Po niecałej godzinie ciężkiego
marszu przez góry, wśród wgniatających im się w podeszwy ostrych kamieni i
wszechobecnego piachu oczom podróżników ukazał się cel ich wędrówki. Tak jak
się spodziewali, nie wyróżniał się niczym szczególny, po prostu kolejna górska
grota. W świetle Księżyca, który zdążył
już wzejść na nocne niebo ujrzeli też, że ścieżka którą do tej pory
podążali zwęża się tuż za grobem i skręca ostro na wschód niknąc wśród skał.
Mało ich jednak to teraz interesowało. Zwrócili się więc ku niewysokiej
szczelinie będącej wejściem do grobu. Zagrath zaczął wyciągać z tobołka dwie
pochodnie i hubkę, ale Lyron powstrzymał go zdecydowanym skinieniem.
- Nie wiemy co tam się kryje a zawsze
lepiej mieć po swojej stronie efekt zaskoczenia
- Są inne sposoby na widzenie w
ciemnościach – zgodził się Amaron, odrzucając poły brązowego płaszcza. Z jednej
z kieszeni znajdujących się na wewnętrznej stronie swej czerwonej szaty
wyciągnął niewielka świecę. Dotknął lekko jej koniuszka dwoma palcami i
przytrzymał aż wosk się nieco roztopił. Kazał towarzyszom zamknąć oczy a sam
nałożył im na powieki odrobinę wosku wypowiadając przy tym cicho krótkie słowo
mocy. To samo zrobił też ze swoimi oczyma.
- I jak Zagracie, lepiej? –
spytał kiedy już otworzyli oczy.
Ze zdumieniem stwierdzili, że
wbrew panującej nocy widzą tak dobrze jak w dzień. Nawet Zagrath, który
zazwyczaj nieufnie podchodził do wszelkich form magii, nie krył zachwycenia.
Jako pierwszy śmiało zanurkował do środka jaskini, zaskakując tym wszystkich
czarodziejów. Ci, niewiele myśląc ruszyli za nim. Wejście było niskie, tak że w
niektórych miejscach musieli się mocno pochylać. Całe szczęście po kilku
krokach strop wyraźnie się podnosił a przed oczami kapłana i magów otwarła się
przestronna komnata, której centrum stanowił kamienny stół, na którym niegdyś
spoczywać musiało ciało Issurela. Teraz jednak zamiast jakichkolwiek śladów po
zwłokach, które przez tyle lat musiały ulec rozkładowi, znaleźli tam
czteroramienny świecznik, kilka białych kawałków materiału i dwa blaszane
kielichy.
- Czuć w nich krew – zauważył
Lyron – krew zaklętą naszą magią. Tak jak na Przedmurzu. Zagadka zaczyna się
robić coraz ciekawsza.
- Coraz więcej też się chyba zaczyna wyjaśniać –
dodał Patrim, który wnikliwie przebadał jeden z kielichów – Ten grób wcale nie
wygląda jak grób
Chcąc nie chcąc, Amaron z
Zagrathem musieli dać wiarę słowom nekromantów. Skinęli głowami na znak że
przyjęli te rewelacje do wiadomości i zaczęli dalej przyglądać się jaskini. Pod
południową ścianą stały dwie wielkie sągwie, niewypełnione jednak żadnym
płynem, choć na brzegach widać było zaschnięte krople czegoś co mogło być
winem. Obok nich znajdowały się dwie drewniane wiszące półki, ale prócz kilku
pustych słoi też były puste. Północna ściana za to wypełniona była dziwnymi
malowidłami, zatartymi już nieco przez czas. Przedstawiały one sceny
kamieniowania długowłosego mężczyzny, którym najpewniej był sam Issurel, a
także jego ukazanie się uczniom pod nową, świetlistą postacią.
- To pewnie to jego
zmartwychwstanie – zauważył z ironią Zagrath – Nic więcej tu chyba nie
znajdziemy. Grób leży pusty, ciała nie ma. Pewnie dawno już uległo rozkładowi,
a jego kapłani kontynuują tę mistyfikację. Jak dla mnie sprawa jest zamknięta a
miast przetrząsać cmentarze zająć należy się eliminacją tych co stoją za tym
wszystkim.
- Mocne słowa kapłanie, ale dla mnie
śledztwo dopiero się zaczyna – odrzekł mu Lyron – Może to przypadek a może nie,
ale widzę, że Rada nie mogła do tego zadania wybrać lepszych czarodziejów. Ta
sprawa jest do szpiku kości przesiąknięta nekromancją i jeśli już zacząłem to
muszę ją do końca doprowadzić.
- Jest równie plugawa jak ta cała
wasza nekromancja. Jak chcecie, to sobie dalej grzebcie w truchłach, ja wracam
do miasta
Jak kapłan powiedział, tak też
zamierzał uczynić. Odwrócił się plecami do Lyrona i ruszył ku wyjściu. Nagle
jednak powstrzymał go syk Amarona
- Kryć się! – czarodziej ognia,
który nie wyczuł w jaskini nic związanego ze swoją gałęzią magii i poczuł się
znudzony jej przeszukiwaniem, od dłuższego czasu czuwał przykucnięty u wylotu
groty grobowej, pełniąc rolę strażnika. Kiedy w środku trwała rozmowa między
Zagrathem a Lyronem, on ujrzał w oddali zbliżającą się powoli sylwetkę
człowieka. Upewniwszy się, że zmierza w ich stronę postanowił ostrzec kompanów.
Zaraz też ześlizgnął się do wnętrza, wyciągając zza pasa różdżkę – Ktoś tu
idzie, nie jestem pewien ale to chyba ten co prowadził nabożeństwo.
Wszyscy zaczęli się rozglądać za
jakimś schronieniem, ale z jaskini było tylko jedno wyjście, które teraz
wyprowadziłoby ich prosto na nadchodzącego sługę proroka. Całe szczęście
Zagrath wypatrzył we wschodnim krańcu jaskini wnękę zza której mogli
niewidoczni obserwować główną część grobowca.
- Zbliża się – mimo, że ukryci w
jaskini nie słyszeli kroków wyznawcy proroka, ale Lyron poczuł znowu to samo co
w gospodzie, delikatną emanację magii, która z każdą mijającą chwilą stawała
się coraz silniejsza. Odkrycie to ponownie zmąciło spokój nekromanty, ponieważ
nigdy jeszcze nie widział nieumarłego rzucającego bardziej skomplikowane
zaklęcia. Co innego przywołany mocą czarodzieja szkielet-mag, nauczony jednego
typu zaklęcia ofensywnego, a co innego zombie tworzący magiczne eliksiry oparte
o czar ożywienia martwych.
- Też go czuję – Patrim był
równie zaniepokojony – Co tu się u licha dzieje Lyronie?
- Nie mam pojęcia ale myślę, że
jeszcze dziś się dowiemy.
- Oby tylko ta wiedza nas zbyt
wiele nie kosztowała.
Pesymistyczny nastrój rozmowy
dwóch nekromantów nie uszedł uwagi Zagratha. Amaron także nie krył
podenerwowania całą tą sytuacją.
- Może jaśniej? – odezwał się,
ale Lyron przyłożył tylko palec do ust dając mu znak, by zachował milczenie
- Jest już przy grobie. Gdy
wejdzie obezwładnić, ale nie zabijać – szepnął wyciągając swoją kościaną
różdżkę. Na jej końcu osadzona była wilcza czaszka, w której czoło wbity tkwił lśniący
szmaragd w kształcie rombu. To samo uczynił Patrim, którego różdżka składała
się z orczej czaszki z dwoma szmaragdami sterczącymi niczym rogi na skroniach.
Amaron kiwnął głową na znak że
rozumie i mocniej zacisnął palce na własnej różdżce. Nadchodzące sekundy
dłużyły się wszystkim w nieskończoność. Napięcie rosło, pot spływał im po
twarzach a nic się nie działo. Nagle Lyron zdumiony poczuł, że przybysz się
oddala. Powoli wysunął się z wnęki i podszedł do wyjścia z jaskini. Ostrożnie
wyjrzał przez otwór i zobaczył jak postać nieumarłego znika za zakrętem
ścieżki.
- Idziemy za nim – nakazał
towarzyszom, gdy podzielił się z nimi tym, co zobaczył
- Mówiłeś że zniknął w górach –
zaoponował Zagrath – Jak niby mamy go teraz odnaleźć?
- Cały czas go wyczuwam – w
głosie nekromanty znów pobrzmiewała pewność siebie – jak raz go znalazłem to
więcej nie zgubię – uspokoił kapłana – a tam dokąd poszedł leży zapewne
rozwiązanie naszego problemu więc lepiej chodź tam z nami
- Jeśli jest tak jak mówisz – zgodził
się kapłan, po chwili jednak dodał – ale ostatni raz przystaję na twoje
pomysły!
Lyron już go jednak chyba nie
słuchał. Czym prędzej wyskoczył z grobowca i ruszył śladem issurelowego
kapłana. Ścieżka, po której teraz szli była jeszcze bardziej niewygodna niż
poprzednio, pięła się stromymi stopniami w górę żeby za jakiś czas pikować
gwałtownie w dół. Przez jakiś czas wędrowcy byli nawet zmuszeni do poruszania
się skrajem urwiska wysoko ponad majaczącymi w dole rumowiskami skalnymi. Na
szczęście, akurat w tym miejscu dróżka rozszerzała się, tak że mogłaby
pomieścić nawet ich wszystkich idących ramię w ramię.
W pewnym momencie do odczuwanej
przez nekromantów emanacji nieumarłego kapłana dołączyła druga, coraz
silniejsza nuta. Zaniepokoiła ona bardzo Lyrona, gdyż była mocniejsza niż mógł
kiedykolwiek przypuszczać, jednak póki co wolał nie dzielić się z towarzyszami
ponurymi wieściami. Wymienił tylko spojrzenia z Patrimem, bez słów nakazując mu
zachować spokój. Jednak pozostali też zaczęli wyczuwać coś niepokojącego.
Zagrath wyglądał jakby przygniatał go jakiś wielki ciężar. Pot kapał mu z
twarzy a jego ruchy stawały się coraz powolniejsze. Zaciśnięte usta Amarona też
mówiły same za siebie. Czarodziej ognia wyraźnie walczył z czymś, może jakąś
niepokojącą myślą, może podświadomość podsuwała mu niezbyt przyjemne obrazy.
Nekromanta nie wiedział, czuł tylko moc pochodzącą z nieznanego źródła, moc
jakże mu bliską ale potężniejszą i mroczniejszą.
Nagle Zagrath upadł na ziemię.
Zaczął zwijać się z bólu. Zaskoczyło to jego towarzyszy. Czarodzieje zaczęli
się rozglądać za czymś co mogło być przyczyną dziwnego zachowania kapłana. W
obleczonych księżycową łuną górach panowała jednak pustka i śmiertelna cisza.
Przerwał ją dopiero krzyk kapłana
- Ziemia, ziemia umiera!
Plugastwo przeżera ją, do głębi! Czuję to, czuję, ach jak to boli! – urywane
słowa kapłana brzmiały naprawdę ponuro. Lyrona przeszedł dreszcz. Coraz więcej
elementów zaczęło układać się w spójny obraz. Obraz, który nie
przynosił nadziei na szczęśliwe zakończenie ich misji
- Weź się w garść Zagracie –
próbował uspokoić leżącego kapłana Patrim – Rozpacz nic nie pomoże. Potrzeba
nam siły, siły ducha i ciała. Inaczej nie wyjdziemy z tego żywi
- Optymista – Lyron nie krył
ironii, ale tylko w ten sposób mógł sobie poradzić z rodzącym się w jego duszy
niepokojem – Jeśli tak kochasz swoją ziemię, wstań i idź dalej. Tak tylko
możesz pomóc ją uzdrowić
- Ty coś wiesz – wyszeptał
Zagrath, podnosząc się z ziemi
- Mam pewne podejrzenia, ale wolę
się upewnić – odpowiedział nekromanta
- Lyronie – odezwał się
niespodziewanie Amaron. Widać było, że mówienie sprawia mu ból – tam jest
jakieś plugastwo. Zagrath ma rację. Czuję ogień, istotę z ognia. I ona cierpi
okropne męki. Czuję je i ciężko to wytrzymać. Co to za potwór tam na nas czeka?
- Cierpliwości. Cierpliwości i
koncentracji, tego nam teraz potrzeba – próbował odpowiednio dobrać słowa
nekromanta – Szykujcie się na ciężką przeprawę. Idziemy, czas ucieka.
I ruszył dalej górską ścieżyną.
Reszta drużyny, z mniejszą na pewno ochotą, ale jednak podążyła za nim.
Prowadzeni przez emanację mocy ujrzeli w końcu wysoką górę w kształcie piramidy
z rozszczepionym na dwoje wierzchołkiem, do której prowadziły wąskie, ale
wysokie wrota. Nieumarły kapłan musiał niedawno przez nie przechodzić, gdyż
wielki głaz, zamykający zapewne wejście, stał odsunięty na bok. Na znak dany
przez Lyrona czarodzieje wyciągnęli różdżki a Zagrath mocniej chwycił swój
sękaty kij. Kiedy przeszli przez wrota
znaleźli się w długim korytarzu. Zaklęcie rzucone w grobie przez Amarona
przestało już działać i otoczyła ich ciemność. Na ścianach, na wysokości oczu
wisiały natomiast wielkie szmaragdowe kule. Wystarczyło lekko je potrzeć i
rozżarzały się zimnym, seledynowym światłem. Ostrożnie czwórka wędrowców
zapuściła się w głąb korytarza. Odczuwane przez każdego z nich emanacje były tu
tak silne, że niejeden z nich na pewno pomyślał o powrocie do Ursalisu.
Potrafili jednak zapanować nad emocjami.
Korytarz doprowadził ich do
wielkiej sali, w której ujrzeli okropieństwo o którym mówił im Amaron. Po
prawej stronie od wejścia wisiał feniks przybity kościanymi gwoździami do
ściany. Ogień, którym płonęło zwierzę rozjaśniał całe pomieszczenie. W jego
świetle przybysze mogli ujrzeć, że ptak spętany jest łańcuchem zrobionym z jego
własnych jelit.
- Kto? – obrzydzenie w głosie
Amarona mieszało się ze współczuciem – Kto i dlaczego go tak okaleczył?
Czarodzieje ognia uważali feniksa
za święte zwierzę. Bestialskie traktowanie jakiemu je poddano oburzyło zarówno
nekromantów jak i Zagratha, ale dopiero Amaron dostrzegał pełen wymiar tej
tragedii.
- Ten, kto odpowiada za wszystko
inne - odparł Lyron, którego wzrok przykuła zaschnięta krew na udzie feniksa.
Choć to wydawałoby się niemożliwe, czuł, że to ta sama, którą posługiwali się
wyznawcy Issurela podczas obrzędów na Przedmurzu – przetoczył feniksowi swą
krew. Ptak ją teraz produkuje i z każdym jego powstaniem z popiołów ona też się
odradza. Dzięki temu ma niewyczerpane źródło krwi do swoich czarów.
- Tak, a dzięki temu że związał
go jelitami, po odrodzeniu feniks dalej jest uwięziony – dokończył ze smutkiem Amaron
- Ale komu jest takie coś
potrzebne? – zdziwił się Zagrath
- Komuś, kogo układ krwionośny
przestał pracować – Nie było już sensu ukrywać przed innymi niebezpiecznej
prawdy. Lyron postanowił wyjawić towarzyszom wszystkie swoje domysły i
podejrzenia
- Czyli?
- Czyli komuś, kto z medycznego
punktu widzenia jest już martwy – wyręczył Lyrona nieznajomy, ochrypły głos.
W jednej ze ścian, naprzeciw tej,
do której przybito feniksa, wykute były strome stopnie, wiodące na widoczną w
rogu komnaty półkę skalną. Leżała ona u wylotu jakiegoś innego korytarza,
prowadzącego zapewne w głąb góry. Na półce tej stał mężczyzna, a w zasadzie coś
co było kiedyś mężczyzną. Jego ciemnozielona skóra, pomarszczona i wyschnięta,
mocno opinała się na kościach sprawiając makabryczne wrażenie. Jej najcieńsza
warstwa osłaniała twarz, przez co wydawało się że istota tak naprawdę zamiast niej
ma po prostu samą czaszkę. W zapadłych oczodołach utkwione były dwie małe,
matowe gałki oczne, w których dojrzeć można jednak było wielką moc i przeżyte
przez ich właściciela lata. Ubrany był w postrzępioną czarną szatę, a na
zapadniętej piersi widniały pożółkłe już od starości kościane płytki. Kościste,
pozbawione paznokci palce jednej ręki zaciśnięte były na długiej różdżce –
najdziwniejszej jakie zebrani w komnacie przybysze kiedykolwiek widzieli. Na jej
końcu widniała długa na dwie stopy czaszka młodego smoka, ozdobiona pięcioramiennym szmaragdem. Ze smoczej
czaszki, także na wzór pięcioramiennej gwiazdy, odchodziły zakrzywione
sztylety. Na palcach drugiej dłoni świeciły się za to wielkie szmaragdowe
pierścienie i złote sygnety.
- Witajcie bracia – istota
odezwała się ponownie –witaj i ty, kapłanie Vellara
Zagrath, słysząc pozdrowienie
wzdrygnął się, podobnie Amaron. Nikt z nich nigdy nie widział czegoś podobnego.
Nekromanci zaś, którzy wiedzieli z kim mają do czynienia, zachowali większy
spokój. Na ile oczywiście można być w takiej sytuacji spokojnym.
- Kim jesteś, że nazywasz nas
braćmi? – spytał Lyron
Zapytany uniósł lekko kąciki
swych pozbawionych już warg ust w makabrycznej imitacji uśmiechu
- Czyżbyś był aż tak głupi
nekromanto? Myślałem, że spotkam godnego partnera do rozmowy, ale widzę, że od
moich czasów poziom nauczania na wyspach strasznie się obniżył
- Nie kpij sobie ze mnie, liczu –
odparł ze spokojem – potrafię powiązać fakty. Pytałem raczej o twoją godność
- Licz?! – wtrącił się Zagrath,
którym wstrząsnęła ta wiadomość – Jeszcze bardziej plugawa ewolucja nekromanty?
- Tak, kapłanie. Nie wiem jednak
co rozumiesz przez słowo plugawy. Przemiana w licza to zaszczyt,
błogosławieństwo. To moc, której nie możesz sobie wyobrazić. I nieśmiertelność,
gdyż śmierć nie może zabrać kogoś, kto już raz został przez nią dotknięty
- Dobrze wiemy czym jest licz,
ale ciągle nie znamy twojego imienia – dopytywał się Lyron
- Ach, czy to konieczne? Nie
domyślacie się? – znowu uśmiechnął się licz – To ja jestem Issurel.
Zmartwychwstały prorok. Dla wielu ludzi na tym i na tamtym świecie niemal bóg.
Jednak dla Was, bracia – zwrócił się do nekromantów – mogę zwać się Barthamel
Imię to zaskoczyło Lyrona i
Patrima, ale wiele im też wyjaśniło. Młodszy z nich, do tej pory onieśmielony
potęgą licza, odezwał się
- Ten Barthamel? Ten, o którym
nas uczą? I przestrzegają byśmy się tacy nie stali? Ten co marzył o władzy nad
światem? Królestwo Nieumarłych i tak dalej?
- To o czym was uczą to kłamstwo!
– ryknął Issurel, wymierzając w Patrima koniec swojej różdżki – Rada była
zazdrosna o moją potęgę!
- I dlatego wydała na ciebie
wyrok śmierci? – Lyron osłonił ciałem młodszego kolegę
- Nie wiesz nic o całej tej
sprawie, więc się nie wypowiadaj robaku!
- Oświeć mnie – Lyron wiedział,
że stąpa po cienkim lodzie. Potęga Issurela była zbyt duża, jednak nekromanta
miał wrażenie, że jego żmijowy język nie przekroczył jeszcze granicy
bezpieczeństwa.
- Opowiem wam wszystko – zgodził
się Issurel – poznacie całą prawdę o Barthamelu Wzgardzonym i o Issurelu
Zmartwychwstałym. A potem, bracia, podejmiecie decyzję czy chcecie żyć dalej u w
blasku mej chwały czy umrzeć tylko po to by dołączyć do mych nieumarłych zastępów!
jak wygląda różdżka z czaszką smoka i sztyletami na końcu ? schemat poproszę.
OdpowiedzUsuńCzytałoby się ,,lżej'' gdyby cały blog był szerszy. Łatwo gubię linijki gdy jest tak wąsko. Chyba, że tylko ja mam z tym problem. :)
OdpowiedzUsuń