla. Niestety wędrowcy stali zbyt daleko żeby dostrzec szczegóły. Jeden tylko Zagrath wiedział, a raczej przeczuwał cóż to takiego.
- Bezbożnicy Issurela! Teraz tutaj odprawiają swe plugawe obrzędy – krzyknął z odrazą
- Ciszej! – syknął Lyron – Jeśli to oni to lepiej żeby nas nie usłyszeli.
- To nie takie łatwe jak myślisz. Na samo wspomnienie świętokradztwa jakiego dopuścili się na Placu Pięciu Figowców mam ochotę posłać ich wszystkich głęboko pod ziemię!
- Nienawiść nie przystoi kapłanowi – Lyron nie mógł sobie odpuścić tego przytyku, ale ku jego zdziwieniu słowa te uspokoiły kapłana. Odetchnął kilka razy głęboko po czym mówił już powoli i bez emocji
- To największy plac w mieście, pod Centralnym Figowcem stoi jeden z najświętszych posągów Vellara. Nie dziw się więc, że budzi to mój gniew. Gdybyś tylko wiedział jak potworne rzeczy mają miejsce podczas ich obrzędów to byś mnie zrozumiał, a nie drwił.
- To może rzucimy okiem na to nabożeństwo – nieśmiało zaproponował Patrim, niezrażony ostatnią wpadką – Może nam to dać jakieś wskazówki na temat tej sekty
Tym razem pomysł młodego nekromanty spodobał się wszystkim.
- Czemu nie – Lyron poklepał kolegę po plecach, po czym z szelmowskim uśmiechem na ustach zwrócił się do wszystkich – Co powiecie na wysłanie im małego szpiega nie z tego świata?
Te słowa mocno zdziwiły a i po części oburzyły Patrima.
- A ryzyko wykrycia? – odezwał się podniesionym głosem - Sam mówiłeś przecież…
- Mówiłem i mogę to jeszcze raz powtórzyć – przerwał mu Lyron – Ryzyko jest zawsze, ale zapewniam was, że dużo mniejsze niż w przypadku sług z krwi i kości. Poza tym magia zna sposoby ukrycia się przed wzrokiem niepożądanych osób, a na zjawy z zaświatów jeden sposób jest wręcz idealny
Mówiąc to Lyron wyciągnął zza pasa swój kris - długi nóż o falistym, zakrzywionym ostrzu, z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyciągnął niezbyt duże owalne lusterko a przy pasie poluzował nieco jeden z wielu niewielkich woreczków. Sięgnął do niego dłonią i wyrzucił w powietrze odrobinę srebrnego pyłu wypowiadając bezgłośnie jakieś krótkie słowo.
- Srebro – wyjaśnił – Odpowiednio wypolerowane odbija światło słoneczne tak jak i wzrok nazbyt ciekawskich ludzi.
Kiedy pył zatańczył wokół nich znikając w wieczornym półmroku i pozostawiając za sobą jedynie lekką błyszczącą łunę, nekromanta wyciągnął przed siebie palec wskazujący i naciął krisem opuszkę palca. Odrobinę krwi wycisnął na lusterko a resztę wytarł w swój nóż. Nucąc powoli pod nosem słowa zaklęcia machnął nim gwałtownie w powietrzu. W miejscu gdzie ostrze krisa przecięło powietrze pojawiła się błękitna pręga, która powoli zaczęła się rozszerzać. Lyron raz jeszcze sięgnął po garść srebrnego pyłu i kiedy przez szczelinę zaczęła przechodzić ledwo widoczna, szarobiała zjawa sypnął nim w stronę ducha. Zaraz potem zjawa całą swą eteryczną postacią przedostała się do świata żywych a błękitna pręga zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Przywołane widmo pomknęło w dół zbocza, rozwiewając po drodze resztki swej widzialnej postaci. Lyron schował kris za pas, a towarzysze ujrzeli, że w lusterku, które trzyma w dłoni pojawił się obraz Przedmurza. Widząc zdziwione miny Zagratha i Amarona, nekromanta streścił pokrótce działanie zaklęcia
- Przywołany z zaświatów duch poszpieguje wiernych Issurela, a dzięki połączeniu krwią z lusterkiem, będziemy mogli w nim zobaczyć to co on swymi widmowymi oczyma
- Sprytne – zauważył Amaron
- Może i sprytne, pomysłowe ale co z tego skoro nadal plugawe? – Zagratha nic chyba nie potrafiło przekonać do zaakceptowania nekromancji jako, jakby nie było, przydatnej sztuki.
- Jeszcze nam będziesz dziękował – skwitował rozmowę Lyron, po czym cała czwórka rozsiadła się wygodnie między nagrobkami i skupiła wokół lusterka.
Ujrzeli w nim dość dużą grupkę ludzi zgromadzoną wokół najprawdopodobniej kapłana, odzianego jednak w stare, dawno wyszłe z mody potargane ubranie. Stał on przy sągwi z winem i intonując dziwnie znajome nekromantom słowa wlewał do niej gęsty bordowo czerwony płyn.
- Krew – wyjawił im Zagrath, jednak było to tylko potwierdzeniem ich domysłów.
Nie przestając śpiewać, prowadzący obrzędy wziął do ręki długą drewnianą łychę i zaczął energicznie mieszać zawartość sągwi. Dosypał do tego jeszcze odrobinę żółtego proszku a kiedy mieszanka zaczęła wrzeć, mimo iż nie ogrzewało jej żadne palenisko, wyciągnął w górę przesiąkniętą czerwienią mikstury łychę. Na ten znak wierni ustawili się w kolejce z glinianymi kubkami w rękach, do których prowadzący nalewał im sporządzonego właśnie eliksiru.
- Dość! – w głosie Zagratha czuć było obrzydzenie i ledwie hamowaną złość – Widziałeś co chciałeś. Odwołaj ducha, ja więcej na to patrzeć nie zamierzam!
Ku zaskoczeniu dwóch pozostałych towarzyszy Lyron usłuchał kapłana. Kiedy duch zbliżył się do nich z powrotem, nekromanta ponownie rozciął krisem zasłonę zaświatów, a uwolniona dusza czym prędzej wróciła przez błękitną szczelinę tam skąd przybyła.
- Masz rację Zagracie, to mi wystarczy – głos Lyrona lekko drżał, co tym bardziej zdziwiło zebranych, a szczególnie Patrima – Pierwszy raz widzę, żeby ktoś na żywych stosował zaklęcia przywołania.
- Co takiego? – stwierdzenie Lyrona przeraziło nawet opanowanego do granic możliwości Amarona.
- To prawda – z zaniepokojeniem odpowiedział mu Patrim – Kapłan Issurela użył mniej więcej tych samych rekwizytów co my podczas wskrzeszania swoich nieumarłych sług. Krew łączy przywołaną istotę z nekromantą więzią posłuszeństwa a ten żółty proszek pozwala odtworzyć ciało istoty po jej przemianie w proch.
- Tak, tylko tu nikt nikogo w proch jeszcze nie obrócił – uzupełnił Lyron – Niepokoi, a paradoksalnie nawet ciekawi mnie to, że z tego co udało mi się wyczuć, krew użyta w obrzędzie nie należy do rzucającego zaklęcie.
- Może do kogoś, kto stoi za tym wszystkim. Do tego kto kontrolował kaznodzieję? – Zagrath podrapał się po łysym czole, na którym widać było kropelki potu. Informacje przyniesione przez widmowego szpiega zmieniły ich spojrzenie na cały problem. Coraz bardziej jasny stawał się fakt, że mają do czynienia ze znacznie potężniejszym wrogiem niż do tej pory sądzili.
- Najpewniej – Lyron niczego już nie był pewien. Nagle gdzieś zniknął jego spokojny, rzeczowy, wręcz zarozumiały ton jakim posługiwał się w gospodzie wyjaśniając towarzyszom niektóre tajniki nekromanckiego fachu – Coś czuję, że w grobowcu Issurela dowiemy się jeszcze więcej. Jakiekolwiek domysły i hipotezy na nic nam się teraz nie przydadzą. Trzeba wziąć się w garść i ruszać w drogę!

Mocniejsze słowa nekromanty pomogły nieco dojść do siebie całej drużynie i z lekkim ociąganiem kontynuowali wędrówkę przez cmentarz, ku majaczącej w jego północno-wschodnim krańcu górskiej ścieżce. Biegła ona między stromymi zboczami pobliskich gór licznie rozgałęziając się w każdą wyrzeźbioną w brązowym piaskowcu szczelinę. Jak wyjaśnił im Zagrath, w tej okolicy mają swoje groby najbiedniejsi mieszkańcy miasta, których nie stać na miejsce na miejskim cmentarzu. Większość to masowe mogiły pod które zaadaptowano jaskinie jakich wiele można tu było spotkać. W niektórych miejscach wędrowcy zauważyli też niewielkie, wydrążone w skałach otwory. Były to miejsca, w których składano urny z prochami zmarłych w trakcie zaraz jakie w długiej historii Ursalisu nieraz nawiedziły miasto. Grób Issurela, mimo iż jeden z najstarszych w tym swoistym kanionie umarłych, znajdował się niemal na samym końcu górskiej ścieżyny. Według świątynnych pism zgorszenie jakie wywoływał on w mieście sprawiło, że władze kazały pochować go jak najdalej od miasta. Przez nielichy wszakże okres dwóch tysięcy lat, które minęły od tamtej chwili, cmentarzysko rozrosło się jednak znacznie, przybliżając coraz bardziej do grobu proroka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz