- Nie damy rady zbyt długo! –
wysapał Patrim, sprowadzając swojego
starszego kolegę na ziemię
- Ile damy tyle damy, tanio skóry
nie sprzedam! – odkrzyknął Lyron. Wszyscy czuli potworne zmęczenie tą
bezsensowną batalią. Każdy z czarodziejów zmuszony został do wypicia fiolki
wzmacniającego eliksiru. Bez niego nie mieliby sił dalej walczyć
- A kapłan złapał doła – Patrim
był zarówno zmęczony jak i rozeźlony postawą Zagratha – Co on tam robi?!
- Nie wiem, modli się? – Lyrona
mało to obchodziło. Nagle znów poczuł lekkie zmniejszenie emanacji Issurela. Z
początku uznał, ze zmysły go okłamują. W takim stanie fizycznym nie można było
tego wykluczyć. Potem jednak zerknął w stronę szepczącego coś zawzięcie
kapłana. Skróciwszy antymaterią o głowę najbliższego umarlaka, nekromanta
przykucnął koło Zagratha
- To twoja sprawka? – szepnął – Że
licz traci siły?
Niespodziewanie towarzysz uniósł
głowę i spojrzał mu w oczy. Lyrona zatkało. Szare do tej pory tęczówki kapłana
zmatowiały, stwardniały a wzrok nabrał mocy. Wpatrując się w nie, nekromanta
miał wrażenie że to dwa okrągłe grafitowe kamyczki.
- Nie pozwolę! – głos jakim
kapłan przemówił, nie należał do niego – Nikt nie będzie zatruwał tej ziemi!
Nie zgadzam się!
Lyron nie dowierzał. Czyżby to
sam bóg ziemi, Vellar wstąpił w ciało Zagratha? A może sprawiła to żarliwa
modlitwa?
- Nie powinienem tak go
lekceważyć – zauważył poniewczasie. Wtem wpadła mu do głowy szaleńcza myśl. W
ich sytuacji czas na racjonalne myślenie skończył się już dawno.
- Osłaniaj mnie – polecił
Patrimowi i rozsiadł się wygodnie na ziemi. Młodszy czarodziej otworzył szeroko
oczy ze zdumienia
- Co robisz? – spytał
- Coś głupiego!
Więcej Lyron nie chciał zdradzić.
Wyciągnął zza pasa żółtą kredę i zaczął kreślić nią na podłodze różne dziwne
wzory. Otworzył także jeden z woreczków, zawierający sypką, błękitną
substancje. Posypał nią postawione uprzednio znaki, po czym znowu zaczął rysować. Czynności te powtarzał kilka razy.
Od razu spostrzegł to Issurel, rozpoznając wzór zaklęcia, jakie przygotowywał
nekromanta.
- Robaku! – krzyknął – Łudzisz
się, że dasz radę przejąć władzę nad moimi podopiecznymi?! Jesteś równie
arogancki co głupi!
Lyron zbył licza milczeniem. Miał
inne problemy. Pozbawiony pomocy Patrim coraz gorzej radził sobie z
przeciwnikami. Po dłuższym okresie ostrzeliwania ich z daleka udało im się
skrócić dystans i przejść do walki wręcz. Młody nekromanta smagał swoim
sztyletem na prawo i lewo, ale przewaga liczebna ożywieńców przytłaczała go.
Niespodziewanie dla wszystkich
podniósł się Zagrath. Od razu ruszył do walki. Jego sękaty kij ponownie zaczął
siać popłoch w szeregach nieprzyjaciół. Udało mu się rozbić grupkę otaczającą
Patrima, a nawet odrzucić ich kilka kroków do tyłu. W oczach kapłana widać było
wielką moc. Nagle uniósł obie ręce do góry. Ziemie zatrzęsła się a z kamiennego
stropu zaczęły spadać wielkie odłamki skalne, przygniatając stłoczonych nieumarłych.
Jeden, szczególnie duży głaz zablokował wejście do grobowca, odcinając dopływ
nowych podwładnych Issurela.
Odciął też drogę ucieczki
czarodziejom i kapłanowi. W ferworze walki nikt jednak na to uwagi nie zwrócił.
Lyron kończył już rysować wzór zaklęcia. Jeszcze tylko ostatnie kreski. Wbrew
jednak przypuszczeniom licza, nekromanta miał inny czar na myśli. Zdawałoby
się, że identyczny, jednak w swej pysze prorok nie dostrzegł subtelnej różnicy.
Ostatnią, zamykającą wzór kreskę Lyron nakreślił w odwrotnej formie niż
powinien. A raczej niż Issurel się spodziewał. Na koniec skropił wzór swoją
krwią z nacięcia na palcu wskazującym. O to samo poprosił Patrima
- Sam nie dam rady – wyjaśnił mu,
wystrzeliwszy przy okazji kilka kościanych włóczni w zamierzającego się na
młodego nekromantę ożywieńca. Gdy już krew obu nekromantów skropiła zaklęcie,
starszy z nich rozpoczął cichą recytację. I tu też zamienił dyskretnie kilka
słów. Nagle błękitno-żółty wzór roziskrzył się i uniósł w powietrze. Issurel
widząc to uśmiechnął się tylko ironicznie. Jakie było jego zdziwienie, gdy
zaklęcie nie rozszczepiło się na całą komnatę, tak jak powinno. Iskrząca
formuła zapadła się w sobie i z pomknęła z prędkością światła w licza. Lyron
wiedział co robi. Czar niósł w sobie wielką moc. Taką jak jego bardziej znany
odpowiednik, dający rzucającemu je magowi władzę nad wszystkimi nieumarłymi na
danym obszarze. To jednak zaklęcie skierowane zostało w Issurela
- Nekromanci mają władzę nad
umarłymi, prawda? – szepnął Lyron do Patrima, przygotowując go na to co zaraz
się wydarzy. Nie minęła chwila a nekromanci poczuli w umyśle obecność licza. Bardzo
silną obecność. Dopiero wtedy ujrzeli całą jego potęgę. Młodszy z nich aż się
zachwiał z wysiłku. Od razu ujrzał to Zagrath i z większym jeszcze zapałem
zaczął rozdawać ciosy przeciwnikom. Również Amaron i feniks skupili się na
osłanianiu nekromantów. Wielkim wysiłkiem postawili w jednym brzegu komnaty
ścianę z ognia. Powstrzymała ona kolejną grupkę ożywieńców. Nie na długo.
Issurel od razu zaczął ją niszczyć promieniami antymaterii. Licz jednak też
poczuł magię Lyrona i Patrima w swoich myślach
- Jak śmiesz?! – ryknął po raz
kolejny zirytowany śmiałością swoich przeciwników – Poznasz teraz pełną potęgę
Issurela!
Mówiąc to złapał oburącz swoją
długą różdżkę a nad jego głową zaczęła powoli formować się kula antymaterii.
Lyron i Patrim widząc to zdwoili wysiłki. Moc licza była olbrzymia, ale
zaczynała powoli słabnąć. Nekromanci wiedzieli, że dzięki Zagrathowi nie ma już
dostępu do ziemi i ich przeciwnik bierze na siebie koszty władania magią.
Ciśnienie rozsadzało czaszkę Lyronowi ale on dzielnie próbował odesłać Issurela
do grobu. Im więcej mocy wypływało do tworzącej się magicznej kuli tym łatwiej
było przejmować władzę nad liczem. Efekty były powoli widoczne. Przywołane
istoty traciły zwinność, stając się coraz bardziej ospałe. Kontrola Issurela
nad nimi wyraźnie słabła. Czas jednak uciekał. Prorok miał już gotowy swój
olbrzymi pocisk. Kula antymaterii wielkości stołu czekała na jeden znak
nieumarłego czarodzieja. Issurel zrobił ten znak. Amaron był szybszy. Gdy licz
zamachnął się różdżką by wysłać w nich swój śmiercionośny czar, niewielka kula
ognia trafiła go w rękę. Zaklęcie nie znikło, ale zaskoczony prorok stracił
kontrolę nad jego lotem. Miast uderzyć w zebranych na dole przeciwników, pocisk
roztrzaskał się na jednej ze ścian. Na ziemię runęła kamienna lawina, a
fragment stropu obsunął się w dół.
Rozwścieczony licz spróbował jeszcze raz. Jednak zabrakło mu sił. Nekromanci
poczuli, że nieprzyjaciel jest już u kresu. Zdwoili wysiłki. Patrim był tak
wyczerpany, że ledwo trzymał się na nogach ale wysłał liczowi jeszcze jeden,
ostatni rozkaz odesłania. To samo uczynił Lyron. Nagle Issurel padł na kolana.
Jego skóra zaczęła nabierać żywych kolorów. Od razu jednak wykwitły na niej
liczne sińce a z ran zaczęła płynąć gęsta krew.
- Niemożliwe! – próbował
krzyknąć, ale nie dobył z siebie nic prócz słabego szeptu
- Co się stało? – zdziwiony
Amaron przystanął. Otaczający go ożywieńcy jak jeden mąż padli na ziemię
- Odwróciliśmy przemianę –
wyszeptał Patrim i też padł na kamienną podłogę.
Nagle usłyszeli huk. Z
osłabionego stropu zaczęły na powrót spadać kamienie. Komnata groziła
zawaleniem. Ostatkiem sił Lyron wskoczył na schody i dobiegł do krańcowo
wyczerpanego przeciwnika. Złapał go za szyję, podniósł do góry i wymierzył w
niego swój kris
- Nie jesteś bogiem – wysapał –
uświadom to sobie!
I wepchnął mu nóż w pierś, tuż
pod mostkiem. Wyrostek mieczykowaty – centralny punkt ciała. Ostatni płomień
nekromanckiej magii opuścił ciało proroka. Issurel był martwy. Całkiem.
* * * * * * * * *
Z komnaty Issurela wyprowadził
ich Zagrath. Natchniony przez boga ziemi, Vellara znalazł właściwą drogę w
labiryncie skalnych jaskiń. Jak się okazało, wiodła ona do grobowca pokonanego
przez nich proroka a na jej końcu znajdowała się wnęka, w której wcześniej
ukryli się przed wyznawcą proroka. Batalia z Issurelem trwała prawie całą noc i
kiedy wyszli z grobowca przywitała ich poranna mgła. Wszyscy z radością
zaczerpnęli świeżego, chłodnego jak na tę okolicę powietrza. Wyczerpani ale
szczęśliwi podążyli w swoją ostatnią już drogę tej przygody. W Ursalisie
czarodzieje spędzili cały następny dzień, głównie w komnatach świątyni Vellara,
gdzie wdzięczni kapłani zaoferowali im gościnę
- Lepiej późno niż wcale –
marudził jak zawsze, choć już trochę mniej niż kiedyś, nieufny w stosunku do
kapłanów Lyron.
Wyznawcy Vellara, na czele z
Zagrathem chcieli obsypać nekromantów złotem i innymi podarunkami, ale ci nie
zgodzili się na nic więcej poza niewielką sakiewkę złota.
- Rekompensata za wykorzystane
rekwizyty – odpowiedzieli z uśmiechem.
Kiedy nadszedł dzień wyjazdu,
przed wejściem do przyświątynnej stajni odwiedził ich jeszcze Zagrath. Kolejny
raz przepraszał za jego niemiłe zachowanie i rzucane pod adresem ich szkoły
magii komentarze.
- Miałeś rację – zwrócił się do
Lyrona – mówiąc, że jeszcze ci będę dziekował.
- Tobie też należą się
podziękowania – skontrował nekromanta – to co zrobiłeś tam w komnacie Issurela
było niesamowite
- To nie ja – odparł skromnie
kapłan – Vellar mnie wtedy prowadził
- Może i masz rację – nekromanta
uścisnął rękę Zagratha, uśmiechnął się i w swoim stylu dodał – powinienem chyba
więcej się modlić
- Nie drwij, nekromanto – tymi
słowami kapłan zakończył rozmowę. Pozdrowił ich jeszcze jakimś kapłańskim
błogosławieństwem i wrócił do świątyni.
Nekromanci osiodłali konie i
ruszyli w stronę południowego wyjścia z miasta – Bramy Handlarzy. Wychodząca od
niej droga prowadziła do biegnącego u stóp miejskiego płaskowyżu szlaku
handlowego, po drodze mijając nędzne zabudowania Przedmurza. Zaraz za nią
czekał oparty o mur Amaron. Pozdrowił ich z uśmiechem na twarzy i podszedł do
karego rumaka Lyrona.
- Rada czuwa nad wszystkim –
nekromanta przypomniał sobie cierpko jedno z haseł przyświecających
działalności tej czarodziejskiej organizacji
- Uciekacie bez pożegnania? – w
głosie czarodzieja ognia czuć było jednak szczere rozbawienie – Bohaterowie
całej okolicy zasługują chyba na kilka słów podziękowania i należnego im
podziwu.
- Nie przesadzaj, każdy z nas
włożył w to wiele wysiłku. Ważne, że nasz boski kolega poszedł do piachu – Lyron
uśmiechnął się równie szeroko, po czym dodał, nie bez złośliwości – Możesz
przekazać Radzie, że naznaczoną pokutę odprawiłem.
Słysząc te słowa Amaron
nieznacznie tylko uniósł kąciki ust i spytał
- Dlaczego sam jej tego nie
powiesz?
- Kpisz sobie ze mnie? – Lyron
nie krył rozbawienia – Jeszcze się upomną o jakieś kolejne zadośćuczynienie
Teraz nawet starszy mag,
zazwyczaj powściągliwy, wyszczerzył zęby. Był ambasadorem Rady Czarodziejów i od
podszewki znał zasady jej działania, dlatego doskonale rozumiał nekromantę.
- Skoro nie wyruszacie na Wyspy
to dokąd? – chcąc, nie chcąc musiał zadać to pytanie. Prywatne zdanie to jedno
a obowiązki wobec Rady drugie. Nie liczył jednak na jakąś szczegółową odpowiedź
więc nie był zdziwiony gdy Lyron tylko wzruszył ramionami i odrzekł
- W świat szeroki przyjacielu,
tam gdzie nas jeszcze nie było – mówiąc to dotknął dłonią ramienia Amarona – Miło było Cię poznać. Trzymaj się!
Po czym razem z Patrimem zwrócili
konie w stronę traktu i ruszyli stępem, ostrożnie lawirując między gruzami
zaścielającymi przebiegający przez Przedmurze odcinek drogi.
- Obyście nigdy nie zwątpili w
Magię! – rzucił za nimi czarodziej. Z dwóch nekromantów te słowa usłyszał chyba
tylko Patrim, ponieważ odwrócił się w siodle i wykonał czarodziejski gest
pozdrowienia.
- Dobry chłopak z tego młodziaka,
szkoda tylko, że aż tak wpatrzony w Lyrona - westchnął Amaron odjeżdżając w stronę miasta. Zamierzał tam spędzić
jeszcze dzień czy dwa pisząc szczegółowy raport z wydarzeń ostatnich dni.
Trochę zazdrościł Lyronowi wolności i swobody, ale pocieszał się tym, że w
przeciwieństwie do nekromanty zrobił karierę w Radzie.
Słońce stało w zenicie, gdy Lyron
z Patrimem dotarli do szlaku, prowadzącego w stronę Urogu. Na równo ubitym
trakcie mogli w końcu wyprostować się w siodle, bez potrzeby ciągłego
wyszukiwania przeszkód, na których ich wierzchowce mogłyby sobie zrobić
krzywdę. Nagle, zamyślony do tej pory Patrim odezwał się nieśmiało
- Nie myślałeś czasem nad tym, że
w zasadzie Issurel działał w słusznej sprawie? Pobudki jakie nim kierowały nie były
może szlachetne, ale poznawszy bliżej jego historię nie osądzałbym go tak
pochopnie
Słysząc te słowa Lyron zmierzył
towarzysza groźnym wzrokiem. Patrim od razu skarcił się w duchu za głupie
pytanie, oczekując na porządną reprymendę. Czarnowłosy nekromanta jednak tylko
uśmiechnął się, widząc podenerwowanie towarzysza.
- Czytałeś Żywoty przeklętych Virgenusa? Każdy z nich, na swój sposób miał
dobre intencje.
- A nieśmiertelność? – młody
nekromanta nie ustępował – Może rzeczywiście był blisko jej odkrycia. Przecież
to piękna idea?
Lyron zamyślił się. Patrim, tak
jak wielu w jego wieku, był jeszcze idealistą. Większość nekromantów na
początku swej magicznej drogi jest zafascynowana tematem nieśmiertelności.
Potem jednak życie dość boleśnie daje im do zrozumienia, że kwestia ta nigdy
nie wyjdzie poza sferę snów i marzeń. Lyron sam przechodził ten okres więc
rozumiał młodszego kolegę. Jednak kiedy się w końcu odezwał, w jego głosie czuć
było delikatną nutkę ironii
- Wiesz, spotkałem już kilku
nieśmiertelnych. Za takich się przynajmniej uważali. I wiesz jak się te
spotkania kończyły?
- Tak jak z Issurelem? –
nieśmiało zasugerował Patrim.
Lyron nic nie odpowiedział. Ze
śmiechem, który zabrzmiał naprawdę złowrogo, poklepał towarzysza po plecach,
spiął konia ostrogami i ruszył galopem, zostawiając za plecami tonący w słońcu
Ursalis, uwolniony szczęśliwie od plagi wyznawców człowieka, który chciał zostać
bogiem.