niedziela, 19 kwietnia 2015

Ostatni Nocny Tramwaj (1/2)

- Ale się najebałem – wymamrotałem i nie było w tym zbytniej przesady. W głowie miałem istną karuzelę, w ustach metaliczny posmak alkoholu a w brzuchu szalał sztorm o sile 10 stopni w skali Beauforta. Trudno się jednak dziwić, imprezy u Chemika zawsze miały rozmach, a że dziś były jego urodziny to bez jakiejś naprawdę epickiej libacji obyć się nie mogło. Nie wiem ile litrów wódki wlałem w siebie tego wieczora, ale taka ilość niejednego zwaliłaby z nóg. Mnie zresztą też wódka nie oszczędziła. Ostatnim wysiłkiem woli powstrzymywałem mdłości, opierając się o front jakiejś kamienicy. Lodowate grudniowe powietrze bezlitośnie przenikało przez zdecydowanie za cienkie jak na tę porę roku ubranie. Kiedy wychodziłem z domu była jednak dużo lepsza pogoda, ale jak na złość w przeciągu tych kilku przepitych, imprezowych godzin znacznie się ochłodziło. Żałowałem teraz, że nie wróciłem z innymi do akademika, zawsze można było przebiedować u kogoś w pokoju do rana. Cóż, jakaś wrodzona, silniejsza ode mnie siła kazała mi na przekór wszystkiemu i wszystkim jechać do własnego mieszkania. A przynajmniej spróbować, gdyż póki, co na pewno w nim nie byłem. Rozejrzałem się. Świat dookoła skąpany był w mglistym świetle ulicznych latarni i neonowych szyldów sklepów. Obok mnie zielonym, rażącym oczy blaskiem świeciła się witryna monopolowego. Nie mogłem wybrać lepszego miejsca. Ostrożnie, żeby czasem nie sprowokować wzbierającej w żołądku fali do gwałtownego wydostania na zewnątrz, rozejrzałem się po okolicy. Powoli, przez zalegającą wszędzie mleczną mgłę zacząłem rozróżniać szczegóły budynków
- Dworzec Główny – wyszeptałem z ulgą.
Nie było tak źle. Obok mnie znajdował się przystanek autobusowy, z którego odjeżdżał 610, linia tak bliska sercu, która już nieraz mnie wiozła nietomnego do domu. Spojrzałem na zegarek, ale dziwnym trafem wskazówki zlały się z cyferkami w jedną czarną plamę. Rozkład też był nieczytelny.
- I na chuj płacę za bilety, kiedy MPK takie dziadostwo odpierdala – nie mogłem powstrzymać się od komentarza – czyste złodziejstwo!
Kilka osób, także stojących na przystanku, obejrzało się w moją stronę z wyrzutem. Najwyraźniej wypowiedziałem swe myśli na głos. I to na pewno nie szeptem. Zmierzyłem ich morderczym wzrokiem. Powinni czuć to, co ja a nie udawać wielkie oburzenie. Zwykle jestem spokojnym człowiekiem, ale alkohol jak wiadomo zmienia ludzi, a ja byłem coraz bardziej sfrustrowany tą całą sytuacją. Zimno, w głowie się kręci a autobusu jak nie ma tak nie ma. Całe szczęście nikt nie zareagował na moje spojrzenie. Każdy zajęty był swoimi sprawami. Większość osób, jak ja, wracało z mniej lub bardziej zakrapianego spotkania. Inni, ci, których nie odchylała od pionu siła niekoniecznie grawitacji, skończyli zapewne nocną zmianę, było też kilku podróżnych z walizkami na kółkach.
Minuty upływały powoli, sztorm szalejący w żołądku tracił na sile, ale 610 wciąż nie przyjeżdżało. Nagle, kiedy już prawie podjąłem bohaterską, jak zawsze pod wpływem procentów, decyzję o wracaniu na piechotę, w oddali zamajaczyła mi sylwetka tramwaju. Odetchnąłem z ulgą.
- Podjadę sobie na pętlę a stamtąd z buta – postanowiłem.
Upragniony tramwaj zbliżał się majestatycznie, światło reflektorów rozpływało się w gęstej mgle zalewając przystanek złocistą poświatą. Trochę zdziwiło mnie, że zamiast Basztową maszynista pojechał przez Obrońców Westerplatte, ale ucieszony samym faktem pojawienia się jakiegokolwiek transportu przestałem nad tym rozmyślać. Tak samo jak nad tym, że nigdzie na bocznej ścianie starego, poczciwego Konstala nie było tabliczki z numerem linii. Na tym przystanku z nocnych tramwajów zatrzymywał się tylko, 69 więc na dwieście procent to musiał być on.
Hamulce pisnęły przeciągle, kiedy motorniczy zatrzymał swój pojazd. Podszedłem chwiejnie do środkowego wagonu i po chwili otworzyły się drzwi, ale nikt z nich nie wyszedł. Nawet i lepiej, bo nie trzeba się było przepychać. Spojrzałem na innych podróżnych, tylko chyba dwie osoby, dość dobrze wstawione wsiadały ze mną. Powstrzymując kolejny komentarz na temat ludzkiej głupoty i czekania kolejną godzinę na spóźniający się autobus wspiąłem się na schody. Wewnątrz tramwaju panowała grobowa cisza, ale czego się można spodziewać o 4 nad ranem, kiedy nikt już nie ma siły ani możliwości prowadzenia zażartych rozmów. Chwytając się oparć dotarłem do tylnej części wagonu i zająłem miejsce przy oknie. Zawsze tak robiłem wracając z imprez. W razie problemów żołądkowych kilka łyków świeżego powietrza pomaga lepiej niż niejeden lek.
Drzwi zamknęły się z hukiem i tramwaj ruszył przed siebie. Oparłem się o szybę. Mgła widziana zza okna wydawała się gęstsza i jakaś taka mlecznobiała. Nie miałem jednak ochoty na podziwianie widoków. Pozostali pasażerowie też niezbyt mnie interesowali. Wtuliłem się w siedzenie i nie pamiętam, w którym momencie zasnąłem.

****************************************
Nie pamiętam ile spałem, ale nie był to sen spokojny. Przed oczami wirowały mi na wpół już zapomniane sceny z urodzin Chemika. Wtem do mych uszu doszedł ochrypły a zarazem przesiąknięty jakąś dziwną melancholią głos. Przetarłem oczy, ziewnąłem przeciągle i po chwili rozróżniałem już słowa.  Brodaty mężczyzna, ubrany niewiele lepiej od bezdomnego śpiewał Whisky  Dżemu przy akompaniamencie starej akustycznej gitary. Z początku pomyślałem, że to jakiś hipster, ale nie miał przy sobie iPoda. Kolejny krakowski bard, może on też kiedyś wygra X-Factora. Powoli jednak dałem się unieść jego grze i moja ironia rozpłynęła się w mgle, która dalej niepodzielnie władała nocnym Krakowem. Nagle tramwaj zaczął hamować. Wyjrzałem przez okno, bo byłem ciekaw dokąd już zajechałem. Nie martwiłem się zbytnio, bo w razie czego i tak dojechałbym do pętli, z której już niedaleko do mojego mieszkania.
- Co u licha? – szepnąłem zaskoczony. Przez zalegającą wszędzie białą maź dostrzegłem iskrzącego się niebiesko-żółtymi neonami Lidla. I to dość dobrze znanego Lidla – Mam chyba zwidy – racjonalna, wytrzeźwiała już część mojego mózgu próbowała jakoś to sobie wytłumaczyć. Że niejeden sklep tej sieci jest w Krakowie, że one wszystkie w zasadzie są do siebie podobne. Jak jednak wytłumaczyć cienie dwóch wieżowców majaczące w oddali? To na pewno jest Prądnik Biały. Ale przecież tu nie ma tramwajów. Racjonalny „ja” nie poddawał się. Przeniosłem się w czasie? Pytał się ten bardziej marzycielski, lub bardziej pijany; ciężko się zdecydować. Od dłuższego czasu planowana jest linia tramwajowa na moje osiedle, ale realizacja tego pomysłu idzie bardzo powoli. No, ale, skoro jakimś cudem dla mnie ta linia się pojawiła, to nie będę narzekał. Kiedy tylko drzwi się otworzą spadam stąd i do łóżeczka, wreszcie się wyspać.
Nie wysiadłem jednak. Nie mam pojęcia, dlaczego, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Tym razem ciało zwyciężyło nad umysłem.
A mówią, że silną wolą można góry przenosić – znów stałem się ironiczny.
Zamiast mnie w drzwiach pojawiła się para dobrze mi znanych osiedlowych meneli. Starszy, brązowowłosy mężczyzna z długą brodą opadającą mu na pierś w starym, podartym czarnym kapeluszu i łachmanach, wśród których nie dało się rozróżnić poszczególnych części garderoby. Obok niego zaś stała równie wiekowa, choć zapewne sporo postarzona przez alkohol, kobieta. Jej czarne, przetłuszczone włosy wystawały spod śmiesznej, zabrudzonej czapki z pomponikiem. Małe, spuchnięte oczka rozglądały się nieufnie po całym wagonie.
- Mietek, kurwa, weź się rusz – zrugała swego męża? Kochanka? Najbezpieczniej, i najprzyzwoiciej będzie chyba jak powiem towarzysza. 
- Co się kurwa drzesz?! – odpowiedział na bluzg bluzgiem pan Mietek – Trza go wziąć ze sobą – pokazał palcem na stojący na chodniku stary dziecięcy wózek, w którym trzymali chyba dorobek całego życia.
Kobieta jednak pokręciła głową.
- A na chuj nam on? Cieplej Ci będzie z nim? Chcesz marznąć to se marznij. Wsiadam – jej skrzekliwy, na pewno nie kobiecy głos rozległ się w tramwaju. Argumentacja ta jednak podziałała. Brodacz, rzucając jeszcze ostatnie, tęskne spojrzenie na wózek, wszedł do środka razem ze swą towarzyszką. Całe szczęście usiedli z dala ode mnie. Zapewne ich zapach nie był najprzyjemniejszy a przy moim obecnym stanie wdychanie takich perfum mogłoby się źle skończyć. Wtedy na pewno bym się już na nogach nie mógł utrzymać a tak to jest szansa, że na następnym przystanku uda mi się opuścić ten dziwny pojazd.
Ruszyliśmy a para alkoholików, zazwyczaj kłócąca się co chwilę, dziwnie zamilkła. Co więcej, kobieta wtuliła się w ramię Mietka a on delikatnie gładził jej włosy. Kuriozalny widok, ale przecież każdy ma prawo kochać i być kochanym.

niedziela, 22 marca 2015

Powtórne Przyjście - part V

- Nie damy rady zbyt długo! – wysapał Patrim, sprowadzając  swojego starszego kolegę na ziemię
- Ile damy tyle damy, tanio skóry nie sprzedam! – odkrzyknął Lyron. Wszyscy czuli potworne zmęczenie tą bezsensowną batalią. Każdy z czarodziejów zmuszony został do wypicia fiolki wzmacniającego eliksiru. Bez niego nie mieliby sił dalej walczyć
- A kapłan złapał doła – Patrim był zarówno zmęczony jak i rozeźlony postawą Zagratha – Co on tam robi?!
- Nie wiem, modli się? – Lyrona mało to obchodziło. Nagle znów poczuł lekkie zmniejszenie emanacji Issurela. Z początku uznał, ze zmysły go okłamują. W takim stanie fizycznym nie można było tego wykluczyć. Potem jednak zerknął w stronę szepczącego coś zawzięcie kapłana. Skróciwszy antymaterią o głowę najbliższego umarlaka, nekromanta przykucnął koło Zagratha
- To twoja sprawka? – szepnął – Że licz traci siły?
Niespodziewanie towarzysz uniósł głowę i spojrzał mu w oczy. Lyrona zatkało. Szare do tej pory tęczówki kapłana zmatowiały, stwardniały a wzrok nabrał mocy. Wpatrując się w nie, nekromanta miał wrażenie że to dwa okrągłe grafitowe kamyczki.
- Nie pozwolę! – głos jakim kapłan przemówił, nie należał do niego – Nikt nie będzie zatruwał tej ziemi! Nie zgadzam się!
Lyron nie dowierzał. Czyżby to sam bóg ziemi, Vellar wstąpił w ciało Zagratha? A może sprawiła to żarliwa modlitwa?
- Nie powinienem tak go lekceważyć – zauważył poniewczasie. Wtem wpadła mu do głowy szaleńcza myśl. W ich sytuacji czas na racjonalne myślenie skończył się już dawno.
- Osłaniaj mnie – polecił Patrimowi i rozsiadł się wygodnie na ziemi. Młodszy czarodziej otworzył szeroko oczy ze zdumienia
- Co robisz? – spytał
- Coś głupiego!
Więcej Lyron nie chciał zdradzić. Wyciągnął zza pasa żółtą kredę i zaczął kreślić nią na podłodze różne dziwne wzory. Otworzył także jeden z woreczków, zawierający sypką, błękitną substancje. Posypał nią postawione uprzednio znaki, po czym znowu zaczął  rysować. Czynności te powtarzał kilka razy. Od razu spostrzegł to Issurel, rozpoznając wzór zaklęcia, jakie przygotowywał nekromanta.
- Robaku! – krzyknął – Łudzisz się, że dasz radę przejąć władzę nad moimi podopiecznymi?! Jesteś równie arogancki co głupi!
Lyron zbył licza milczeniem. Miał inne problemy. Pozbawiony pomocy Patrim coraz gorzej radził sobie z przeciwnikami. Po dłuższym okresie ostrzeliwania ich z daleka udało im się skrócić dystans i przejść do walki wręcz. Młody nekromanta smagał swoim sztyletem na prawo i lewo, ale przewaga liczebna ożywieńców przytłaczała go.
Niespodziewanie dla wszystkich podniósł się Zagrath. Od razu ruszył do walki. Jego sękaty kij ponownie zaczął siać popłoch w szeregach nieprzyjaciół. Udało mu się rozbić grupkę otaczającą Patrima, a nawet odrzucić ich kilka kroków do tyłu. W oczach kapłana widać było wielką moc. Nagle uniósł obie ręce do góry. Ziemie zatrzęsła się a z kamiennego stropu zaczęły spadać wielkie odłamki skalne, przygniatając stłoczonych nieumarłych. Jeden, szczególnie duży głaz zablokował wejście do grobowca, odcinając dopływ nowych podwładnych Issurela.
Odciął też drogę ucieczki czarodziejom i kapłanowi. W ferworze walki nikt jednak na to uwagi nie zwrócił. Lyron kończył już rysować wzór zaklęcia. Jeszcze tylko ostatnie kreski. Wbrew jednak przypuszczeniom licza, nekromanta miał inny czar na myśli. Zdawałoby się, że identyczny, jednak w swej pysze prorok nie dostrzegł subtelnej różnicy. Ostatnią, zamykającą wzór kreskę Lyron nakreślił w odwrotnej formie niż powinien. A raczej niż Issurel się spodziewał. Na koniec skropił wzór swoją krwią z nacięcia na palcu wskazującym. O to samo poprosił Patrima
- Sam nie dam rady – wyjaśnił mu, wystrzeliwszy przy okazji kilka kościanych włóczni w zamierzającego się na młodego nekromantę ożywieńca. Gdy już krew obu nekromantów skropiła zaklęcie, starszy z nich rozpoczął cichą recytację. I tu też zamienił dyskretnie kilka słów. Nagle błękitno-żółty wzór roziskrzył się i uniósł w powietrze. Issurel widząc to uśmiechnął się tylko ironicznie. Jakie było jego zdziwienie, gdy zaklęcie nie rozszczepiło się na całą komnatę, tak jak powinno. Iskrząca formuła zapadła się w sobie i z pomknęła z prędkością światła w licza. Lyron wiedział co robi. Czar niósł w sobie wielką moc. Taką jak jego bardziej znany odpowiednik, dający rzucającemu je magowi władzę nad wszystkimi nieumarłymi na danym obszarze. To jednak zaklęcie skierowane zostało w Issurela
- Nekromanci mają władzę nad umarłymi, prawda? – szepnął Lyron do Patrima, przygotowując go na to co zaraz się wydarzy. Nie minęła chwila a nekromanci poczuli w umyśle obecność licza. Bardzo silną obecność. Dopiero wtedy ujrzeli całą jego potęgę. Młodszy z nich aż się zachwiał z wysiłku. Od razu ujrzał to Zagrath i z większym jeszcze zapałem zaczął rozdawać ciosy przeciwnikom. Również Amaron i feniks skupili się na osłanianiu nekromantów. Wielkim wysiłkiem postawili w jednym brzegu komnaty ścianę z ognia. Powstrzymała ona kolejną grupkę ożywieńców. Nie na długo. Issurel od razu zaczął ją niszczyć promieniami antymaterii. Licz jednak też poczuł magię Lyrona i Patrima w swoich myślach
- Jak śmiesz?! – ryknął po raz kolejny zirytowany śmiałością swoich przeciwników – Poznasz teraz pełną potęgę Issurela!
Mówiąc to złapał oburącz swoją długą różdżkę a nad jego głową zaczęła powoli formować się kula antymaterii. Lyron i Patrim widząc to zdwoili wysiłki. Moc licza była olbrzymia, ale zaczynała powoli słabnąć. Nekromanci wiedzieli, że dzięki Zagrathowi nie ma już dostępu do ziemi i ich przeciwnik bierze na siebie koszty władania magią. Ciśnienie rozsadzało czaszkę Lyronowi ale on dzielnie próbował odesłać Issurela do grobu. Im więcej mocy wypływało do tworzącej się magicznej kuli tym łatwiej było przejmować władzę nad liczem. Efekty były powoli widoczne. Przywołane istoty traciły zwinność, stając się coraz bardziej ospałe. Kontrola Issurela nad nimi wyraźnie słabła. Czas jednak uciekał. Prorok miał już gotowy swój olbrzymi pocisk. Kula antymaterii wielkości stołu czekała na jeden znak nieumarłego czarodzieja. Issurel zrobił ten znak. Amaron był szybszy. Gdy licz zamachnął się różdżką by wysłać w nich swój śmiercionośny czar, niewielka kula ognia trafiła go w rękę. Zaklęcie nie znikło, ale zaskoczony prorok stracił kontrolę nad jego lotem. Miast uderzyć w zebranych na dole przeciwników, pocisk roztrzaskał się na jednej ze ścian. Na ziemię runęła kamienna lawina, a fragment stropu  obsunął się w dół. Rozwścieczony licz spróbował jeszcze raz. Jednak zabrakło mu sił. Nekromanci poczuli, że nieprzyjaciel jest już u kresu. Zdwoili wysiłki. Patrim był tak wyczerpany, że ledwo trzymał się na nogach ale wysłał liczowi jeszcze jeden, ostatni rozkaz odesłania. To samo uczynił Lyron. Nagle Issurel padł na kolana. Jego skóra zaczęła nabierać żywych kolorów. Od razu jednak wykwitły na niej liczne sińce a z ran zaczęła płynąć gęsta krew.
- Niemożliwe! – próbował krzyknąć, ale nie dobył z siebie nic prócz słabego szeptu
- Co się stało? – zdziwiony Amaron przystanął. Otaczający go ożywieńcy jak jeden mąż padli na ziemię
- Odwróciliśmy przemianę – wyszeptał Patrim i też padł na kamienną podłogę.
Nagle usłyszeli huk. Z osłabionego stropu zaczęły na powrót spadać kamienie. Komnata groziła zawaleniem. Ostatkiem sił Lyron wskoczył na schody i dobiegł do krańcowo wyczerpanego przeciwnika. Złapał go za szyję, podniósł do góry i wymierzył w niego swój kris
- Nie jesteś bogiem – wysapał – uświadom to sobie!
I wepchnął mu nóż w pierś, tuż pod mostkiem. Wyrostek mieczykowaty – centralny punkt ciała. Ostatni płomień nekromanckiej magii opuścił ciało proroka. Issurel był martwy. Całkiem.

              *             *             *             *             *             *             *             *             *  
Z komnaty Issurela wyprowadził ich Zagrath. Natchniony przez boga ziemi, Vellara znalazł właściwą drogę w labiryncie skalnych jaskiń. Jak się okazało, wiodła ona do grobowca pokonanego przez nich proroka a na jej końcu znajdowała się wnęka, w której wcześniej ukryli się przed wyznawcą proroka. Batalia z Issurelem trwała prawie całą noc i kiedy wyszli z grobowca przywitała ich poranna mgła. Wszyscy z radością zaczerpnęli świeżego, chłodnego jak na tę okolicę powietrza. Wyczerpani ale szczęśliwi podążyli w swoją ostatnią już drogę tej przygody. W Ursalisie czarodzieje spędzili cały następny dzień, głównie w komnatach świątyni Vellara, gdzie wdzięczni kapłani zaoferowali im gościnę
- Lepiej późno niż wcale – marudził jak zawsze, choć już trochę mniej niż kiedyś, nieufny w stosunku do kapłanów Lyron.
Wyznawcy Vellara, na czele z Zagrathem chcieli obsypać nekromantów złotem i innymi podarunkami, ale ci nie zgodzili się na nic więcej poza niewielką sakiewkę złota.
- Rekompensata za wykorzystane rekwizyty – odpowiedzieli z uśmiechem.
Kiedy nadszedł dzień wyjazdu, przed wejściem do przyświątynnej stajni odwiedził ich jeszcze Zagrath. Kolejny raz przepraszał za jego niemiłe zachowanie i rzucane pod adresem ich szkoły magii komentarze.
- Miałeś rację – zwrócił się do Lyrona – mówiąc, że jeszcze ci będę dziekował.
- Tobie też należą się podziękowania – skontrował nekromanta – to co zrobiłeś tam w komnacie Issurela było niesamowite
- To nie ja – odparł skromnie kapłan – Vellar mnie wtedy prowadził
- Może i masz rację – nekromanta uścisnął rękę Zagratha, uśmiechnął się i w swoim stylu dodał – powinienem chyba więcej się modlić
- Nie drwij, nekromanto – tymi słowami kapłan zakończył rozmowę. Pozdrowił ich jeszcze jakimś kapłańskim błogosławieństwem i wrócił do świątyni.
Nekromanci osiodłali konie i ruszyli w stronę południowego wyjścia z miasta – Bramy Handlarzy. Wychodząca od niej droga prowadziła do biegnącego u stóp miejskiego płaskowyżu szlaku handlowego, po drodze mijając nędzne zabudowania Przedmurza. Zaraz za nią czekał oparty o mur Amaron. Pozdrowił ich z uśmiechem na twarzy i podszedł do karego rumaka Lyrona.
- Rada czuwa nad wszystkim – nekromanta przypomniał sobie cierpko jedno z haseł przyświecających działalności tej czarodziejskiej organizacji
- Uciekacie bez pożegnania? – w głosie czarodzieja ognia czuć było jednak szczere rozbawienie – Bohaterowie całej okolicy zasługują chyba na kilka słów podziękowania i należnego im podziwu.
- Nie przesadzaj, każdy z nas włożył w to wiele wysiłku. Ważne, że nasz boski kolega poszedł do piachu – Lyron uśmiechnął się równie szeroko, po czym dodał, nie bez złośliwości – Możesz przekazać Radzie, że naznaczoną pokutę odprawiłem.
Słysząc te słowa Amaron nieznacznie tylko uniósł kąciki ust i spytał
- Dlaczego sam jej tego nie powiesz?
- Kpisz sobie ze mnie? – Lyron nie krył rozbawienia – Jeszcze się upomną o jakieś kolejne zadośćuczynienie
Teraz nawet starszy mag, zazwyczaj powściągliwy, wyszczerzył zęby. Był ambasadorem Rady Czarodziejów i od podszewki znał zasady jej działania, dlatego doskonale rozumiał nekromantę.
- Skoro nie wyruszacie na Wyspy to dokąd? – chcąc, nie chcąc musiał zadać to pytanie. Prywatne zdanie to jedno a obowiązki wobec Rady drugie. Nie liczył jednak na jakąś szczegółową odpowiedź więc nie był zdziwiony gdy Lyron tylko wzruszył ramionami i odrzekł
- W świat szeroki przyjacielu, tam gdzie nas jeszcze nie było – mówiąc to dotknął dłonią ramienia Amarona  – Miło było Cię poznać. Trzymaj się!
Po czym razem z Patrimem zwrócili konie w stronę traktu i ruszyli stępem, ostrożnie lawirując między gruzami zaścielającymi przebiegający przez Przedmurze odcinek drogi.
- Obyście nigdy nie zwątpili w Magię! – rzucił za nimi czarodziej. Z dwóch nekromantów te słowa usłyszał chyba tylko Patrim, ponieważ odwrócił się w siodle i wykonał czarodziejski gest pozdrowienia.
- Dobry chłopak z tego młodziaka, szkoda tylko, że aż tak wpatrzony w Lyrona - westchnął Amaron odjeżdżając  w stronę miasta. Zamierzał tam spędzić jeszcze dzień czy dwa pisząc szczegółowy raport z wydarzeń ostatnich dni. Trochę zazdrościł Lyronowi wolności i swobody, ale pocieszał się tym, że w przeciwieństwie do nekromanty zrobił karierę w Radzie.
Słońce stało w zenicie, gdy Lyron z Patrimem dotarli do szlaku, prowadzącego w stronę Urogu. Na równo ubitym trakcie mogli w końcu wyprostować się w siodle, bez potrzeby ciągłego wyszukiwania przeszkód, na których ich wierzchowce mogłyby sobie zrobić krzywdę. Nagle, zamyślony do tej pory Patrim odezwał się nieśmiało 
- Nie myślałeś czasem nad tym, że w zasadzie Issurel działał w słusznej sprawie? Pobudki jakie nim kierowały nie były może szlachetne, ale poznawszy bliżej jego historię nie osądzałbym go tak pochopnie
Słysząc te słowa Lyron zmierzył towarzysza groźnym wzrokiem. Patrim od razu skarcił się w duchu za głupie pytanie, oczekując na porządną reprymendę. Czarnowłosy nekromanta jednak tylko uśmiechnął się, widząc podenerwowanie towarzysza.
- Czytałeś Żywoty przeklętych Virgenusa? Każdy z nich, na swój sposób miał dobre intencje.
- A nieśmiertelność? – młody nekromanta nie ustępował – Może rzeczywiście był blisko jej odkrycia. Przecież to piękna idea?
Lyron zamyślił się. Patrim, tak jak wielu w jego wieku, był jeszcze idealistą. Większość nekromantów na początku swej magicznej drogi jest zafascynowana tematem nieśmiertelności. Potem jednak życie dość boleśnie daje im do zrozumienia, że kwestia ta nigdy nie wyjdzie poza sferę snów i marzeń. Lyron sam przechodził ten okres więc rozumiał młodszego kolegę. Jednak kiedy się w końcu odezwał, w jego głosie czuć było delikatną nutkę ironii
- Wiesz, spotkałem już kilku nieśmiertelnych. Za takich się przynajmniej uważali. I wiesz jak się te spotkania kończyły?
- Tak jak z Issurelem? – nieśmiało zasugerował Patrim.

Lyron nic nie odpowiedział. Ze śmiechem, który zabrzmiał naprawdę złowrogo, poklepał towarzysza po plecach, spiął konia ostrogami i ruszył galopem, zostawiając za plecami tonący w słońcu Ursalis, uwolniony szczęśliwie od plagi wyznawców człowieka, który chciał zostać bogiem.

niedziela, 15 marca 2015

Powtórne Przyjście - part IV

Słowa te wstrząsnęły czarodziejami i kapłanem. Zagrathowi ta propozycja niezbyt się spodobała, spurpurowiał na twarzy i miał już odpowiedzieć prorokowi, niezbyt przystającymi do godności kapłana słowami, gdzie ma tę propozycję, jednak Lyron był szybszy
- Uczciwa umowa – rzekł, ignorując wystraszone spojrzenia towarzyszy. Jak już umierać to z klasą do końca.
- A więc – zaczął Issurel, a z jego różdżki wystrzelił w ich stronę strumień białej poświaty, która zatańczyła wokół nich, zmieniając się po chwili w kościane krzesła. Czwórka wędrowców nieufnie dotknęła wytworu magii proroka, a kiedy nic się nie stało, z ulgą zajęła na nich miejsce – byłem kiedyś nekromantą. Mądrym i silnym. Członkowie Rady mówili, że dawno nie zetknęli się z kimś tak zdolnym w naszej magii. Dość szybko ukończyłem szkolenie, z banalnego powodu. Nikt z obecnych na wyspach nie mógł mnie już niczego więcej nauczyć. Ruszyłem więc w świat, ucząc się u samotników. Zwiedziłem wiele krajów, zewsząd zbierając wiedzę na temat nekromancji. Zresztą nie tylko wiedzę. Stykałem się z filozofami, którzy w tamtych czasach stanowili elitę społeczeństw. Wszystko to złożyło się na mój rozwój. Zapragnąłem też stać się elitą, ale nie za darmo. Nie za mądre słowa, ale za czyny. Osiadłem na dworze jednego króla na wschodzie, nie pamiętam już ani jego imienia ani kraju, którym rządził. Przez dwa tysiące lat to wszystko zatarł czas, a moja pamięć wbrew pozorom nie jest nieskończona. Król ten strasznie bał się śmierci, ja byłem nekromantą, nawiązaliśmy współpracę. W krótkim czasie stałem się drugą osobą w państwie. Kiedy król umierał obiecałem mu, że wskrzeszę go swą magią a duszę sprowadzę z zaświatów z powrotem do ciała
- Przecież to niemożliwe! – przerwał opowieść Lyron – Co innego sprowadzić zza zasłony ducha, a co innego scalić go w jedno z ciałem. Nie przywrócisz nikomu życia w pełnym tego słowa znaczeniu!
- Byłem wtedy pewien swojej wielkiej potęgi i tak uczyniłem. Ciało ożywiłem, ale dusza nijak do niego wrócić nie chciała. Niemniej jednak król, a raczej jego ożywione truchło dalej siedziało na tronie, a ja sterowałem jego krajem jak się dało najlepiej. Czas jaki spędziłem na dworze sprawił, że nauczyłem się wszystkiego o władcy, wiedziałem jak odpowie na każde pytanie, jakie decyzje podejmie. Kraj rozkwitał, ale w końcu możnym przestało się to podobać. Zaczęli knuć przeciwko mnie. Spisek się udał, obalono króla-zombie a na mnie nasłano Radę Czarodziejów. I pokonali mnie! Jak pies musiałem uciekać z pałacu, ścigali mnie po całym świecie. W końcu trafiłem tu, do Cesarstwa Accantii, w moje rodzinne strony. Zaszyłem się w górach i dalej studiowałem sztuki magiczne. Wszystko żeby zemścić się na świecie, który mnie odrzucił i na Radzie, która wzgardziła najpotężniejszym z nich!
- A jak stałeś się prorokiem? Spokorniałeś i przyoblekłeś w pokutne szaty? – zadrwił Lyron. Spojrzenie jakim obrzucił go Issurel dobitnie uświadomiło go, że dotarł do granicy złośliwości.
- Zamilcz robaku! – warknął prorok, po czym kontynuował podniesionym głosem – Żywi mnie odrzucili, ale umarli dalej słuchali. Zacząłem nauczać jako prorok. Mówiłem ludziom o zmartwychwstaniu,  jakie ich czeka jeśli pójdą za mną. Cóż, że nie potrafiłem ich przywrócić w pełni do życia, na ich oczach ożywiłem jednego wiernego i stałem się dla nich kimś wielkim. Rada zarzuciła mi pociąg do władzy? Więc dobrze, zacząłem zbierać tłumy żeby zdobyć władzę w Accantii. A potem podbić świat, a przede wszystkim kraj, który tak odpłacił mi za moje światłe rządy!
- Ale Accantyjczykom udało się Cię zabić – Zagrath niedowierzał historii Issurela
- Bo im na to pozwoliłem – śmiech proroka, pełen pychy i nienawiści zatrząsł całą komnatą – Wiedziałem, że tylko przemiana w licza i powolne zbieranie wyznawców pozwoli mi osiągnąć cel. Kiedy dałem się pojmać żołnierzom miałem już wszystko przygotowane, cały wzór zaklęcia, feniksa, brakowało tylko mnie i mojej krwi. Ukamieniowano mnie, lecz ja nie umarłem. Jeszcze nie. Wierni złożyli moje ciało do grobu, lecz nie tam dokonałem przemiany. W grobie czekali moi nieumarli. Zanieśli mnie tu, gdzie od dawna miałem siedzibę. W miejscu, w którym stoisz kapłanie, rzuciłem się w ramiona śmierci ale zaklęcie mnie z nich wyrwało. Kiedy się ocknąłem, okazało się że na świecie minęło już kilka dni. Ujawniłem się najwierniejszym, przekazałem im moje nauki i nauczyłem obrzędów, dzięki którym ciało każdego, kto umrze wierząc we mnie, będzie po śmierci do mojej dyspozycji
- A więc to o to chodzi – zrozumiał wszystko Lyron – stosujesz zaklęcia przywołania na żywych, żeby wskrzeszać ich po śmierci. Wiesz, że to zakazane?
- Już ci mówiłem, czasy kiedy byłem posłuszny Radzie dawno minęły. Zdradziła mnie więc ze wszelkich obowiązków wobec niej jestem zwolniony.
- A obowiązki wobec siebie? A równowaga, której jako nekromanta musisz przestrzegać? Odebrałeś Pani Śmierci tyle ciał, nie sądzisz, że kiedyś się o to upomni?
Komnatą po raz kolejny wstrząsnęła salwa makabrycznego śmiechu Issurela
- Kto ma się bać Pani Śmierci? Ktoś nad kim ona nie ma już władzy? A równowaga? To bujda. Rada ją wymyśliła, żebyśmy nie byli zbyt potężni. Nie budzi twojego gniewu to wieczne lekceważenie przez nich nekromancji? Rusz głową …bracie
Ostatnie słowo Issurel wypowiedział z taką ironią, że Lyron myślał, że eksploduje. Powstrzymał jednak gniew. Wiedział, że w tej sytuacji tylko spokój go ratuje. Jeśli sprowokuje proroka do nierozważnego kroku będzie miał szansę, jeśli nie pokonać, to przynajmniej obezwładnić przeciwnika
- Równowaga to dużo szersze pojęcie niż myślisz – zaczął ostrożnie – równowaga rządzi nie tylko magią, ale i całym światem. Każdy podlega zasadom równowagi, także ty. Ale ty, przez tysiące lat ożywiania swoich popleczników naruszyłeś ją wystarczająco. Nie ma już dla ciebie ratunku. Tylko to, że jesteś już martwy trzyma cię przy życiu, jakkolwiek to brzmi
- Poeta – parsknął Issurel – jak bogów kocham, poeta. Jestem martwy ale nie umarły. Ożywiony moją własną magią, tu na tej ziemi. I to ta ziemia bierze na siebie cały gniew Pani Śmierci. Przemiana, mój młody nekromanto to nie zwykłe wskrzeszenie trupa – to skomplikowany proces, którego autorzy o wszystko zadbali. Nie strasz więc mnie ani Panią Śmierci, ani Panem Życia ani pustym hasłem równowagi. Ja jestem Panem Życia i Śmierci i ja ustalam granice równowagi!
Słysząc te słowa, Zagrath nie mógł dłużej powstrzymać gniewu. Uniósł w górę swój sękaty kij i wskoczył na schody wiodące do Issurela
- Ty ohydny, bezlitosny, plugawy potworze – krzyczał – w imieniu Ziemi, nie wybaczę!
Na liczu krzyki te nie zrobiły wrażenia. Kiedy kapłan znalazł się już w odpowiedniej odległości, nieumarły machnął, jakby od niechcenia swoją różdżką. Kościana pięść pojawiła się w powietrzu. Przez chwilę wisiała przed liczem a potem pomknęła w stronę atakującego. Trafiła w brzuch. Zagratha odrzuciło do tyłu. Z hukiem stoczył się po schodach na sam dół komnaty. Od razu jednak podniósł się i towarzysze mogli zobaczyć strugę krwi spływającą powoli z łuku brwiowego na żółtą od pyłu twarz.
- Jak śmiesz podnosić na mnie rękę! Następnym razem nie będę taki łaskawy – rzucił w stronę poobijanego kapłana Issurel – Jeszcze nie skończyłem mojej opowieści. Jeszcze macie szansę wybrać lepszy los.
Tym razem Zagrath nawet nie próbował odważnych odzywek. Lyron skinął ręką liczowi, żeby kontynuował
- Spędziłem tu prawie dwa tysiące lat – prorok podjął opowieść, zmieniając ton na zdawałoby się przyjacielski – czuję, że jestem o krok od odkrycia sekretu prawdziwej nieśmiertelności, ciała i ducha. Dostępnej każdemu, nie tylko tym poddającym się przemianie. Bracia nekromanci, dokonajcie teraz wyboru. Możecie pomóc mi w moich badaniach i uwolnić świat od dotyku Pani Śmierci, której tak się lękacie. Podejmując dobrą decyzję ocalicie też przyjaciół, których nie potrzebuję, ale poznajcie łaskę najpotężniejszego na ziemi. Łaskę jedynego boga chodzącego po ziemi!
Nim nekromanci odpowiedzieli na postawioną im propozycję, wymienili spojrzenia. Lyron ze smutkiem pokiwał głową, westchnął głośno ale kiedy spojrzał Issurelowi w oczy, nie było w nich rozpaczy ni strachu. Była duma
- Chyba kpisz! – rzekł i splunął w stronę  licza – Brzydzę się ciebie! Nie oparłeś się Skażeniu, z którym mieliśmy przecież walczyć! Bądź pewien, że ja mu nie ulegnę! Jestem nekromantą, wiernym równowadze i Radzie. A Rada wydała na ciebie wyrok.
Odpowiedź ta, nie była tą, której Issurel się spodziewał. Zaskoczony nie wiedział co powiedzieć. Po chwili jednak zapłonął gniewem
- A więc wybrałeś. Za siebie i za innych – wysapał i uniósł swą różdżkę – Gotujcie się na śmierć!
Jak na zawołanie, w stronę Lyrona i towarzyszy wystrzelił deszcz kościanych włóczni. Oni jednak byli na to przygotowani. Uskoczyli w bok i odpowiedzieli tym samym. Włócznie nekromantów i ogniste kule Amarona przeszyły powietrze. Issurel uchylił się, cudem unikając zranienia. Przez dłuższy czas czarodzieje przerzucali się nawzajem magicznymi pociskami. Niejeden z nich osiągnął cel rozrywając lub osmalając szaty przeciwnika. Większych szkód ponad lekkie zadrapania jednak nie robiły. Wiele kościanych pocisków licza odbijał swoim kijem Zagrath. Kapłan nie potrafił miotać takich zaklęć ofensywnych, więc skupił się na osłanianiu kompanów.
Furia Issurela nie malała. Widząc, że magia kości nie radzi sobie z aroganckimi przeciwnikami postanowił zaatakować w inny sposób. Nagle, miejsce białej poświaty na końcu różdżki zastąpiła zielonoczarna mgiełka.
- Antymateria – ostrzegł towarzyszy Lyron – magia zaświatów. Tego nie odbijesz. Co dotknie porywa ze sobą!
I rzucił się na ziemię. Zgniłozielona kula pomknęła w jego stronę. Gdyby nie unik najpewniej nie miałby już prawego barku. Nie zdążył się podnieść a znów musiał przykucnąć. Promienie antymaterii panowały teraz w powietrzu. Towarzysze co chwila usuwali się z drogi śmiercionośnych pocisków. Jedynym pocieszeniem było to, że wytworzenie odpowiedniej kuli zajmowało Issurelowi trochę czasu. Można było kontrować. Tak też robili. Amaronowi udało się trafić licza w prawe kolano, ale ogień nie narobił większych szkód. Ich przeciwnik lekko się zachwiał ale od razu uderzył antymaterią. Najgorsze było to, że wcale nie słabł. Każdy rzucony czar odbierał powoli siły czarodziejom, na czoło wystąpiły krople potu, coraz ciężej było nabrać powietrza a licz stał dumnie na skalnej półce niczym niewzruszony. W końcu wstrzymał ogień.
- Wystrzelać was jak kaczki? – odezwał się pewnym siebie głosem – Nie, nie zasługujecie na śmierć z mojej ręki. Ale moi wyznawcy z chęcią uczynią to za mnie.
Uniósł w górę drugą rękę a zdobiące ją pierścienie zalśniły szmaragdowym blaskiem. Przez wrota ukryte w ścianie naprzeciw wejścia do komnaty wymaszerowała horda uzbrojonych w miecze i tarcze szkieletów
- Jak wam się podoba moja przyboczna straż?
Jedyną odpowiedzią na zadane przez licza pytanie była rzucona przez Amarona kula ognia. W powietrzu zetknęła się z promieniem antymaterii Issurela i oba pociski zniknęły w zaświatach.
- Przywołujemy swoich? – spytał Patrim odsłaniając poły płaszcza i sięgając po jeden z wiszących przy pasie woreczków.
- To na nic – pokręcił głową Lyron – jeszcze ich przejmie pod swoją komendę i co wtedy?
- Gorzej i tak być nie może!
Starszy z nekromantów musiał przyznać rację młodszemu koledze. Stwierdzili jednak, że ryzyko jest za duże. Poza tym nie mieli czasu na przyzwanie potężniejszych istot. Szkieletowi wojownicy ruszyli ku nim zwartym szykiem. Od razu powitała ich salwa ognistych kul i kościanych pięści. Pierwszy szereg padł od razu. Drugiemu też nie udało się doprowadzić do zwarcia, ale z następnymi trzeba było już skrzyżować miecze. A w zasadzie miecz, dwa sztylety i drewniany kij. Kij, który nie był zwykłym kijem. Nekromanci wreszcie mogli się przekonać co ta broń potrafi. Jeden koniec kija zmieniał wszystko czego się dotknął w kamień a drugi był taki twardy, że ten kamień w drobny mak rozbijał. Zręcznie posługujący się nim Zagrath siał zniszczenie w szeregach przeciwników. Miecz Amarona także śmigał między ciałami szkieletów, zostawiając za sobą ogniste smugi. Lyron, ramię w ramię z Patrimem również dzielnie się spisywał. Nekromanci przyjmowali ciosy wrogów na różdżki i kontrowali swymi zakrzywionymi sztyletami. Blokada, cios, blokada, cios. I tak bez końca a sił ubywało. Cała podłoga zaścielona była kośćmi przeciwników, których szeregi przerzedzały się w szybkim tempie. W końcu, po kilkunastu minutach morderczego boju oddział szkieletów został wytrzebiony.
- Jakaś marna ta twoja gwardia – ośmielił się rzucić w stronę licza Lyron. Mimo, że ciężko mu się oddychało a z lekkich rozcięć na ramionach płynęła krew, dodał – nawet się nie zmęczyłem.
Słowa nekromanty rozsierdziły Issurela. Widoczne spod cienkiej warstwy skóry ścięgna wokół ust napięły się a zmarszczki na czole pogłębiły, gdy wysyczał przez zęby
- To była tylko mała próbka moich możliwości. Robaku, zobaczysz teraz pełną potęgę Issurela Zmartwychwstałego! Jaskinia ta ma połączenie z mogiłami wszystkich moich wyznawców. Od dwóch tysięcy lat czekają na jedno moje słowo. Żądni zemsty na tych, którzy skazali na śmierć proroka. Ten dzień dziś nastał. A słowo się rzekło!
Issurel wyciągnął zza pasa flakonik z krwią i polał nią szmaragdy swoich pierścieni. Dał się słyszeć przeciągły syk a z kryształów uniosły się obłoki czerwonej pary. Obleczony nią licz zaczął głośno recytować słowa zaklęcia. Nekromanci poczuli wielki strumień mocy wypływający z ciała proroka. Nagle Zagrath zacisnął ręce na brzuchu i z krzykiem padł na ziemię, zupełnie jak wcześniej na ścieżce.
- Zatruwa ziemię. Zabija ziemię – jęczał – Śmierć wyciąga swe ręce aż po korzenie ziemi. Vellarze zlituj się nad nami!
- Twój bóg nic ci nie pomoże – zadrwił Issurel, kiedy skończył już inkantację – ja tu jestem bogiem. Uświadomcie to sobie! Raz na zawsze!
I kolejne kule antymaterii rzuciły się w stronę kapłana i czarodziejów. Lyron zaczął neutralizować je za pomocą własnych pocisków. To była jedyna szansa na ocalenie Zagratha. Kapłan leżał nieruchomo twarzą do ziemi szepcząc coś do siebie. Nagle, ze wszystkich możliwych stron zaczęły pojawiać się ożywione mocą Issurela postaci. Mężczyźni, kobiety, dzieci. Jedni uzbrojeni w miecze czy noże, inni wyciągali zaś przed siebie zachłannie zakończone ostrymi paznokciami dłonie.
- Czyste szaleństwo! – krzyknął Patrim, nie wiedząc jak się bronić przed tak licznym przeciwnikiem. Ożywieńcy nadchodzili trzema wielkimi grupami. Przez wejście za plecami Issurela, przez wrota, którymi weszli nekromanci i ich towarzysze oraz te ukryte, wykorzystane przez szkieletowych wojowników. Czarodzieje zebrali się więc wokół leżącego cały czas kapłana, każdy skierowany w stronę jednej grupy przeciwników. Niemal od razu rozpoczęli też ostrzał magicznymi pociskami. Ogień, kościane włócznie, antymateria. Atakowali czym się tylko dało. Niejeden zombie płonął, podpalając przy okazji swoich towarzyszy. Inny padał na ziemię naszpikowany kościanymi pociskami lub z rozerwanym antymaterią tułowiem.
- Celuj w mostek – podpowiedzieli Amaronowi nekromanci. W końcowej części mostka, wyrostku mieczykowatym, leżącym niemal pośrodku ciała znajdowało się bowiem źródło mocy kierującej ożywionymi kreaturami.
Pochodu sług Issurela nie można było powstrzymywać w nieskończoność. Z minuty na minutę ich czarne strumienie przybliżały się do magów, cierpliwie czekając na moment, gdy będą mogli zatopić miecze i pazury w ich ciałach. Lyron przeczuwał, że jeśli szybko czegoś nie wymyśli to ta przygoda nie zakończy się dobrze. Już i tak byli w beznadziejnym położeniu. Nie chciał ryzykować przywoływania swoich podwładnych, choć prastara mumia Senusereta mogłaby nieco wyrównać szanse. Ale gdyby przeszła na stronę licza? Nekromanta wolał o tym nawet nie myśleć. Zaczął się rozglądać po wielkiej komnacie w poszukiwaniu pomocy. Zagrath szeptał coś do siebie na podłodze, także Lyron nawet nie zatrzymał na nim wzroku. Nagle ujrzał wiszącego wciąż na ścianie feniksa.
- Trzeba spróbować – pomyślał i posłał w jego kierunku kilka pocisków antymaterii. Tak jak chciał, trafiły w kościane gwoździe przyszpilające ognistego ptaka do ściany. Uwolniony od nich z hukiem upadł na podłogę. Dopiero wtedy towarzysze mogli zobaczyć, jak ciasne są unieruchamiające go więzy. Spowijały one skrzydła zwierzęcia, przechodziły wokół ogona a jedna pętla przebiegała wzdłuż dziobu pełniąc rolę knebla
- Amaronie! – z ich trójki tylko starszy czarodziej mógł dotknąć feniksa nie parząc sobie dłoni – rozwiąż go! Będę cię osłaniał!
Mag ognia podbiegł czym prędzej do feniksa i zaczął delikatnie odwijać pętle jelit zaciskające się na nim. Ich działania nie uszły uwadze śledzącego wydarzenia Issurela. Stojąc na swej skalnej półce kierował w myślach działaniami podległych mu istot
- Uwalniajcie go sobie – zadrwił – Nim noc się skończy, znów będzie na moich usługach.
Lyron jednak nie zwracał na niego uwagi. Przez pewien czas musiał zająć się dwoma grupami nadchodzących nieumarłych. Dwoił się i troił ale oni byli coraz bliżej. Pierścień okrążenia zaciskał się. W końcu jednak czarodziej ognia uporał się z rozwiązywaniem feniksa. Ognisty ptak, mimo jelit wystających z zaropiałej rany na brzuchu uniósł się powoli w powietrze. Odchylił głowę do tyłu, otworzył szeroko swój dziób i zaatakował. Ogniste kule wyplute przez niego runęły w nadchodzące zombie. Wielu padło od razu, inni rzucili się na ziemię próbując ugasić trawiące ich płomienie. Feniks jednak nie miał zbyt wiele siły. Jego ataki zbierały duże żniwo wśród sług Issurela, ale na każdy z nich trzeba było czekać dłuższą chwilę.

Czarodzieje jednak odetchnęli z ulgą. We czwórkę łatwiej im było odpierać hordy przeciwników. Tych jednak nie ubywało. Na każdego powalonego do komnaty wdzierali się kolejni. Issurel cały czas trwał na półce skalnej a jego szmaragdowe pierścienie jarzyły się złowrogo. Zapewne wzywał z grobów kolejne pokolenia omamionych swoimi naukami wiernych. Jak zauważył ze zgrozą Lyron, nic go te czary prawie nie kosztowały. Nagle jednak poczuł lekką rysę w łunie jaką emitował licz. Jakby coś z jego wielkiej potęgi bardzo powoli ale systematycznie ubywało. Nie był pewien tego co czuje. Próbował skupić się na nieprzyjacielu, ale jednoczesna walka z ożywieńcami nie ułatwiała mu tego.

niedziela, 8 marca 2015

Powtórne Przyjście - part III

Po niecałej godzinie ciężkiego marszu przez góry, wśród wgniatających im się w podeszwy ostrych kamieni i wszechobecnego piachu oczom podróżników ukazał się cel ich wędrówki. Tak jak się spodziewali, nie wyróżniał się niczym szczególny, po prostu kolejna górska grota. W świetle Księżyca, który zdążył  już wzejść na nocne niebo ujrzeli też, że ścieżka którą do tej pory podążali zwęża się tuż za grobem i skręca ostro na wschód niknąc wśród skał. Mało ich jednak to teraz interesowało. Zwrócili się więc ku niewysokiej szczelinie będącej wejściem do grobu. Zagrath zaczął wyciągać z tobołka dwie pochodnie i hubkę, ale Lyron powstrzymał go zdecydowanym skinieniem.
- Nie wiemy co tam się kryje a zawsze lepiej mieć po swojej stronie efekt zaskoczenia
- Są inne sposoby na widzenie w ciemnościach – zgodził się Amaron, odrzucając poły brązowego płaszcza. Z jednej z kieszeni znajdujących się na wewnętrznej stronie swej czerwonej szaty wyciągnął niewielka świecę. Dotknął lekko jej koniuszka dwoma palcami i przytrzymał aż wosk się nieco roztopił. Kazał towarzyszom zamknąć oczy a sam nałożył im na powieki odrobinę wosku wypowiadając przy tym cicho krótkie słowo mocy. To samo zrobił też ze swoimi oczyma.
- I jak Zagracie, lepiej? – spytał kiedy już otworzyli oczy.
Ze zdumieniem stwierdzili, że wbrew panującej nocy widzą tak dobrze jak w dzień. Nawet Zagrath, który zazwyczaj nieufnie podchodził do wszelkich form magii, nie krył zachwycenia. Jako pierwszy śmiało zanurkował do środka jaskini, zaskakując tym wszystkich czarodziejów. Ci, niewiele myśląc ruszyli za nim. Wejście było niskie, tak że w niektórych miejscach musieli się mocno pochylać. Całe szczęście po kilku krokach strop wyraźnie się podnosił a przed oczami kapłana i magów otwarła się przestronna komnata, której centrum stanowił kamienny stół, na którym niegdyś spoczywać musiało ciało Issurela. Teraz jednak zamiast jakichkolwiek śladów po zwłokach, które przez tyle lat musiały ulec rozkładowi, znaleźli tam czteroramienny świecznik, kilka białych kawałków materiału i dwa blaszane kielichy.
- Czuć w nich krew – zauważył Lyron – krew zaklętą naszą magią. Tak jak na Przedmurzu. Zagadka zaczyna się robić coraz ciekawsza.
- Coraz  więcej też się chyba zaczyna wyjaśniać – dodał Patrim, który wnikliwie przebadał jeden z kielichów – Ten grób wcale nie wygląda jak grób
Chcąc nie chcąc, Amaron z Zagrathem musieli dać wiarę słowom nekromantów. Skinęli głowami na znak że przyjęli te rewelacje do wiadomości i zaczęli dalej przyglądać się jaskini. Pod południową ścianą stały dwie wielkie sągwie, niewypełnione jednak żadnym płynem, choć na brzegach widać było zaschnięte krople czegoś co mogło być winem. Obok nich znajdowały się dwie drewniane wiszące półki, ale prócz kilku pustych słoi też były puste. Północna ściana za to wypełniona była dziwnymi malowidłami, zatartymi już nieco przez czas. Przedstawiały one sceny kamieniowania długowłosego mężczyzny, którym najpewniej był sam Issurel, a także jego ukazanie się uczniom pod nową, świetlistą postacią.
- To pewnie to jego zmartwychwstanie – zauważył z ironią Zagrath – Nic więcej tu chyba nie znajdziemy. Grób leży pusty, ciała nie ma. Pewnie dawno już uległo rozkładowi, a jego kapłani kontynuują tę mistyfikację. Jak dla mnie sprawa jest zamknięta a miast przetrząsać cmentarze zająć należy się eliminacją tych co stoją za tym wszystkim.
- Mocne słowa kapłanie, ale dla mnie śledztwo dopiero się zaczyna – odrzekł mu Lyron – Może to przypadek a może nie, ale widzę, że Rada nie mogła do tego zadania wybrać lepszych czarodziejów. Ta sprawa jest do szpiku kości przesiąknięta nekromancją i jeśli już zacząłem to muszę ją do końca doprowadzić.
- Jest równie plugawa jak ta cała wasza nekromancja. Jak chcecie, to sobie dalej grzebcie w truchłach, ja wracam do miasta
Jak kapłan powiedział, tak też zamierzał uczynić. Odwrócił się plecami do Lyrona i ruszył ku wyjściu. Nagle jednak powstrzymał go syk Amarona
- Kryć się! – czarodziej ognia, który nie wyczuł w jaskini nic związanego ze swoją gałęzią magii i poczuł się znudzony jej przeszukiwaniem, od dłuższego czasu czuwał przykucnięty u wylotu groty grobowej, pełniąc rolę strażnika. Kiedy w środku trwała rozmowa między Zagrathem a Lyronem, on ujrzał w oddali zbliżającą się powoli sylwetkę człowieka. Upewniwszy się, że zmierza w ich stronę postanowił ostrzec kompanów. Zaraz też ześlizgnął się do wnętrza, wyciągając zza pasa różdżkę – Ktoś tu idzie, nie jestem pewien ale to chyba ten co prowadził nabożeństwo.
Wszyscy zaczęli się rozglądać za jakimś schronieniem, ale z jaskini było tylko jedno wyjście, które teraz wyprowadziłoby ich prosto na nadchodzącego sługę proroka. Całe szczęście Zagrath wypatrzył we wschodnim krańcu jaskini wnękę zza której mogli niewidoczni obserwować główną część grobowca.
- Zbliża się – mimo, że ukryci w jaskini nie słyszeli kroków wyznawcy proroka, ale Lyron poczuł znowu to samo co w gospodzie, delikatną emanację magii, która z każdą mijającą chwilą stawała się coraz silniejsza. Odkrycie to ponownie zmąciło spokój nekromanty, ponieważ nigdy jeszcze nie widział nieumarłego rzucającego bardziej skomplikowane zaklęcia. Co innego przywołany mocą czarodzieja szkielet-mag, nauczony jednego typu zaklęcia ofensywnego, a co innego zombie tworzący magiczne eliksiry oparte o czar ożywienia martwych.
- Też go czuję – Patrim był równie zaniepokojony – Co tu się u licha dzieje Lyronie?
- Nie mam pojęcia ale myślę, że jeszcze dziś się dowiemy.
- Oby tylko ta wiedza nas zbyt wiele nie kosztowała.
Pesymistyczny nastrój rozmowy dwóch nekromantów nie uszedł uwagi Zagratha. Amaron także nie krył podenerwowania całą tą sytuacją.
- Może jaśniej? – odezwał się, ale Lyron przyłożył tylko palec do ust dając mu znak, by zachował milczenie
- Jest już przy grobie. Gdy wejdzie obezwładnić, ale nie zabijać – szepnął wyciągając swoją kościaną różdżkę. Na jej końcu osadzona była wilcza czaszka, w której czoło wbity tkwił lśniący szmaragd w kształcie rombu. To samo uczynił Patrim, którego różdżka składała się z orczej czaszki z dwoma szmaragdami sterczącymi niczym rogi na skroniach.
Amaron kiwnął głową na znak że rozumie i mocniej zacisnął palce na własnej różdżce. Nadchodzące sekundy dłużyły się wszystkim w nieskończoność. Napięcie rosło, pot spływał im po twarzach a nic się nie działo. Nagle Lyron zdumiony poczuł, że przybysz się oddala. Powoli wysunął się z wnęki i podszedł do wyjścia z jaskini. Ostrożnie wyjrzał przez otwór i zobaczył jak postać nieumarłego znika za zakrętem ścieżki.
- Idziemy za nim – nakazał towarzyszom, gdy podzielił się z nimi tym, co zobaczył
- Mówiłeś że zniknął w górach – zaoponował Zagrath – Jak niby mamy go teraz odnaleźć?
- Cały czas go wyczuwam – w głosie nekromanty znów pobrzmiewała pewność siebie – jak raz go znalazłem to więcej nie zgubię – uspokoił kapłana – a tam dokąd poszedł leży zapewne rozwiązanie naszego problemu więc lepiej chodź tam z nami
- Jeśli jest tak jak mówisz – zgodził się kapłan, po chwili jednak dodał – ale ostatni raz przystaję na twoje pomysły!
Lyron już go jednak chyba nie słuchał. Czym prędzej wyskoczył z grobowca i ruszył śladem issurelowego kapłana. Ścieżka, po której teraz szli była jeszcze bardziej niewygodna niż poprzednio, pięła się stromymi stopniami w górę żeby za jakiś czas pikować gwałtownie w dół. Przez jakiś czas wędrowcy byli nawet zmuszeni do poruszania się skrajem urwiska wysoko ponad majaczącymi w dole rumowiskami skalnymi. Na szczęście, akurat w tym miejscu dróżka rozszerzała się, tak że mogłaby pomieścić nawet ich wszystkich idących ramię w ramię.
W pewnym momencie do odczuwanej przez nekromantów emanacji nieumarłego kapłana dołączyła druga, coraz silniejsza nuta. Zaniepokoiła ona bardzo Lyrona, gdyż była mocniejsza niż mógł kiedykolwiek przypuszczać, jednak póki co wolał nie dzielić się z towarzyszami ponurymi wieściami. Wymienił tylko spojrzenia z Patrimem, bez słów nakazując mu zachować spokój. Jednak pozostali też zaczęli wyczuwać coś niepokojącego. Zagrath wyglądał jakby przygniatał go jakiś wielki ciężar. Pot kapał mu z twarzy a jego ruchy stawały się coraz powolniejsze. Zaciśnięte usta Amarona też mówiły same za siebie. Czarodziej ognia wyraźnie walczył z czymś, może jakąś niepokojącą myślą, może podświadomość podsuwała mu niezbyt przyjemne obrazy. Nekromanta nie wiedział, czuł tylko moc pochodzącą z nieznanego źródła, moc jakże mu bliską ale potężniejszą i mroczniejszą.
Nagle Zagrath upadł na ziemię. Zaczął zwijać się z bólu. Zaskoczyło to jego towarzyszy. Czarodzieje zaczęli się rozglądać za czymś co mogło być przyczyną dziwnego zachowania kapłana. W obleczonych księżycową łuną górach panowała jednak pustka i śmiertelna cisza. Przerwał ją dopiero krzyk kapłana
- Ziemia, ziemia umiera! Plugastwo przeżera ją, do głębi! Czuję to, czuję, ach jak to boli! – urywane słowa kapłana brzmiały naprawdę ponuro. Lyrona przeszedł dreszcz. Coraz więcej elementów zaczęło układać się w spójny obraz. Obraz, który nie przynosił nadziei na szczęśliwe zakończenie ich misji
- Weź się w garść Zagracie – próbował uspokoić leżącego kapłana Patrim – Rozpacz nic nie pomoże. Potrzeba nam siły, siły ducha i ciała. Inaczej nie wyjdziemy z tego żywi
- Optymista – Lyron nie krył ironii, ale tylko w ten sposób mógł sobie poradzić z rodzącym się w jego duszy niepokojem – Jeśli tak kochasz swoją ziemię, wstań i idź dalej. Tak tylko możesz pomóc ją uzdrowić
- Ty coś wiesz – wyszeptał Zagrath, podnosząc się z ziemi
- Mam pewne podejrzenia, ale wolę się upewnić – odpowiedział nekromanta
- Lyronie – odezwał się niespodziewanie Amaron. Widać było, że mówienie sprawia mu ból – tam jest jakieś plugastwo. Zagrath ma rację. Czuję ogień, istotę z ognia. I ona cierpi okropne męki. Czuję je i ciężko to wytrzymać. Co to za potwór tam na nas czeka?
- Cierpliwości. Cierpliwości i koncentracji, tego nam teraz potrzeba – próbował odpowiednio dobrać słowa nekromanta – Szykujcie się na ciężką przeprawę. Idziemy, czas ucieka.
I ruszył dalej górską ścieżyną. Reszta drużyny, z mniejszą na pewno ochotą, ale jednak podążyła za nim. Prowadzeni przez emanację mocy ujrzeli w końcu wysoką górę w kształcie piramidy z rozszczepionym na dwoje wierzchołkiem, do której prowadziły wąskie, ale wysokie wrota. Nieumarły kapłan musiał niedawno przez nie przechodzić, gdyż wielki głaz, zamykający zapewne wejście, stał odsunięty na bok. Na znak dany przez Lyrona czarodzieje wyciągnęli różdżki a Zagrath mocniej chwycił swój sękaty kij.  Kiedy przeszli przez wrota znaleźli się w długim korytarzu. Zaklęcie rzucone w grobie przez Amarona przestało już działać i otoczyła ich ciemność. Na ścianach, na wysokości oczu wisiały natomiast wielkie szmaragdowe kule. Wystarczyło lekko je potrzeć i rozżarzały się zimnym, seledynowym światłem. Ostrożnie czwórka wędrowców zapuściła się w głąb korytarza. Odczuwane przez każdego z nich emanacje były tu tak silne, że niejeden z nich na pewno pomyślał o powrocie do Ursalisu. Potrafili jednak zapanować nad emocjami.
Korytarz doprowadził ich do wielkiej sali, w której ujrzeli okropieństwo o którym mówił im Amaron. Po prawej stronie od wejścia wisiał feniks przybity kościanymi gwoździami do ściany. Ogień, którym płonęło zwierzę rozjaśniał całe pomieszczenie. W jego świetle przybysze mogli ujrzeć, że ptak spętany jest łańcuchem zrobionym z jego własnych jelit.
- Kto? – obrzydzenie w głosie Amarona mieszało się ze współczuciem – Kto i dlaczego go tak okaleczył?
Czarodzieje ognia uważali feniksa za święte zwierzę. Bestialskie traktowanie jakiemu je poddano oburzyło zarówno nekromantów jak i Zagratha, ale dopiero Amaron dostrzegał pełen wymiar tej tragedii.
- Ten, kto odpowiada za wszystko inne - odparł Lyron, którego wzrok przykuła zaschnięta krew na udzie feniksa. Choć to wydawałoby się niemożliwe, czuł, że to ta sama, którą posługiwali się wyznawcy Issurela podczas obrzędów na Przedmurzu – przetoczył feniksowi swą krew. Ptak ją teraz produkuje i z każdym jego powstaniem z popiołów ona też się odradza. Dzięki temu ma niewyczerpane źródło krwi do swoich czarów.
- Tak, a dzięki temu że związał go jelitami, po odrodzeniu feniks dalej jest uwięziony – dokończył ze smutkiem Amaron
- Ale komu jest takie coś potrzebne? – zdziwił się Zagrath
- Komuś, kogo układ krwionośny przestał pracować – Nie było już sensu ukrywać przed innymi niebezpiecznej prawdy. Lyron postanowił wyjawić towarzyszom wszystkie swoje domysły i podejrzenia
- Czyli?
- Czyli komuś, kto z medycznego punktu widzenia jest już martwy – wyręczył Lyrona nieznajomy, ochrypły głos.
W jednej ze ścian, naprzeciw tej, do której przybito feniksa, wykute były strome stopnie, wiodące na widoczną w rogu komnaty półkę skalną. Leżała ona u wylotu jakiegoś innego korytarza, prowadzącego zapewne w głąb góry. Na półce tej stał mężczyzna, a w zasadzie coś co było kiedyś mężczyzną. Jego ciemnozielona skóra, pomarszczona i wyschnięta, mocno opinała się na kościach sprawiając makabryczne wrażenie. Jej najcieńsza warstwa osłaniała twarz, przez co wydawało się że istota tak naprawdę zamiast niej ma po prostu samą czaszkę. W zapadłych oczodołach utkwione były dwie małe, matowe gałki oczne, w których dojrzeć można jednak było wielką moc i przeżyte przez ich właściciela lata. Ubrany był w postrzępioną czarną szatę, a na zapadniętej piersi widniały pożółkłe już od starości kościane płytki. Kościste, pozbawione paznokci palce jednej ręki zaciśnięte były na długiej różdżce – najdziwniejszej jakie zebrani w komnacie przybysze kiedykolwiek widzieli. Na jej końcu widniała długa na dwie stopy czaszka młodego smoka, ozdobiona pięcioramiennym szmaragdem. Ze smoczej czaszki, także na wzór pięcioramiennej gwiazdy, odchodziły zakrzywione sztylety. Na palcach drugiej dłoni świeciły się za to wielkie szmaragdowe pierścienie i złote sygnety.
- Witajcie bracia – istota odezwała się ponownie –witaj i ty, kapłanie Vellara
Zagrath, słysząc pozdrowienie wzdrygnął się, podobnie Amaron. Nikt z nich nigdy nie widział czegoś podobnego. Nekromanci zaś, którzy wiedzieli z kim mają do czynienia, zachowali większy spokój. Na ile oczywiście można być w takiej sytuacji spokojnym.
- Kim jesteś, że nazywasz nas braćmi? – spytał Lyron
Zapytany uniósł lekko kąciki swych pozbawionych już warg ust w makabrycznej imitacji uśmiechu
- Czyżbyś był aż tak głupi nekromanto? Myślałem, że spotkam godnego partnera do rozmowy, ale widzę, że od moich czasów poziom nauczania na wyspach strasznie się obniżył
- Nie kpij sobie ze mnie, liczu – odparł ze spokojem – potrafię powiązać fakty. Pytałem raczej o twoją godność
- Licz?! – wtrącił się Zagrath, którym wstrząsnęła ta wiadomość – Jeszcze bardziej plugawa ewolucja nekromanty?
- Tak, kapłanie. Nie wiem jednak co rozumiesz przez słowo plugawy. Przemiana w licza to zaszczyt, błogosławieństwo. To moc, której nie możesz sobie wyobrazić. I nieśmiertelność, gdyż śmierć nie może zabrać kogoś, kto już raz został przez nią dotknięty
- Dobrze wiemy czym jest licz, ale ciągle nie znamy twojego imienia – dopytywał się Lyron
- Ach, czy to konieczne? Nie domyślacie się? – znowu uśmiechnął się licz – To ja jestem Issurel. Zmartwychwstały prorok. Dla wielu ludzi na tym i na tamtym świecie niemal bóg. Jednak dla Was, bracia – zwrócił się do nekromantów – mogę zwać się Barthamel
Imię to zaskoczyło Lyrona i Patrima, ale wiele im też wyjaśniło. Młodszy z nich, do tej pory onieśmielony potęgą licza, odezwał się
- Ten Barthamel? Ten, o którym nas uczą? I przestrzegają byśmy się tacy nie stali? Ten co marzył o władzy nad światem? Królestwo Nieumarłych i tak dalej?
- To o czym was uczą to kłamstwo! – ryknął Issurel, wymierzając w Patrima koniec swojej różdżki – Rada była zazdrosna o moją potęgę!
- I dlatego wydała na ciebie wyrok śmierci? – Lyron osłonił ciałem młodszego kolegę
- Nie wiesz nic o całej tej sprawie, więc się nie wypowiadaj robaku!
- Oświeć mnie – Lyron wiedział, że stąpa po cienkim lodzie. Potęga Issurela była zbyt duża, jednak nekromanta miał wrażenie, że jego żmijowy język nie przekroczył jeszcze granicy bezpieczeństwa.

- Opowiem wam wszystko – zgodził się Issurel – poznacie całą prawdę o Barthamelu Wzgardzonym i o Issurelu Zmartwychwstałym. A potem, bracia, podejmiecie decyzję czy chcecie żyć dalej u w blasku mej chwały czy umrzeć tylko po to by dołączyć do mych nieumarłych zastępów!

sobota, 28 lutego 2015

Powtórne Przyjście - part II

Przeglądanie ksiąg zajęło czarodziejom resztę dnia i większą część nocy, jednak zbyt wielu informacji na temat Issurela nie znaleźli. Kapłani Vellara dwoili się i troili wyszukując dla nich prastare manuskrypty, ale żaden z nich poza krótkimi wzmiankami nie opisywał dokładniej proroka. Mimo to, mając niejakie pojęcie o jego historii magowie z pomocą nieodstępującego ich niemal na krok Zagratha postanowili zbadać jaskinię, w której według legend i podań miał spoczywać Issurel do czasu swojego zmartwychwstania. Zmartwychwstania, o którym księgi nie wzmiankowały inaczej jak o jednej wielkiej mistyfikacji. Lyrona akurat ta kwestia mało interesowała. Zawsze uważał, że kapłani są strasznie zazdrośni o wiernych i nawet wśród oficjalnie akceptowalnych kultów nieraz zdarzały się przypadki dyskredytowania danego bóstwa i podkradania jego wyznawców. Tak zapewne było i w tym przypadku.
Zmrok zapadał nad Ursalisem, kiedy przed wrota głównej światyni Vellara w mieście zajechało dwóch nekromantów. Obaj ubrani byli w czarne płaszcze, ale pod nimi kryło się pełne wyposażenie uczniów tej szkoły magii. Kościane różdżki i stalowe krisy zatknięte mieli za pasy, wzdłuż których umocowano woreczki kryjące w sobie różnorodne substancje i eliksiry pomocne w rzucaniu potężniejszych czarów. Tors Lyrona zdobiła także kościana zbroja, imitująca klatkę piersiową ze wzmocnieniami wzdłuż żeber i na mostku. Patrim zamiast niej miał na sobie czarny, skórzany kaftan w strukturę którego wpleciono delikatne kościane nici. Obie zbroje mimo swojego niepozornego wyglądu, dzięki zaklęciu jakie na nie rzucono były niezwykle trudne do przebicia. Jedynie na dłonie nekromanci postanowili nie zakładać żadnych magicznych pierścieni. Co prawda spodziewali się problemów z wyznawcami proroka podczas przeszukiwania jego grobu, ale jak najdłużej chcieli pozostać anonimowi.
Po chwili pojawił się Zagrath, jak zawsze ubrany w brązowy płaszcz. Na plecach niósł niewielki, także brązowy tobołek a w prawej dłoni trzymał długi, sękaty i z pozoru niczym niewyróżniający się drewniany kij. Obaj nekromanci przeczuwali jednak, że tak naprawdę jest to jakaś potężna broń. Kapłan jednak, pomimo pytającego wzroku nekromantów, nie pospieszył z wyjaśnieniami tylko zaczął wyglądać Amarona.
- Mogłem być dla niego milszy w gospodzie – pomyślał Lyron. Potrafił jednak opanować pulsującą w nim ciekawość i korzystając z okazji przyglądnął się za to dokładniej samej świątyni. Poprzedniego dnia rezydował głównie w jej wnętrzu, wśród niezliczonych manuskryptów, nie miał więc czasu na podziwianie tej monumentalnej budowli. Składały się na nią dwie części. Większa, skryta była w zboczu masywu skalnego widniejącego nad miastem, w której znajdowały się niedostępne dla zwykłych ludzi pomieszczenia, w tym właśnie archiwum oraz sypialnie kapłanów. Druga zaś, zbudowana na planie kwadratu przysadzista konstrukcja była właściwym miejscem kultu, w którym odbywały się nabożeństwa. Jak wszystkie świątynie boga ziemi powinna być  zbudowana z nieciosanego kamienia. Wzdłuż ścian i na rogach stały masywne głazy, głęboko wkopane w ziemię. Z zewnątrz wydawać się mogło, że między nimi znajdują się spore odstępy ale dośrodkowo od nich wybudowano drugi mur, tym razem ceglasty, szczelnie oddzielający wnętrze od suchego ursalitańskiego powietrza. Dach świątyni stanowił olbrzymi, płaski blok piaskowca, wciągnięty tam prawdopodobnie za pomocą magii. Mniej więcej pośrodku niego ustawiona została szklana piramida, osłaniająca owalny otwór, przez który do środka wpadały promienie światła. Tak więc mimo, że na zewnątrz budowla wydawała się spełniać wymogi tradycji, nie była jej wierna w każdym calu. Podobne do niej, ale dużo mniejsze i skromniejsze świątynie rozsiane były po całym mieście, a jedna nawet znajdowała się na Przedmurzu, najgorszej dzielnicy miasta. Nic jednak dziwnego, skoro Vellar był najważniejszym bogiem w tym regionie Tarderii. Inne bóstwa takie ja władca wody Usqer czy Ina, pani urodzaju pomimo posiadania kilku świątyń w Ursalisie otaczane były znacznie mniejszą czcią.
Rozmyślania Lyrona na temat bóstw i religii przerwał tętent kopyt. Kiedy nekromanta odwrócił się w stronę, z której dochodził hałas, zobaczył galopującego ku nim Amarona. Wiatr rozwiewał poły jego krwistoczerwonej szaty a na torsie błyszczał złocony kaftan. Nie było to zbyt dobre przebranie jak na nocną wyprawę, ale czarodziej, gdy tylko zeskoczył z konia, wyciągnął z juków przy siodle brunatny płaszcz i szczelnie się nim owinął. Nim jednak to się stało, wszyscy ujrzeli zatknięte za pas miecz o pozłacanej rękojeści i kunsztowną, mahoniową różdżkę ozdobioną u szczytu rubinową kulą i dwoma rzędami rdzawoczerwonych piór.
- Idziemy? – zapytał zniecierpliwiony Zagrath, na co wszyscy odpowiedzieli mu powolnym skinieniem głową. Kapłan zaklaskał dwa razy w dłonie i ze świątyni wyłonił się młodszy wiekiem i rangą duchowny, który zaprowadził ich konie do przyświątynnej stajni. Według map droga do  grobowca nie była może zbyt długa, ale górzysta, stąd postanowili przebyć ją pieszo. Skierowali się na wschód, ku wychodzącej na podmiejski cmentarz Bramie Umarłych.
Przechodząc wąskimi ulicami, wśród tłumów odpoczywających po całym dniu pracy rzemieślników, Lyron mógł lepiej przyjrzeć się miastu i jego mieszkańcom. Jak każde większe skupisko ludzi Ursalis pełen był kontrastów. Wysokie, zbudowane ze złotożółtego piaskowca kamienice sąsiadowały z ulepionymi z gliny ziemiankami, a wielkie place, całe zastawione stoiskami handlowymi nierzadko przechodziły w brudne, cuchnące fekaliami, ziemiste uliczki. Na każdym rogu spotkać można było siedzących w łachmanach żebraków, których bez słowa mijali wytworni kupcy czy schludnie ubrani urzędnicy. Co gorsza, podobnie czynili wszelkiej maści kapłani. Lyrona aż korciło, żeby zwrócić na to uwagę Zagratha. Miał jednak w pamięci słowa Amarona o zadowoleniu Rady Czarodziejów, co wystarczało do zachowania niezbyt pochlebnych komentarzy dla siebie.
Cienie wydłużały się coraz bardziej a Słońce znad horyzontu wysyłało już ku światu ostatnie promienie, kiedy dotarli na miejski cmentarz. Zostawione w tyle wrota Bramy Umarłych właśnie się zamykały i słychać było ich metaliczny zgrzyt. Po chwili cisza zaległa nad cmentarzyskiem, przerywana tylko krótkimi porywami wiatru.
- Trochę tu ponuro – odezwał się Patrim, próbując rozczytać napisy na pobliskich nagrobkach – Może już czas przywołać kilku towarzyszy do pomocy?
- Wykluczone – kategorycznie zabronił mu Lyron – Pamiętaj, że nasz przeciwnik zna się na naszej sztuce. Ryzyko, iż odkryje, że do niego zmierzamy jest zbyt duże. Wiem jak cenisz sobie swojego orczego wojownika, ale póki co musimy polegać wyłącznie na sobie.
Patrim ze skruchą pokiwał głową, kolejny raz złoszcząc się w duchu na samego siebie. Jego brak doświadczenia znowu dał o sobie znać. Miał jednak nadzieję, że gdy dojdzie do konfrontacji z wrogiem pokaże starszemu nekromancie swoją przydatność. Nagle wzrok młodzieńca przykuło skupisko ludzi u podstawy wzgórza, na którym wznosił się Ursalis.
- Spójrzcie w dół – zwrócił uwagę towarzyszy, wskazując głową na granicę zabudowań zwanych Przedmurzem.
Główne miasto Ursalis znajdowało się na płaskowyżu, oparte z zachodu i północy o prawie pionowe górskie ściany. Ku południu i wschodowi natomiast płaskowyż schodził łagodnym zboczem w stronę doliny, środkiem której płynął leniwie płytki strumień o melodyjnej nazwie Salisia. Tam właśnie, na południowym zboczu, poza obrębem murów miejskich leżało Przedmurze. Była to dzielnica nędzy, pełna szałasów, lepianek, tanich gospód i nie droższych burdeli. Zgromadzenie, które ujrzał w oddali Patrim zebrało się przy wschodniej granicy tego osiedla. Niestety wędrowcy stali zbyt daleko żeby dostrzec szczegóły. Jeden tylko Zagrath wiedział, a raczej przeczuwał cóż to takiego.
- Bezbożnicy Issurela! Teraz tutaj odprawiają swe plugawe obrzędy – krzyknął z odrazą
- Ciszej! – syknął Lyron – Jeśli to oni to lepiej żeby nas nie usłyszeli.
- To nie takie łatwe jak myślisz. Na samo wspomnienie świętokradztwa jakiego dopuścili się na Placu Pięciu Figowców mam ochotę posłać ich wszystkich głęboko pod ziemię!
- Nienawiść nie przystoi kapłanowi – Lyron nie mógł sobie odpuścić tego przytyku, ale ku jego zdziwieniu słowa te uspokoiły kapłana. Odetchnął kilka razy głęboko po czym mówił już powoli i bez emocji
- To największy plac w mieście, pod Centralnym Figowcem stoi jeden z najświętszych posągów Vellara. Nie dziw się więc, że budzi to mój gniew. Gdybyś tylko wiedział jak potworne rzeczy mają miejsce podczas ich obrzędów to byś mnie zrozumiał, a nie drwił.
- To może rzucimy okiem na to nabożeństwo – nieśmiało zaproponował Patrim, niezrażony ostatnią wpadką – Może nam to dać jakieś wskazówki na temat tej sekty
Tym razem pomysł młodego nekromanty spodobał się wszystkim.
- Czemu nie – Lyron poklepał kolegę po plecach, po czym z szelmowskim uśmiechem na ustach zwrócił się do wszystkich – Co powiecie na wysłanie im małego szpiega nie z tego świata?
Te słowa mocno zdziwiły a i po części oburzyły Patrima.
- A ryzyko wykrycia? – odezwał się podniesionym głosem - Sam mówiłeś przecież…
- Mówiłem i mogę to jeszcze raz powtórzyć – przerwał mu Lyron – Ryzyko jest zawsze, ale zapewniam was, że dużo mniejsze niż w przypadku sług z krwi i kości. Poza tym magia zna sposoby ukrycia się przed wzrokiem niepożądanych osób, a na zjawy z zaświatów jeden sposób jest wręcz idealny
Mówiąc to Lyron wyciągnął zza pasa swój kris - długi nóż o falistym, zakrzywionym ostrzu, z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyciągnął niezbyt duże owalne lusterko a przy pasie poluzował nieco jeden z wielu niewielkich woreczków. Sięgnął do niego dłonią i wyrzucił w powietrze odrobinę srebrnego pyłu wypowiadając bezgłośnie jakieś krótkie słowo.
- Srebro – wyjaśnił – Odpowiednio wypolerowane odbija światło słoneczne tak jak i wzrok nazbyt ciekawskich ludzi.
Kiedy pył zatańczył wokół nich znikając w wieczornym półmroku i pozostawiając za sobą jedynie lekką błyszczącą łunę, nekromanta wyciągnął przed siebie palec wskazujący i naciął krisem opuszkę palca. Odrobinę krwi wycisnął na lusterko a resztę wytarł w swój nóż. Nucąc powoli pod nosem słowa zaklęcia machnął nim gwałtownie w powietrzu. W miejscu gdzie ostrze krisa przecięło powietrze pojawiła się błękitna pręga, która powoli zaczęła się rozszerzać. Lyron raz jeszcze sięgnął po garść srebrnego pyłu i kiedy przez szczelinę zaczęła przechodzić ledwo widoczna, szarobiała zjawa sypnął nim w stronę ducha. Zaraz potem zjawa całą swą eteryczną postacią przedostała się do świata żywych a błękitna pręga zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Przywołane widmo pomknęło w dół zbocza, rozwiewając po drodze resztki swej widzialnej postaci. Lyron schował kris za pas, a towarzysze ujrzeli, że w lusterku, które trzyma w dłoni pojawił się obraz Przedmurza. Widząc zdziwione miny Zagratha i Amarona, nekromanta streścił pokrótce działanie zaklęcia
- Przywołany z zaświatów duch poszpieguje wiernych Issurela, a dzięki połączeniu krwią z lusterkiem, będziemy mogli w nim zobaczyć to co on swymi widmowymi oczyma
- Sprytne – zauważył Amaron
- Może i sprytne, pomysłowe ale co z tego skoro nadal plugawe? – Zagratha nic chyba nie potrafiło przekonać do zaakceptowania nekromancji jako, jakby nie było, przydatnej sztuki.
- Jeszcze nam będziesz dziękował – skwitował rozmowę Lyron, po czym cała czwórka rozsiadła się wygodnie między nagrobkami i skupiła wokół lusterka.
Ujrzeli w nim dość dużą grupkę ludzi zgromadzoną wokół najprawdopodobniej kapłana, odzianego jednak w stare, dawno wyszłe z mody potargane ubranie. Stał on przy sągwi z winem i intonując dziwnie znajome nekromantom słowa wlewał do niej gęsty bordowo czerwony płyn.
- Krew – wyjawił im Zagrath, jednak było to tylko potwierdzeniem ich domysłów.
Nie przestając śpiewać, prowadzący obrzędy wziął do ręki długą drewnianą łychę i zaczął energicznie mieszać zawartość sągwi. Dosypał do tego jeszcze odrobinę żółtego proszku a kiedy mieszanka zaczęła wrzeć, mimo iż nie ogrzewało jej żadne palenisko, wyciągnął w górę przesiąkniętą czerwienią mikstury łychę. Na ten znak wierni ustawili się w kolejce z glinianymi kubkami w rękach, do których prowadzący nalewał im sporządzonego właśnie eliksiru.
- Dość! – w głosie Zagratha czuć było obrzydzenie i ledwie hamowaną złość – Widziałeś co chciałeś. Odwołaj ducha, ja więcej na to patrzeć nie zamierzam!
Ku zaskoczeniu dwóch pozostałych towarzyszy Lyron usłuchał kapłana. Kiedy duch zbliżył się do nich z powrotem, nekromanta ponownie rozciął krisem zasłonę zaświatów, a uwolniona dusza czym prędzej wróciła przez błękitną szczelinę tam skąd przybyła.
- Masz rację Zagracie, to mi wystarczy – głos Lyrona lekko drżał, co tym bardziej zdziwiło zebranych, a szczególnie Patrima – Pierwszy raz widzę, żeby ktoś na żywych stosował zaklęcia przywołania.
- Co takiego? – stwierdzenie Lyrona przeraziło nawet opanowanego do granic możliwości Amarona.
- To prawda – z zaniepokojeniem odpowiedział mu Patrim – Kapłan Issurela użył mniej więcej tych samych rekwizytów co my podczas wskrzeszania swoich nieumarłych sług. Krew łączy przywołaną istotę z nekromantą więzią posłuszeństwa a ten żółty proszek pozwala odtworzyć ciało istoty po jej przemianie w proch.
- Tak, tylko tu nikt nikogo w proch jeszcze nie obrócił – uzupełnił Lyron – Niepokoi, a paradoksalnie nawet ciekawi mnie to, że z tego co udało mi się wyczuć, krew użyta w obrzędzie nie należy do rzucającego zaklęcie.
- Może do kogoś, kto stoi za tym wszystkim. Do tego kto kontrolował kaznodzieję? – Zagrath podrapał się po łysym czole, na którym widać było kropelki potu. Informacje przyniesione przez widmowego szpiega zmieniły ich spojrzenie na cały problem. Coraz bardziej jasny stawał się fakt, że mają do czynienia ze znacznie potężniejszym wrogiem niż do tej pory sądzili.
- Najpewniej – Lyron niczego już nie był pewien. Nagle gdzieś zniknął jego spokojny, rzeczowy, wręcz zarozumiały ton jakim posługiwał się w gospodzie wyjaśniając towarzyszom niektóre tajniki nekromanckiego fachu – Coś czuję, że w grobowcu Issurela dowiemy się jeszcze więcej. Jakiekolwiek domysły i hipotezy na nic nam się teraz nie przydadzą. Trzeba wziąć się w garść i ruszać w drogę!

Mocniejsze słowa nekromanty pomogły nieco dojść do siebie całej drużynie i z lekkim ociąganiem kontynuowali wędrówkę przez cmentarz, ku majaczącej w jego północno-wschodnim krańcu górskiej ścieżce. Biegła ona między stromymi zboczami pobliskich gór licznie rozgałęziając się w każdą wyrzeźbioną w brązowym piaskowcu szczelinę. Jak wyjaśnił im Zagrath, w tej okolicy mają swoje groby najbiedniejsi mieszkańcy miasta, których nie stać na miejsce na miejskim cmentarzu. Większość to masowe mogiły pod które zaadaptowano jaskinie jakich wiele można tu było spotkać. W niektórych miejscach wędrowcy zauważyli też niewielkie, wydrążone w skałach otwory. Były to miejsca, w których składano urny z prochami zmarłych w trakcie zaraz jakie w długiej historii Ursalisu nieraz nawiedziły miasto. Grób Issurela, mimo iż jeden z najstarszych w tym swoistym kanionie umarłych, znajdował się niemal na samym końcu górskiej ścieżyny. Według świątynnych pism zgorszenie jakie wywoływał on w mieście sprawiło, że władze kazały pochować go jak najdalej od miasta. Przez nielichy wszakże okres dwóch tysięcy lat, które minęły od tamtej chwili, cmentarzysko rozrosło się jednak znacznie, przybliżając coraz bardziej do grobu proroka.

niedziela, 22 lutego 2015

Powtórne Przyjście - part I

Gospoda Pod Rozbitym Dzbanem skąpana była w mętnym blasku zawieszonych u sufitu starych, zardzewiałych kandelabrów, z których prawie żaden nie był w całości wypełniony świecami. Wnętrze karczmy wypełniał niezbyt przyjemny zapach spróchniałego drewna i taniego wina, którymi raczyli się zgromadzeni w niej mieszkańcy Ursalisu, średniej wielkości miasta położonego na południu Tarderii, wzdłuż szlaku handlowego biegnącego przez pobliski Urog aż do wielkiego imperium Ytr, rozciągającego się tysiące mil na południe. Przez niewielkie, zabrudzone okna można było dostrzec stojące w zenicie słońce. O tej porze w mieście przerywano tradycyjnie wszelką pracę i siadano ze znajomymi w knajpkach przy pokaźnym dzbanie wina. Tego dnia jednak, nie tylko poszanowanie dawnych zwyczajów zgromadziło w Rozbitym Dzbanie tłumy ludzi, w większości niezamożnych, gdyż nie była to ponad wszelką wątpliwość jedna z tak zwanych „lepszych” gospód. Tym razem wszyscy zjawili się tutaj aby posłuchać kazania jakie od kilku miesięcy wygłaszają w mieście i jego okolicach wyznawcy nauk proroka Issurela.
Jednym z takich właśnie słuchaczy był odziany w ciemny płaszcz mężczyzna o długich czarnych jak noc włosach, które wijąc się bujnymi lokami na wszystkie strony spływały na ramiona okalając jego pociągłą, bladą twarz. Pomarszczone czoło oraz szczupła, koścista dłoń pocierająca w zadumie podbródek mogły świadczyć o tym, że wnikliwie wsłuchuje się w każde słowo niechlujnie ubranego akolity. Lyrona jednak, gdyż tak mężczyzna miał na imię, nie interesowały ostatnie chwile proroka, jego zmartwychwstanie ani podniosłe przesłanie jakie pozostawił uczniom. Miał swoje zadanie do wykonania i na tym się skupiał. Miejscowi kapłani, zaniepokojeni wzrostem liczebności wyznawców Issurela na swoim terenie, a także faktem, że podczas odprawianych przez nich nabożeństw dochodziło do niepokojących praktyk magicznych, poprosili o pomoc Radę Czarodziejów. Tak się złożyło, że Lyron, nekromanta, znajdował się w tym czasie na Wyspach Magii i pech chciał, że to jego Rada oddelegowała do tego zadania. Czy to jednak była do końca losowa decyzja nekromanta nie wiedział. Podejrzewał jedynie, że zwierzchników mogła zaniepokoić prywatna wojna z wampirem Anreahem, zakończona ostatecznie zwycięstwem czarodzieja.
Chcieli mi udowodnić, że mimo wszystko nadal jestem posłuszny Radzie – zamyślił się – Ważne, że udało mi się osiągnąć to co sobie wymarzyłem
Na samo wspomnienie krzyku znikającego w Krysztale Totemhata wampira twarz nekromanty rozjaśniła się. Nigdy nie sądził, że zemsta może smakować tak słodko. I kiedy tak się rozpłynął we wspomnieniach, nagle zaniepokoiła go dziwna łuna, promieniująca słabo z ciała wyznawcy Issurela. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że znajdowała się tam cały czas, ale była tak niewyraźna, jakby zamazana, że nie potrafił jej wcześniej dostrzec. Łuna, dziwnie znajoma łuna, bardzo znajoma… Wciągnął głęboko powietrze, wytężył wzrok, wyostrzył inne zmysły i po chwili już wiedział.
- Wyczuwasz coś dziwnego w tym kaznodziei? – zapytał siedzącego obok mężczyznę, tak samo jak on ubranego w czarne szaty. Zapytany też był nekromantą, ale obaj z oczywistych względów nie nosili żadnych oznak przynależności do tej szkoły magii. Lyron wziął go ze sobą na tę wyprawę, gdyż wierzył w jego młodzieńczy wigor, którego z wiekiem starszemu nieco czarodziejowi ubywało. Nie spodziewał się niczego fascynującego w tym religijnym śledztwie, więc obecność drugiego „czarnego maga” jak zwykło ich określać pospólstwo mogła pomóc w zabijaniu nudy.
- Nic szczególnego – odparł towarzysz marszcząc brwi. Po chwili jednak na jego twarzy zagościł uśmiech – poza tym, że ma nierówno pod sufitem.
Na Lyronie jednak ten kiepski żart nie zrobił żadnego wrażenia
- Nic a nic? Zastanów się Patrimie. Jakaś swoista emanacja mocy? – dopytywał się.
- Naprawdę nic. Jak bardzo bym się nie skupiał czuję tylko pustkę – w głosie Patrima było słychać zrezygnowanie. Nie miał takiego doświadczenia w magii jak Lyron, dopiero od kilku lat był nekromantą i wiedział, że jeszcze wiele musi się nauczyć, a pytania, na które nie potrafił odpowiedzieć tym boleśniej mu o tym przypominały. Przeczesał dłonią bujną czuprynę orzechowych włosów i spojrzał w brązowe oczy drugiego czarodzieja – A ciebie co w nim niepokoi?
- Pustka Patrimie, to w sumie odpowiednie słowo – nekromanta wyszczerzył zęby – ten człowiek nie żyje, to nieumarły – widząc zdumione spojrzenia siedzących przy stoliku towarzyszy dodał – tylko dobrze zakamuflowany.
Zagrath, starszy już człowiek w brązowym płaszczu z gładko wygoloną głową, typową dla kapłanów boga ziemi Vellara był w szoku, tak samo jak czwarta osoba w towarzystwie, blondwłosy czarodziej ognia Amaron. Pierwszy z nich był przedstawicielem Rady Kapłańskiej Tarderii, mającym przede wszystkim składać zwierzchnikom raporty z przebiegu śledztwa, drugi zaś, na siłę trochę dokooptowany do ich grupki miał zapewne pilnować nekromantów. Rada Czarodziejów zapewniała Lyrona o swoim zaufaniu, ale jak to wszędzie bywa, a wśród osób parających się magią tym bardziej, kontrola jest najwyższą formą zaufania. Lyronowi jednak nie przeszkadzała obecność Amarona. Ostre rysy jego opalonej, naznaczonej już licznymi zmarszczkami twarzy i głębokie, błękitne oczy zdradzały wielką inteligencję i nie mniejszą potęgę a w razie problemów pomoc takiej osoby na pewno będzie nie do pogardzenia.
- Jak może być zombiem lub jakimś innym tworem waszej plugawej magii, skoro nie dostrzegam w nim zapachu ziemi, w której został pochowany – zdumienie pomieszane ze złością malowało się na twarzy kapłana – Musisz wiedzieć nekromanto, że my, słudzy Vellara takie rzeczy rozpoznawać potrafimy, więc lepiej zastanów się, jeśli masz zamiar drwić tu sobie ze mnie.
- Spokojnie Zagracie – próbował stonować nastroje Lyron, którego trochę rozbawiło uniesienie kapłana – Nie lekceważę waszych mocy, lecz wiem co widzę i jestem tego pewien – odczekał chwilę, żeby się przekonać czy wyraz twarzy Zagratha złagodniał – Istnieje wiele odpowiedzi na twe wątpliwości
- Na przykład?
- Powiedzmy, że może on po śmierci nie został wcale pochowany? Nie pomyślałeś o tym? Wiesz przecież, że według legend nekromanci porywają piękne kobiety, po czym zabijają je tylko po to by ożywić jako swoje sługi i po wieczne czasy korzystać z dobrodziejstw wiecznie młodych ciał swych oblubienic  – nekromanta chciał jeszcze coś dodać, ale wbrew samemu sobie zaczął się głośno śmiać, co zwróciło na niego zgorszony wzrok osób siedzących przy sąsiednim stoliku. Jego wesołość jednak udzieliła się tylko Patrimowi. Amaron milczał z kamienną twarzą, przyzwyczajony do humoru przedstawicieli nekromanckiego fachu, natomiast Zagrath zzieleniał ze złości i obrzydzenia.
- Dość tej farsy – zdołał wydukać przez zaciśnięte zęby – jesteście obrzydliwi. Chyba marnuję czas przebywając tu razem z wami. Rada Kapłańska zajmie się tym problemem bez waszej pomocy – dodał i już chciał wstawać od stołu, ale Amaron, dotychczas raczej nieobecny duchem złapał go za rękę i powiedział
- Nie znam go za dobrze, ale wierz mi, to jeden z lepszych w swym fachu. Nekromanta z krwi i kości, ale  musisz mu zaufać
- Niech mówi – słowa czarodzieja nie do końca przekonały starszego kapłana, ale usiadł z powrotem na swoim krześle i udał przynajmniej że słucha
Lyron zadowolony takim obrotem spraw przeprosił, nie do końca może szczerze, kapłana i kontynuował
- Moje zdolności mówią mi, że ten człowiek znajduje się pod wpływem silnej magii, którą ciężko rozpoznać. Nic dziwnego, że nie udało się to Patrimowi. Mnie samemu przyszło to z trudem. Nie mam pojęcia, kto za tym stoi, ale ponad wszelką wątpliwość kaznodzieja został przywrócony z zaświatów.
- Zmartwychwstał, tak jak ten ich prorok z kazania – słusznie zauważył Patrim, którego podbudowała wypowiedź starszego kolegi – Kto to był w ogóle ten cały Issurel?
- Może ty nam to powiesz kapłanie? W końcu od wieków wyznaje się tu twojego boga – dodał Amaron, który przezornie nie wspomniał o tym, że od dłuższego czasu on sam jest wysłannikiem Rady Czarodziejów na terenie południowej Tarderii
Zagrath zasępił się
- Niewiele nam o nim wiadomo. Najstarsze księgi podają, że żył tu na długo przed Wojnami Ognia i Błyskawic, w czasach starego Imperium Accantii, jakieś dwa tysiące lat temu
- Rówieśnik twego Senusereta Lyronie – przypomniał Patrim o potężnej mumii prastarego króla, pozostającej pod władzą drugiego nekromanty – może on by nam coś o nim powiedział?
- Nie zapędzaj się tak daleko – roześmiał się Lyron – mój faraon jest co najmniej o jedno millenium starszy, tak więc nic nam ta rozmowa nie da, ale – tu zwrócił się do kapłana – jeśli chcecie uzupełnić swoje księgi, to chętnie wam go odstąpię na kilka dni. Jestem pewien, że władca jeszcze starszego Ankhum ma wiele ciekawych opowieści do sprzedania
Kolejny raz na twarzy nekromantów pojawiły się złośliwe uśmieszki, a Zagrath zaczął zielenieć niczym liście na wiosnę
- Lyronie! Dość! – napomniał go Amaron – Pohamuj swój żmijowy język, mamy zadanie do rozwiązania. Rada nie będzie zadowolona jeśli zrazisz do siebie miejscowych kapłanów
- Ehh… Rada, cóż – znów skrucha nekromanty nie była szczera, ale postanowił szybko zmienić temat. Naigrywanie się z ludowych przesądów dotyczących nekromantów było jedną z jego ulubionych rozrywek, a jeśli mógł wykorzystywać je przeciwko dającym im wiarę to ciężko mu było opuścić taką okazję. Tym razem jednak zauważył, że cierpliwość rozmówcy powoli się kończy więc z bólem serca zrezygnował z tej przyjemności – Wspomniałeś o jakichś prastarych księgach. Jeśli nie są ściśle tajne, to moglibyśmy je przejrzeć? – zapytał kapłana
- Skoro ma to pomóc w załatwieniu sprawy tych przeklętych heretyków to z przyjemnością wam je udostępnimy – ulga w głosie Zagratha uświadomiła Lyronowi, że podjął dobrą decyzję. Niech się starzec wykaże, to wszyscy na jakiś czas zapomną o nieumarłych kochankach i rozmowach z mumiami.
- To na co czekamy? – nekromanci zaczęli podnosić się z miejsc – Prowadź kapłanie do waszych świętych źródeł mądrości
Zagrathowi udało się puścić mimo uszu ten delikatny docinek i tylko Amaron wstając od stołu zmierzył Lyrona zrezygnowanym spojrzeniem

- Nekromanci – prychnął pod nosem, kiedy cała czwórka opuszczała gospodę i rozentuzjazmowany tłum słuchający z zapartym tchem nieumarłego kaznodziei.