niedziela, 22 marca 2015

Powtórne Przyjście - part V

- Nie damy rady zbyt długo! – wysapał Patrim, sprowadzając  swojego starszego kolegę na ziemię
- Ile damy tyle damy, tanio skóry nie sprzedam! – odkrzyknął Lyron. Wszyscy czuli potworne zmęczenie tą bezsensowną batalią. Każdy z czarodziejów zmuszony został do wypicia fiolki wzmacniającego eliksiru. Bez niego nie mieliby sił dalej walczyć
- A kapłan złapał doła – Patrim był zarówno zmęczony jak i rozeźlony postawą Zagratha – Co on tam robi?!
- Nie wiem, modli się? – Lyrona mało to obchodziło. Nagle znów poczuł lekkie zmniejszenie emanacji Issurela. Z początku uznał, ze zmysły go okłamują. W takim stanie fizycznym nie można było tego wykluczyć. Potem jednak zerknął w stronę szepczącego coś zawzięcie kapłana. Skróciwszy antymaterią o głowę najbliższego umarlaka, nekromanta przykucnął koło Zagratha
- To twoja sprawka? – szepnął – Że licz traci siły?
Niespodziewanie towarzysz uniósł głowę i spojrzał mu w oczy. Lyrona zatkało. Szare do tej pory tęczówki kapłana zmatowiały, stwardniały a wzrok nabrał mocy. Wpatrując się w nie, nekromanta miał wrażenie że to dwa okrągłe grafitowe kamyczki.
- Nie pozwolę! – głos jakim kapłan przemówił, nie należał do niego – Nikt nie będzie zatruwał tej ziemi! Nie zgadzam się!
Lyron nie dowierzał. Czyżby to sam bóg ziemi, Vellar wstąpił w ciało Zagratha? A może sprawiła to żarliwa modlitwa?
- Nie powinienem tak go lekceważyć – zauważył poniewczasie. Wtem wpadła mu do głowy szaleńcza myśl. W ich sytuacji czas na racjonalne myślenie skończył się już dawno.
- Osłaniaj mnie – polecił Patrimowi i rozsiadł się wygodnie na ziemi. Młodszy czarodziej otworzył szeroko oczy ze zdumienia
- Co robisz? – spytał
- Coś głupiego!
Więcej Lyron nie chciał zdradzić. Wyciągnął zza pasa żółtą kredę i zaczął kreślić nią na podłodze różne dziwne wzory. Otworzył także jeden z woreczków, zawierający sypką, błękitną substancje. Posypał nią postawione uprzednio znaki, po czym znowu zaczął  rysować. Czynności te powtarzał kilka razy. Od razu spostrzegł to Issurel, rozpoznając wzór zaklęcia, jakie przygotowywał nekromanta.
- Robaku! – krzyknął – Łudzisz się, że dasz radę przejąć władzę nad moimi podopiecznymi?! Jesteś równie arogancki co głupi!
Lyron zbył licza milczeniem. Miał inne problemy. Pozbawiony pomocy Patrim coraz gorzej radził sobie z przeciwnikami. Po dłuższym okresie ostrzeliwania ich z daleka udało im się skrócić dystans i przejść do walki wręcz. Młody nekromanta smagał swoim sztyletem na prawo i lewo, ale przewaga liczebna ożywieńców przytłaczała go.
Niespodziewanie dla wszystkich podniósł się Zagrath. Od razu ruszył do walki. Jego sękaty kij ponownie zaczął siać popłoch w szeregach nieprzyjaciół. Udało mu się rozbić grupkę otaczającą Patrima, a nawet odrzucić ich kilka kroków do tyłu. W oczach kapłana widać było wielką moc. Nagle uniósł obie ręce do góry. Ziemie zatrzęsła się a z kamiennego stropu zaczęły spadać wielkie odłamki skalne, przygniatając stłoczonych nieumarłych. Jeden, szczególnie duży głaz zablokował wejście do grobowca, odcinając dopływ nowych podwładnych Issurela.
Odciął też drogę ucieczki czarodziejom i kapłanowi. W ferworze walki nikt jednak na to uwagi nie zwrócił. Lyron kończył już rysować wzór zaklęcia. Jeszcze tylko ostatnie kreski. Wbrew jednak przypuszczeniom licza, nekromanta miał inny czar na myśli. Zdawałoby się, że identyczny, jednak w swej pysze prorok nie dostrzegł subtelnej różnicy. Ostatnią, zamykającą wzór kreskę Lyron nakreślił w odwrotnej formie niż powinien. A raczej niż Issurel się spodziewał. Na koniec skropił wzór swoją krwią z nacięcia na palcu wskazującym. O to samo poprosił Patrima
- Sam nie dam rady – wyjaśnił mu, wystrzeliwszy przy okazji kilka kościanych włóczni w zamierzającego się na młodego nekromantę ożywieńca. Gdy już krew obu nekromantów skropiła zaklęcie, starszy z nich rozpoczął cichą recytację. I tu też zamienił dyskretnie kilka słów. Nagle błękitno-żółty wzór roziskrzył się i uniósł w powietrze. Issurel widząc to uśmiechnął się tylko ironicznie. Jakie było jego zdziwienie, gdy zaklęcie nie rozszczepiło się na całą komnatę, tak jak powinno. Iskrząca formuła zapadła się w sobie i z pomknęła z prędkością światła w licza. Lyron wiedział co robi. Czar niósł w sobie wielką moc. Taką jak jego bardziej znany odpowiednik, dający rzucającemu je magowi władzę nad wszystkimi nieumarłymi na danym obszarze. To jednak zaklęcie skierowane zostało w Issurela
- Nekromanci mają władzę nad umarłymi, prawda? – szepnął Lyron do Patrima, przygotowując go na to co zaraz się wydarzy. Nie minęła chwila a nekromanci poczuli w umyśle obecność licza. Bardzo silną obecność. Dopiero wtedy ujrzeli całą jego potęgę. Młodszy z nich aż się zachwiał z wysiłku. Od razu ujrzał to Zagrath i z większym jeszcze zapałem zaczął rozdawać ciosy przeciwnikom. Również Amaron i feniks skupili się na osłanianiu nekromantów. Wielkim wysiłkiem postawili w jednym brzegu komnaty ścianę z ognia. Powstrzymała ona kolejną grupkę ożywieńców. Nie na długo. Issurel od razu zaczął ją niszczyć promieniami antymaterii. Licz jednak też poczuł magię Lyrona i Patrima w swoich myślach
- Jak śmiesz?! – ryknął po raz kolejny zirytowany śmiałością swoich przeciwników – Poznasz teraz pełną potęgę Issurela!
Mówiąc to złapał oburącz swoją długą różdżkę a nad jego głową zaczęła powoli formować się kula antymaterii. Lyron i Patrim widząc to zdwoili wysiłki. Moc licza była olbrzymia, ale zaczynała powoli słabnąć. Nekromanci wiedzieli, że dzięki Zagrathowi nie ma już dostępu do ziemi i ich przeciwnik bierze na siebie koszty władania magią. Ciśnienie rozsadzało czaszkę Lyronowi ale on dzielnie próbował odesłać Issurela do grobu. Im więcej mocy wypływało do tworzącej się magicznej kuli tym łatwiej było przejmować władzę nad liczem. Efekty były powoli widoczne. Przywołane istoty traciły zwinność, stając się coraz bardziej ospałe. Kontrola Issurela nad nimi wyraźnie słabła. Czas jednak uciekał. Prorok miał już gotowy swój olbrzymi pocisk. Kula antymaterii wielkości stołu czekała na jeden znak nieumarłego czarodzieja. Issurel zrobił ten znak. Amaron był szybszy. Gdy licz zamachnął się różdżką by wysłać w nich swój śmiercionośny czar, niewielka kula ognia trafiła go w rękę. Zaklęcie nie znikło, ale zaskoczony prorok stracił kontrolę nad jego lotem. Miast uderzyć w zebranych na dole przeciwników, pocisk roztrzaskał się na jednej ze ścian. Na ziemię runęła kamienna lawina, a fragment stropu  obsunął się w dół. Rozwścieczony licz spróbował jeszcze raz. Jednak zabrakło mu sił. Nekromanci poczuli, że nieprzyjaciel jest już u kresu. Zdwoili wysiłki. Patrim był tak wyczerpany, że ledwo trzymał się na nogach ale wysłał liczowi jeszcze jeden, ostatni rozkaz odesłania. To samo uczynił Lyron. Nagle Issurel padł na kolana. Jego skóra zaczęła nabierać żywych kolorów. Od razu jednak wykwitły na niej liczne sińce a z ran zaczęła płynąć gęsta krew.
- Niemożliwe! – próbował krzyknąć, ale nie dobył z siebie nic prócz słabego szeptu
- Co się stało? – zdziwiony Amaron przystanął. Otaczający go ożywieńcy jak jeden mąż padli na ziemię
- Odwróciliśmy przemianę – wyszeptał Patrim i też padł na kamienną podłogę.
Nagle usłyszeli huk. Z osłabionego stropu zaczęły na powrót spadać kamienie. Komnata groziła zawaleniem. Ostatkiem sił Lyron wskoczył na schody i dobiegł do krańcowo wyczerpanego przeciwnika. Złapał go za szyję, podniósł do góry i wymierzył w niego swój kris
- Nie jesteś bogiem – wysapał – uświadom to sobie!
I wepchnął mu nóż w pierś, tuż pod mostkiem. Wyrostek mieczykowaty – centralny punkt ciała. Ostatni płomień nekromanckiej magii opuścił ciało proroka. Issurel był martwy. Całkiem.

              *             *             *             *             *             *             *             *             *  
Z komnaty Issurela wyprowadził ich Zagrath. Natchniony przez boga ziemi, Vellara znalazł właściwą drogę w labiryncie skalnych jaskiń. Jak się okazało, wiodła ona do grobowca pokonanego przez nich proroka a na jej końcu znajdowała się wnęka, w której wcześniej ukryli się przed wyznawcą proroka. Batalia z Issurelem trwała prawie całą noc i kiedy wyszli z grobowca przywitała ich poranna mgła. Wszyscy z radością zaczerpnęli świeżego, chłodnego jak na tę okolicę powietrza. Wyczerpani ale szczęśliwi podążyli w swoją ostatnią już drogę tej przygody. W Ursalisie czarodzieje spędzili cały następny dzień, głównie w komnatach świątyni Vellara, gdzie wdzięczni kapłani zaoferowali im gościnę
- Lepiej późno niż wcale – marudził jak zawsze, choć już trochę mniej niż kiedyś, nieufny w stosunku do kapłanów Lyron.
Wyznawcy Vellara, na czele z Zagrathem chcieli obsypać nekromantów złotem i innymi podarunkami, ale ci nie zgodzili się na nic więcej poza niewielką sakiewkę złota.
- Rekompensata za wykorzystane rekwizyty – odpowiedzieli z uśmiechem.
Kiedy nadszedł dzień wyjazdu, przed wejściem do przyświątynnej stajni odwiedził ich jeszcze Zagrath. Kolejny raz przepraszał za jego niemiłe zachowanie i rzucane pod adresem ich szkoły magii komentarze.
- Miałeś rację – zwrócił się do Lyrona – mówiąc, że jeszcze ci będę dziekował.
- Tobie też należą się podziękowania – skontrował nekromanta – to co zrobiłeś tam w komnacie Issurela było niesamowite
- To nie ja – odparł skromnie kapłan – Vellar mnie wtedy prowadził
- Może i masz rację – nekromanta uścisnął rękę Zagratha, uśmiechnął się i w swoim stylu dodał – powinienem chyba więcej się modlić
- Nie drwij, nekromanto – tymi słowami kapłan zakończył rozmowę. Pozdrowił ich jeszcze jakimś kapłańskim błogosławieństwem i wrócił do świątyni.
Nekromanci osiodłali konie i ruszyli w stronę południowego wyjścia z miasta – Bramy Handlarzy. Wychodząca od niej droga prowadziła do biegnącego u stóp miejskiego płaskowyżu szlaku handlowego, po drodze mijając nędzne zabudowania Przedmurza. Zaraz za nią czekał oparty o mur Amaron. Pozdrowił ich z uśmiechem na twarzy i podszedł do karego rumaka Lyrona.
- Rada czuwa nad wszystkim – nekromanta przypomniał sobie cierpko jedno z haseł przyświecających działalności tej czarodziejskiej organizacji
- Uciekacie bez pożegnania? – w głosie czarodzieja ognia czuć było jednak szczere rozbawienie – Bohaterowie całej okolicy zasługują chyba na kilka słów podziękowania i należnego im podziwu.
- Nie przesadzaj, każdy z nas włożył w to wiele wysiłku. Ważne, że nasz boski kolega poszedł do piachu – Lyron uśmiechnął się równie szeroko, po czym dodał, nie bez złośliwości – Możesz przekazać Radzie, że naznaczoną pokutę odprawiłem.
Słysząc te słowa Amaron nieznacznie tylko uniósł kąciki ust i spytał
- Dlaczego sam jej tego nie powiesz?
- Kpisz sobie ze mnie? – Lyron nie krył rozbawienia – Jeszcze się upomną o jakieś kolejne zadośćuczynienie
Teraz nawet starszy mag, zazwyczaj powściągliwy, wyszczerzył zęby. Był ambasadorem Rady Czarodziejów i od podszewki znał zasady jej działania, dlatego doskonale rozumiał nekromantę.
- Skoro nie wyruszacie na Wyspy to dokąd? – chcąc, nie chcąc musiał zadać to pytanie. Prywatne zdanie to jedno a obowiązki wobec Rady drugie. Nie liczył jednak na jakąś szczegółową odpowiedź więc nie był zdziwiony gdy Lyron tylko wzruszył ramionami i odrzekł
- W świat szeroki przyjacielu, tam gdzie nas jeszcze nie było – mówiąc to dotknął dłonią ramienia Amarona  – Miło było Cię poznać. Trzymaj się!
Po czym razem z Patrimem zwrócili konie w stronę traktu i ruszyli stępem, ostrożnie lawirując między gruzami zaścielającymi przebiegający przez Przedmurze odcinek drogi.
- Obyście nigdy nie zwątpili w Magię! – rzucił za nimi czarodziej. Z dwóch nekromantów te słowa usłyszał chyba tylko Patrim, ponieważ odwrócił się w siodle i wykonał czarodziejski gest pozdrowienia.
- Dobry chłopak z tego młodziaka, szkoda tylko, że aż tak wpatrzony w Lyrona - westchnął Amaron odjeżdżając  w stronę miasta. Zamierzał tam spędzić jeszcze dzień czy dwa pisząc szczegółowy raport z wydarzeń ostatnich dni. Trochę zazdrościł Lyronowi wolności i swobody, ale pocieszał się tym, że w przeciwieństwie do nekromanty zrobił karierę w Radzie.
Słońce stało w zenicie, gdy Lyron z Patrimem dotarli do szlaku, prowadzącego w stronę Urogu. Na równo ubitym trakcie mogli w końcu wyprostować się w siodle, bez potrzeby ciągłego wyszukiwania przeszkód, na których ich wierzchowce mogłyby sobie zrobić krzywdę. Nagle, zamyślony do tej pory Patrim odezwał się nieśmiało 
- Nie myślałeś czasem nad tym, że w zasadzie Issurel działał w słusznej sprawie? Pobudki jakie nim kierowały nie były może szlachetne, ale poznawszy bliżej jego historię nie osądzałbym go tak pochopnie
Słysząc te słowa Lyron zmierzył towarzysza groźnym wzrokiem. Patrim od razu skarcił się w duchu za głupie pytanie, oczekując na porządną reprymendę. Czarnowłosy nekromanta jednak tylko uśmiechnął się, widząc podenerwowanie towarzysza.
- Czytałeś Żywoty przeklętych Virgenusa? Każdy z nich, na swój sposób miał dobre intencje.
- A nieśmiertelność? – młody nekromanta nie ustępował – Może rzeczywiście był blisko jej odkrycia. Przecież to piękna idea?
Lyron zamyślił się. Patrim, tak jak wielu w jego wieku, był jeszcze idealistą. Większość nekromantów na początku swej magicznej drogi jest zafascynowana tematem nieśmiertelności. Potem jednak życie dość boleśnie daje im do zrozumienia, że kwestia ta nigdy nie wyjdzie poza sferę snów i marzeń. Lyron sam przechodził ten okres więc rozumiał młodszego kolegę. Jednak kiedy się w końcu odezwał, w jego głosie czuć było delikatną nutkę ironii
- Wiesz, spotkałem już kilku nieśmiertelnych. Za takich się przynajmniej uważali. I wiesz jak się te spotkania kończyły?
- Tak jak z Issurelem? – nieśmiało zasugerował Patrim.

Lyron nic nie odpowiedział. Ze śmiechem, który zabrzmiał naprawdę złowrogo, poklepał towarzysza po plecach, spiął konia ostrogami i ruszył galopem, zostawiając za plecami tonący w słońcu Ursalis, uwolniony szczęśliwie od plagi wyznawców człowieka, który chciał zostać bogiem.

niedziela, 15 marca 2015

Powtórne Przyjście - part IV

Słowa te wstrząsnęły czarodziejami i kapłanem. Zagrathowi ta propozycja niezbyt się spodobała, spurpurowiał na twarzy i miał już odpowiedzieć prorokowi, niezbyt przystającymi do godności kapłana słowami, gdzie ma tę propozycję, jednak Lyron był szybszy
- Uczciwa umowa – rzekł, ignorując wystraszone spojrzenia towarzyszy. Jak już umierać to z klasą do końca.
- A więc – zaczął Issurel, a z jego różdżki wystrzelił w ich stronę strumień białej poświaty, która zatańczyła wokół nich, zmieniając się po chwili w kościane krzesła. Czwórka wędrowców nieufnie dotknęła wytworu magii proroka, a kiedy nic się nie stało, z ulgą zajęła na nich miejsce – byłem kiedyś nekromantą. Mądrym i silnym. Członkowie Rady mówili, że dawno nie zetknęli się z kimś tak zdolnym w naszej magii. Dość szybko ukończyłem szkolenie, z banalnego powodu. Nikt z obecnych na wyspach nie mógł mnie już niczego więcej nauczyć. Ruszyłem więc w świat, ucząc się u samotników. Zwiedziłem wiele krajów, zewsząd zbierając wiedzę na temat nekromancji. Zresztą nie tylko wiedzę. Stykałem się z filozofami, którzy w tamtych czasach stanowili elitę społeczeństw. Wszystko to złożyło się na mój rozwój. Zapragnąłem też stać się elitą, ale nie za darmo. Nie za mądre słowa, ale za czyny. Osiadłem na dworze jednego króla na wschodzie, nie pamiętam już ani jego imienia ani kraju, którym rządził. Przez dwa tysiące lat to wszystko zatarł czas, a moja pamięć wbrew pozorom nie jest nieskończona. Król ten strasznie bał się śmierci, ja byłem nekromantą, nawiązaliśmy współpracę. W krótkim czasie stałem się drugą osobą w państwie. Kiedy król umierał obiecałem mu, że wskrzeszę go swą magią a duszę sprowadzę z zaświatów z powrotem do ciała
- Przecież to niemożliwe! – przerwał opowieść Lyron – Co innego sprowadzić zza zasłony ducha, a co innego scalić go w jedno z ciałem. Nie przywrócisz nikomu życia w pełnym tego słowa znaczeniu!
- Byłem wtedy pewien swojej wielkiej potęgi i tak uczyniłem. Ciało ożywiłem, ale dusza nijak do niego wrócić nie chciała. Niemniej jednak król, a raczej jego ożywione truchło dalej siedziało na tronie, a ja sterowałem jego krajem jak się dało najlepiej. Czas jaki spędziłem na dworze sprawił, że nauczyłem się wszystkiego o władcy, wiedziałem jak odpowie na każde pytanie, jakie decyzje podejmie. Kraj rozkwitał, ale w końcu możnym przestało się to podobać. Zaczęli knuć przeciwko mnie. Spisek się udał, obalono króla-zombie a na mnie nasłano Radę Czarodziejów. I pokonali mnie! Jak pies musiałem uciekać z pałacu, ścigali mnie po całym świecie. W końcu trafiłem tu, do Cesarstwa Accantii, w moje rodzinne strony. Zaszyłem się w górach i dalej studiowałem sztuki magiczne. Wszystko żeby zemścić się na świecie, który mnie odrzucił i na Radzie, która wzgardziła najpotężniejszym z nich!
- A jak stałeś się prorokiem? Spokorniałeś i przyoblekłeś w pokutne szaty? – zadrwił Lyron. Spojrzenie jakim obrzucił go Issurel dobitnie uświadomiło go, że dotarł do granicy złośliwości.
- Zamilcz robaku! – warknął prorok, po czym kontynuował podniesionym głosem – Żywi mnie odrzucili, ale umarli dalej słuchali. Zacząłem nauczać jako prorok. Mówiłem ludziom o zmartwychwstaniu,  jakie ich czeka jeśli pójdą za mną. Cóż, że nie potrafiłem ich przywrócić w pełni do życia, na ich oczach ożywiłem jednego wiernego i stałem się dla nich kimś wielkim. Rada zarzuciła mi pociąg do władzy? Więc dobrze, zacząłem zbierać tłumy żeby zdobyć władzę w Accantii. A potem podbić świat, a przede wszystkim kraj, który tak odpłacił mi za moje światłe rządy!
- Ale Accantyjczykom udało się Cię zabić – Zagrath niedowierzał historii Issurela
- Bo im na to pozwoliłem – śmiech proroka, pełen pychy i nienawiści zatrząsł całą komnatą – Wiedziałem, że tylko przemiana w licza i powolne zbieranie wyznawców pozwoli mi osiągnąć cel. Kiedy dałem się pojmać żołnierzom miałem już wszystko przygotowane, cały wzór zaklęcia, feniksa, brakowało tylko mnie i mojej krwi. Ukamieniowano mnie, lecz ja nie umarłem. Jeszcze nie. Wierni złożyli moje ciało do grobu, lecz nie tam dokonałem przemiany. W grobie czekali moi nieumarli. Zanieśli mnie tu, gdzie od dawna miałem siedzibę. W miejscu, w którym stoisz kapłanie, rzuciłem się w ramiona śmierci ale zaklęcie mnie z nich wyrwało. Kiedy się ocknąłem, okazało się że na świecie minęło już kilka dni. Ujawniłem się najwierniejszym, przekazałem im moje nauki i nauczyłem obrzędów, dzięki którym ciało każdego, kto umrze wierząc we mnie, będzie po śmierci do mojej dyspozycji
- A więc to o to chodzi – zrozumiał wszystko Lyron – stosujesz zaklęcia przywołania na żywych, żeby wskrzeszać ich po śmierci. Wiesz, że to zakazane?
- Już ci mówiłem, czasy kiedy byłem posłuszny Radzie dawno minęły. Zdradziła mnie więc ze wszelkich obowiązków wobec niej jestem zwolniony.
- A obowiązki wobec siebie? A równowaga, której jako nekromanta musisz przestrzegać? Odebrałeś Pani Śmierci tyle ciał, nie sądzisz, że kiedyś się o to upomni?
Komnatą po raz kolejny wstrząsnęła salwa makabrycznego śmiechu Issurela
- Kto ma się bać Pani Śmierci? Ktoś nad kim ona nie ma już władzy? A równowaga? To bujda. Rada ją wymyśliła, żebyśmy nie byli zbyt potężni. Nie budzi twojego gniewu to wieczne lekceważenie przez nich nekromancji? Rusz głową …bracie
Ostatnie słowo Issurel wypowiedział z taką ironią, że Lyron myślał, że eksploduje. Powstrzymał jednak gniew. Wiedział, że w tej sytuacji tylko spokój go ratuje. Jeśli sprowokuje proroka do nierozważnego kroku będzie miał szansę, jeśli nie pokonać, to przynajmniej obezwładnić przeciwnika
- Równowaga to dużo szersze pojęcie niż myślisz – zaczął ostrożnie – równowaga rządzi nie tylko magią, ale i całym światem. Każdy podlega zasadom równowagi, także ty. Ale ty, przez tysiące lat ożywiania swoich popleczników naruszyłeś ją wystarczająco. Nie ma już dla ciebie ratunku. Tylko to, że jesteś już martwy trzyma cię przy życiu, jakkolwiek to brzmi
- Poeta – parsknął Issurel – jak bogów kocham, poeta. Jestem martwy ale nie umarły. Ożywiony moją własną magią, tu na tej ziemi. I to ta ziemia bierze na siebie cały gniew Pani Śmierci. Przemiana, mój młody nekromanto to nie zwykłe wskrzeszenie trupa – to skomplikowany proces, którego autorzy o wszystko zadbali. Nie strasz więc mnie ani Panią Śmierci, ani Panem Życia ani pustym hasłem równowagi. Ja jestem Panem Życia i Śmierci i ja ustalam granice równowagi!
Słysząc te słowa, Zagrath nie mógł dłużej powstrzymać gniewu. Uniósł w górę swój sękaty kij i wskoczył na schody wiodące do Issurela
- Ty ohydny, bezlitosny, plugawy potworze – krzyczał – w imieniu Ziemi, nie wybaczę!
Na liczu krzyki te nie zrobiły wrażenia. Kiedy kapłan znalazł się już w odpowiedniej odległości, nieumarły machnął, jakby od niechcenia swoją różdżką. Kościana pięść pojawiła się w powietrzu. Przez chwilę wisiała przed liczem a potem pomknęła w stronę atakującego. Trafiła w brzuch. Zagratha odrzuciło do tyłu. Z hukiem stoczył się po schodach na sam dół komnaty. Od razu jednak podniósł się i towarzysze mogli zobaczyć strugę krwi spływającą powoli z łuku brwiowego na żółtą od pyłu twarz.
- Jak śmiesz podnosić na mnie rękę! Następnym razem nie będę taki łaskawy – rzucił w stronę poobijanego kapłana Issurel – Jeszcze nie skończyłem mojej opowieści. Jeszcze macie szansę wybrać lepszy los.
Tym razem Zagrath nawet nie próbował odważnych odzywek. Lyron skinął ręką liczowi, żeby kontynuował
- Spędziłem tu prawie dwa tysiące lat – prorok podjął opowieść, zmieniając ton na zdawałoby się przyjacielski – czuję, że jestem o krok od odkrycia sekretu prawdziwej nieśmiertelności, ciała i ducha. Dostępnej każdemu, nie tylko tym poddającym się przemianie. Bracia nekromanci, dokonajcie teraz wyboru. Możecie pomóc mi w moich badaniach i uwolnić świat od dotyku Pani Śmierci, której tak się lękacie. Podejmując dobrą decyzję ocalicie też przyjaciół, których nie potrzebuję, ale poznajcie łaskę najpotężniejszego na ziemi. Łaskę jedynego boga chodzącego po ziemi!
Nim nekromanci odpowiedzieli na postawioną im propozycję, wymienili spojrzenia. Lyron ze smutkiem pokiwał głową, westchnął głośno ale kiedy spojrzał Issurelowi w oczy, nie było w nich rozpaczy ni strachu. Była duma
- Chyba kpisz! – rzekł i splunął w stronę  licza – Brzydzę się ciebie! Nie oparłeś się Skażeniu, z którym mieliśmy przecież walczyć! Bądź pewien, że ja mu nie ulegnę! Jestem nekromantą, wiernym równowadze i Radzie. A Rada wydała na ciebie wyrok.
Odpowiedź ta, nie była tą, której Issurel się spodziewał. Zaskoczony nie wiedział co powiedzieć. Po chwili jednak zapłonął gniewem
- A więc wybrałeś. Za siebie i za innych – wysapał i uniósł swą różdżkę – Gotujcie się na śmierć!
Jak na zawołanie, w stronę Lyrona i towarzyszy wystrzelił deszcz kościanych włóczni. Oni jednak byli na to przygotowani. Uskoczyli w bok i odpowiedzieli tym samym. Włócznie nekromantów i ogniste kule Amarona przeszyły powietrze. Issurel uchylił się, cudem unikając zranienia. Przez dłuższy czas czarodzieje przerzucali się nawzajem magicznymi pociskami. Niejeden z nich osiągnął cel rozrywając lub osmalając szaty przeciwnika. Większych szkód ponad lekkie zadrapania jednak nie robiły. Wiele kościanych pocisków licza odbijał swoim kijem Zagrath. Kapłan nie potrafił miotać takich zaklęć ofensywnych, więc skupił się na osłanianiu kompanów.
Furia Issurela nie malała. Widząc, że magia kości nie radzi sobie z aroganckimi przeciwnikami postanowił zaatakować w inny sposób. Nagle, miejsce białej poświaty na końcu różdżki zastąpiła zielonoczarna mgiełka.
- Antymateria – ostrzegł towarzyszy Lyron – magia zaświatów. Tego nie odbijesz. Co dotknie porywa ze sobą!
I rzucił się na ziemię. Zgniłozielona kula pomknęła w jego stronę. Gdyby nie unik najpewniej nie miałby już prawego barku. Nie zdążył się podnieść a znów musiał przykucnąć. Promienie antymaterii panowały teraz w powietrzu. Towarzysze co chwila usuwali się z drogi śmiercionośnych pocisków. Jedynym pocieszeniem było to, że wytworzenie odpowiedniej kuli zajmowało Issurelowi trochę czasu. Można było kontrować. Tak też robili. Amaronowi udało się trafić licza w prawe kolano, ale ogień nie narobił większych szkód. Ich przeciwnik lekko się zachwiał ale od razu uderzył antymaterią. Najgorsze było to, że wcale nie słabł. Każdy rzucony czar odbierał powoli siły czarodziejom, na czoło wystąpiły krople potu, coraz ciężej było nabrać powietrza a licz stał dumnie na skalnej półce niczym niewzruszony. W końcu wstrzymał ogień.
- Wystrzelać was jak kaczki? – odezwał się pewnym siebie głosem – Nie, nie zasługujecie na śmierć z mojej ręki. Ale moi wyznawcy z chęcią uczynią to za mnie.
Uniósł w górę drugą rękę a zdobiące ją pierścienie zalśniły szmaragdowym blaskiem. Przez wrota ukryte w ścianie naprzeciw wejścia do komnaty wymaszerowała horda uzbrojonych w miecze i tarcze szkieletów
- Jak wam się podoba moja przyboczna straż?
Jedyną odpowiedzią na zadane przez licza pytanie była rzucona przez Amarona kula ognia. W powietrzu zetknęła się z promieniem antymaterii Issurela i oba pociski zniknęły w zaświatach.
- Przywołujemy swoich? – spytał Patrim odsłaniając poły płaszcza i sięgając po jeden z wiszących przy pasie woreczków.
- To na nic – pokręcił głową Lyron – jeszcze ich przejmie pod swoją komendę i co wtedy?
- Gorzej i tak być nie może!
Starszy z nekromantów musiał przyznać rację młodszemu koledze. Stwierdzili jednak, że ryzyko jest za duże. Poza tym nie mieli czasu na przyzwanie potężniejszych istot. Szkieletowi wojownicy ruszyli ku nim zwartym szykiem. Od razu powitała ich salwa ognistych kul i kościanych pięści. Pierwszy szereg padł od razu. Drugiemu też nie udało się doprowadzić do zwarcia, ale z następnymi trzeba było już skrzyżować miecze. A w zasadzie miecz, dwa sztylety i drewniany kij. Kij, który nie był zwykłym kijem. Nekromanci wreszcie mogli się przekonać co ta broń potrafi. Jeden koniec kija zmieniał wszystko czego się dotknął w kamień a drugi był taki twardy, że ten kamień w drobny mak rozbijał. Zręcznie posługujący się nim Zagrath siał zniszczenie w szeregach przeciwników. Miecz Amarona także śmigał między ciałami szkieletów, zostawiając za sobą ogniste smugi. Lyron, ramię w ramię z Patrimem również dzielnie się spisywał. Nekromanci przyjmowali ciosy wrogów na różdżki i kontrowali swymi zakrzywionymi sztyletami. Blokada, cios, blokada, cios. I tak bez końca a sił ubywało. Cała podłoga zaścielona była kośćmi przeciwników, których szeregi przerzedzały się w szybkim tempie. W końcu, po kilkunastu minutach morderczego boju oddział szkieletów został wytrzebiony.
- Jakaś marna ta twoja gwardia – ośmielił się rzucić w stronę licza Lyron. Mimo, że ciężko mu się oddychało a z lekkich rozcięć na ramionach płynęła krew, dodał – nawet się nie zmęczyłem.
Słowa nekromanty rozsierdziły Issurela. Widoczne spod cienkiej warstwy skóry ścięgna wokół ust napięły się a zmarszczki na czole pogłębiły, gdy wysyczał przez zęby
- To była tylko mała próbka moich możliwości. Robaku, zobaczysz teraz pełną potęgę Issurela Zmartwychwstałego! Jaskinia ta ma połączenie z mogiłami wszystkich moich wyznawców. Od dwóch tysięcy lat czekają na jedno moje słowo. Żądni zemsty na tych, którzy skazali na śmierć proroka. Ten dzień dziś nastał. A słowo się rzekło!
Issurel wyciągnął zza pasa flakonik z krwią i polał nią szmaragdy swoich pierścieni. Dał się słyszeć przeciągły syk a z kryształów uniosły się obłoki czerwonej pary. Obleczony nią licz zaczął głośno recytować słowa zaklęcia. Nekromanci poczuli wielki strumień mocy wypływający z ciała proroka. Nagle Zagrath zacisnął ręce na brzuchu i z krzykiem padł na ziemię, zupełnie jak wcześniej na ścieżce.
- Zatruwa ziemię. Zabija ziemię – jęczał – Śmierć wyciąga swe ręce aż po korzenie ziemi. Vellarze zlituj się nad nami!
- Twój bóg nic ci nie pomoże – zadrwił Issurel, kiedy skończył już inkantację – ja tu jestem bogiem. Uświadomcie to sobie! Raz na zawsze!
I kolejne kule antymaterii rzuciły się w stronę kapłana i czarodziejów. Lyron zaczął neutralizować je za pomocą własnych pocisków. To była jedyna szansa na ocalenie Zagratha. Kapłan leżał nieruchomo twarzą do ziemi szepcząc coś do siebie. Nagle, ze wszystkich możliwych stron zaczęły pojawiać się ożywione mocą Issurela postaci. Mężczyźni, kobiety, dzieci. Jedni uzbrojeni w miecze czy noże, inni wyciągali zaś przed siebie zachłannie zakończone ostrymi paznokciami dłonie.
- Czyste szaleństwo! – krzyknął Patrim, nie wiedząc jak się bronić przed tak licznym przeciwnikiem. Ożywieńcy nadchodzili trzema wielkimi grupami. Przez wejście za plecami Issurela, przez wrota, którymi weszli nekromanci i ich towarzysze oraz te ukryte, wykorzystane przez szkieletowych wojowników. Czarodzieje zebrali się więc wokół leżącego cały czas kapłana, każdy skierowany w stronę jednej grupy przeciwników. Niemal od razu rozpoczęli też ostrzał magicznymi pociskami. Ogień, kościane włócznie, antymateria. Atakowali czym się tylko dało. Niejeden zombie płonął, podpalając przy okazji swoich towarzyszy. Inny padał na ziemię naszpikowany kościanymi pociskami lub z rozerwanym antymaterią tułowiem.
- Celuj w mostek – podpowiedzieli Amaronowi nekromanci. W końcowej części mostka, wyrostku mieczykowatym, leżącym niemal pośrodku ciała znajdowało się bowiem źródło mocy kierującej ożywionymi kreaturami.
Pochodu sług Issurela nie można było powstrzymywać w nieskończoność. Z minuty na minutę ich czarne strumienie przybliżały się do magów, cierpliwie czekając na moment, gdy będą mogli zatopić miecze i pazury w ich ciałach. Lyron przeczuwał, że jeśli szybko czegoś nie wymyśli to ta przygoda nie zakończy się dobrze. Już i tak byli w beznadziejnym położeniu. Nie chciał ryzykować przywoływania swoich podwładnych, choć prastara mumia Senusereta mogłaby nieco wyrównać szanse. Ale gdyby przeszła na stronę licza? Nekromanta wolał o tym nawet nie myśleć. Zaczął się rozglądać po wielkiej komnacie w poszukiwaniu pomocy. Zagrath szeptał coś do siebie na podłodze, także Lyron nawet nie zatrzymał na nim wzroku. Nagle ujrzał wiszącego wciąż na ścianie feniksa.
- Trzeba spróbować – pomyślał i posłał w jego kierunku kilka pocisków antymaterii. Tak jak chciał, trafiły w kościane gwoździe przyszpilające ognistego ptaka do ściany. Uwolniony od nich z hukiem upadł na podłogę. Dopiero wtedy towarzysze mogli zobaczyć, jak ciasne są unieruchamiające go więzy. Spowijały one skrzydła zwierzęcia, przechodziły wokół ogona a jedna pętla przebiegała wzdłuż dziobu pełniąc rolę knebla
- Amaronie! – z ich trójki tylko starszy czarodziej mógł dotknąć feniksa nie parząc sobie dłoni – rozwiąż go! Będę cię osłaniał!
Mag ognia podbiegł czym prędzej do feniksa i zaczął delikatnie odwijać pętle jelit zaciskające się na nim. Ich działania nie uszły uwadze śledzącego wydarzenia Issurela. Stojąc na swej skalnej półce kierował w myślach działaniami podległych mu istot
- Uwalniajcie go sobie – zadrwił – Nim noc się skończy, znów będzie na moich usługach.
Lyron jednak nie zwracał na niego uwagi. Przez pewien czas musiał zająć się dwoma grupami nadchodzących nieumarłych. Dwoił się i troił ale oni byli coraz bliżej. Pierścień okrążenia zaciskał się. W końcu jednak czarodziej ognia uporał się z rozwiązywaniem feniksa. Ognisty ptak, mimo jelit wystających z zaropiałej rany na brzuchu uniósł się powoli w powietrze. Odchylił głowę do tyłu, otworzył szeroko swój dziób i zaatakował. Ogniste kule wyplute przez niego runęły w nadchodzące zombie. Wielu padło od razu, inni rzucili się na ziemię próbując ugasić trawiące ich płomienie. Feniks jednak nie miał zbyt wiele siły. Jego ataki zbierały duże żniwo wśród sług Issurela, ale na każdy z nich trzeba było czekać dłuższą chwilę.

Czarodzieje jednak odetchnęli z ulgą. We czwórkę łatwiej im było odpierać hordy przeciwników. Tych jednak nie ubywało. Na każdego powalonego do komnaty wdzierali się kolejni. Issurel cały czas trwał na półce skalnej a jego szmaragdowe pierścienie jarzyły się złowrogo. Zapewne wzywał z grobów kolejne pokolenia omamionych swoimi naukami wiernych. Jak zauważył ze zgrozą Lyron, nic go te czary prawie nie kosztowały. Nagle jednak poczuł lekką rysę w łunie jaką emitował licz. Jakby coś z jego wielkiej potęgi bardzo powoli ale systematycznie ubywało. Nie był pewien tego co czuje. Próbował skupić się na nieprzyjacielu, ale jednoczesna walka z ożywieńcami nie ułatwiała mu tego.

niedziela, 8 marca 2015

Powtórne Przyjście - part III

Po niecałej godzinie ciężkiego marszu przez góry, wśród wgniatających im się w podeszwy ostrych kamieni i wszechobecnego piachu oczom podróżników ukazał się cel ich wędrówki. Tak jak się spodziewali, nie wyróżniał się niczym szczególny, po prostu kolejna górska grota. W świetle Księżyca, który zdążył  już wzejść na nocne niebo ujrzeli też, że ścieżka którą do tej pory podążali zwęża się tuż za grobem i skręca ostro na wschód niknąc wśród skał. Mało ich jednak to teraz interesowało. Zwrócili się więc ku niewysokiej szczelinie będącej wejściem do grobu. Zagrath zaczął wyciągać z tobołka dwie pochodnie i hubkę, ale Lyron powstrzymał go zdecydowanym skinieniem.
- Nie wiemy co tam się kryje a zawsze lepiej mieć po swojej stronie efekt zaskoczenia
- Są inne sposoby na widzenie w ciemnościach – zgodził się Amaron, odrzucając poły brązowego płaszcza. Z jednej z kieszeni znajdujących się na wewnętrznej stronie swej czerwonej szaty wyciągnął niewielka świecę. Dotknął lekko jej koniuszka dwoma palcami i przytrzymał aż wosk się nieco roztopił. Kazał towarzyszom zamknąć oczy a sam nałożył im na powieki odrobinę wosku wypowiadając przy tym cicho krótkie słowo mocy. To samo zrobił też ze swoimi oczyma.
- I jak Zagracie, lepiej? – spytał kiedy już otworzyli oczy.
Ze zdumieniem stwierdzili, że wbrew panującej nocy widzą tak dobrze jak w dzień. Nawet Zagrath, który zazwyczaj nieufnie podchodził do wszelkich form magii, nie krył zachwycenia. Jako pierwszy śmiało zanurkował do środka jaskini, zaskakując tym wszystkich czarodziejów. Ci, niewiele myśląc ruszyli za nim. Wejście było niskie, tak że w niektórych miejscach musieli się mocno pochylać. Całe szczęście po kilku krokach strop wyraźnie się podnosił a przed oczami kapłana i magów otwarła się przestronna komnata, której centrum stanowił kamienny stół, na którym niegdyś spoczywać musiało ciało Issurela. Teraz jednak zamiast jakichkolwiek śladów po zwłokach, które przez tyle lat musiały ulec rozkładowi, znaleźli tam czteroramienny świecznik, kilka białych kawałków materiału i dwa blaszane kielichy.
- Czuć w nich krew – zauważył Lyron – krew zaklętą naszą magią. Tak jak na Przedmurzu. Zagadka zaczyna się robić coraz ciekawsza.
- Coraz  więcej też się chyba zaczyna wyjaśniać – dodał Patrim, który wnikliwie przebadał jeden z kielichów – Ten grób wcale nie wygląda jak grób
Chcąc nie chcąc, Amaron z Zagrathem musieli dać wiarę słowom nekromantów. Skinęli głowami na znak że przyjęli te rewelacje do wiadomości i zaczęli dalej przyglądać się jaskini. Pod południową ścianą stały dwie wielkie sągwie, niewypełnione jednak żadnym płynem, choć na brzegach widać było zaschnięte krople czegoś co mogło być winem. Obok nich znajdowały się dwie drewniane wiszące półki, ale prócz kilku pustych słoi też były puste. Północna ściana za to wypełniona była dziwnymi malowidłami, zatartymi już nieco przez czas. Przedstawiały one sceny kamieniowania długowłosego mężczyzny, którym najpewniej był sam Issurel, a także jego ukazanie się uczniom pod nową, świetlistą postacią.
- To pewnie to jego zmartwychwstanie – zauważył z ironią Zagrath – Nic więcej tu chyba nie znajdziemy. Grób leży pusty, ciała nie ma. Pewnie dawno już uległo rozkładowi, a jego kapłani kontynuują tę mistyfikację. Jak dla mnie sprawa jest zamknięta a miast przetrząsać cmentarze zająć należy się eliminacją tych co stoją za tym wszystkim.
- Mocne słowa kapłanie, ale dla mnie śledztwo dopiero się zaczyna – odrzekł mu Lyron – Może to przypadek a może nie, ale widzę, że Rada nie mogła do tego zadania wybrać lepszych czarodziejów. Ta sprawa jest do szpiku kości przesiąknięta nekromancją i jeśli już zacząłem to muszę ją do końca doprowadzić.
- Jest równie plugawa jak ta cała wasza nekromancja. Jak chcecie, to sobie dalej grzebcie w truchłach, ja wracam do miasta
Jak kapłan powiedział, tak też zamierzał uczynić. Odwrócił się plecami do Lyrona i ruszył ku wyjściu. Nagle jednak powstrzymał go syk Amarona
- Kryć się! – czarodziej ognia, który nie wyczuł w jaskini nic związanego ze swoją gałęzią magii i poczuł się znudzony jej przeszukiwaniem, od dłuższego czasu czuwał przykucnięty u wylotu groty grobowej, pełniąc rolę strażnika. Kiedy w środku trwała rozmowa między Zagrathem a Lyronem, on ujrzał w oddali zbliżającą się powoli sylwetkę człowieka. Upewniwszy się, że zmierza w ich stronę postanowił ostrzec kompanów. Zaraz też ześlizgnął się do wnętrza, wyciągając zza pasa różdżkę – Ktoś tu idzie, nie jestem pewien ale to chyba ten co prowadził nabożeństwo.
Wszyscy zaczęli się rozglądać za jakimś schronieniem, ale z jaskini było tylko jedno wyjście, które teraz wyprowadziłoby ich prosto na nadchodzącego sługę proroka. Całe szczęście Zagrath wypatrzył we wschodnim krańcu jaskini wnękę zza której mogli niewidoczni obserwować główną część grobowca.
- Zbliża się – mimo, że ukryci w jaskini nie słyszeli kroków wyznawcy proroka, ale Lyron poczuł znowu to samo co w gospodzie, delikatną emanację magii, która z każdą mijającą chwilą stawała się coraz silniejsza. Odkrycie to ponownie zmąciło spokój nekromanty, ponieważ nigdy jeszcze nie widział nieumarłego rzucającego bardziej skomplikowane zaklęcia. Co innego przywołany mocą czarodzieja szkielet-mag, nauczony jednego typu zaklęcia ofensywnego, a co innego zombie tworzący magiczne eliksiry oparte o czar ożywienia martwych.
- Też go czuję – Patrim był równie zaniepokojony – Co tu się u licha dzieje Lyronie?
- Nie mam pojęcia ale myślę, że jeszcze dziś się dowiemy.
- Oby tylko ta wiedza nas zbyt wiele nie kosztowała.
Pesymistyczny nastrój rozmowy dwóch nekromantów nie uszedł uwagi Zagratha. Amaron także nie krył podenerwowania całą tą sytuacją.
- Może jaśniej? – odezwał się, ale Lyron przyłożył tylko palec do ust dając mu znak, by zachował milczenie
- Jest już przy grobie. Gdy wejdzie obezwładnić, ale nie zabijać – szepnął wyciągając swoją kościaną różdżkę. Na jej końcu osadzona była wilcza czaszka, w której czoło wbity tkwił lśniący szmaragd w kształcie rombu. To samo uczynił Patrim, którego różdżka składała się z orczej czaszki z dwoma szmaragdami sterczącymi niczym rogi na skroniach.
Amaron kiwnął głową na znak że rozumie i mocniej zacisnął palce na własnej różdżce. Nadchodzące sekundy dłużyły się wszystkim w nieskończoność. Napięcie rosło, pot spływał im po twarzach a nic się nie działo. Nagle Lyron zdumiony poczuł, że przybysz się oddala. Powoli wysunął się z wnęki i podszedł do wyjścia z jaskini. Ostrożnie wyjrzał przez otwór i zobaczył jak postać nieumarłego znika za zakrętem ścieżki.
- Idziemy za nim – nakazał towarzyszom, gdy podzielił się z nimi tym, co zobaczył
- Mówiłeś że zniknął w górach – zaoponował Zagrath – Jak niby mamy go teraz odnaleźć?
- Cały czas go wyczuwam – w głosie nekromanty znów pobrzmiewała pewność siebie – jak raz go znalazłem to więcej nie zgubię – uspokoił kapłana – a tam dokąd poszedł leży zapewne rozwiązanie naszego problemu więc lepiej chodź tam z nami
- Jeśli jest tak jak mówisz – zgodził się kapłan, po chwili jednak dodał – ale ostatni raz przystaję na twoje pomysły!
Lyron już go jednak chyba nie słuchał. Czym prędzej wyskoczył z grobowca i ruszył śladem issurelowego kapłana. Ścieżka, po której teraz szli była jeszcze bardziej niewygodna niż poprzednio, pięła się stromymi stopniami w górę żeby za jakiś czas pikować gwałtownie w dół. Przez jakiś czas wędrowcy byli nawet zmuszeni do poruszania się skrajem urwiska wysoko ponad majaczącymi w dole rumowiskami skalnymi. Na szczęście, akurat w tym miejscu dróżka rozszerzała się, tak że mogłaby pomieścić nawet ich wszystkich idących ramię w ramię.
W pewnym momencie do odczuwanej przez nekromantów emanacji nieumarłego kapłana dołączyła druga, coraz silniejsza nuta. Zaniepokoiła ona bardzo Lyrona, gdyż była mocniejsza niż mógł kiedykolwiek przypuszczać, jednak póki co wolał nie dzielić się z towarzyszami ponurymi wieściami. Wymienił tylko spojrzenia z Patrimem, bez słów nakazując mu zachować spokój. Jednak pozostali też zaczęli wyczuwać coś niepokojącego. Zagrath wyglądał jakby przygniatał go jakiś wielki ciężar. Pot kapał mu z twarzy a jego ruchy stawały się coraz powolniejsze. Zaciśnięte usta Amarona też mówiły same za siebie. Czarodziej ognia wyraźnie walczył z czymś, może jakąś niepokojącą myślą, może podświadomość podsuwała mu niezbyt przyjemne obrazy. Nekromanta nie wiedział, czuł tylko moc pochodzącą z nieznanego źródła, moc jakże mu bliską ale potężniejszą i mroczniejszą.
Nagle Zagrath upadł na ziemię. Zaczął zwijać się z bólu. Zaskoczyło to jego towarzyszy. Czarodzieje zaczęli się rozglądać za czymś co mogło być przyczyną dziwnego zachowania kapłana. W obleczonych księżycową łuną górach panowała jednak pustka i śmiertelna cisza. Przerwał ją dopiero krzyk kapłana
- Ziemia, ziemia umiera! Plugastwo przeżera ją, do głębi! Czuję to, czuję, ach jak to boli! – urywane słowa kapłana brzmiały naprawdę ponuro. Lyrona przeszedł dreszcz. Coraz więcej elementów zaczęło układać się w spójny obraz. Obraz, który nie przynosił nadziei na szczęśliwe zakończenie ich misji
- Weź się w garść Zagracie – próbował uspokoić leżącego kapłana Patrim – Rozpacz nic nie pomoże. Potrzeba nam siły, siły ducha i ciała. Inaczej nie wyjdziemy z tego żywi
- Optymista – Lyron nie krył ironii, ale tylko w ten sposób mógł sobie poradzić z rodzącym się w jego duszy niepokojem – Jeśli tak kochasz swoją ziemię, wstań i idź dalej. Tak tylko możesz pomóc ją uzdrowić
- Ty coś wiesz – wyszeptał Zagrath, podnosząc się z ziemi
- Mam pewne podejrzenia, ale wolę się upewnić – odpowiedział nekromanta
- Lyronie – odezwał się niespodziewanie Amaron. Widać było, że mówienie sprawia mu ból – tam jest jakieś plugastwo. Zagrath ma rację. Czuję ogień, istotę z ognia. I ona cierpi okropne męki. Czuję je i ciężko to wytrzymać. Co to za potwór tam na nas czeka?
- Cierpliwości. Cierpliwości i koncentracji, tego nam teraz potrzeba – próbował odpowiednio dobrać słowa nekromanta – Szykujcie się na ciężką przeprawę. Idziemy, czas ucieka.
I ruszył dalej górską ścieżyną. Reszta drużyny, z mniejszą na pewno ochotą, ale jednak podążyła za nim. Prowadzeni przez emanację mocy ujrzeli w końcu wysoką górę w kształcie piramidy z rozszczepionym na dwoje wierzchołkiem, do której prowadziły wąskie, ale wysokie wrota. Nieumarły kapłan musiał niedawno przez nie przechodzić, gdyż wielki głaz, zamykający zapewne wejście, stał odsunięty na bok. Na znak dany przez Lyrona czarodzieje wyciągnęli różdżki a Zagrath mocniej chwycił swój sękaty kij.  Kiedy przeszli przez wrota znaleźli się w długim korytarzu. Zaklęcie rzucone w grobie przez Amarona przestało już działać i otoczyła ich ciemność. Na ścianach, na wysokości oczu wisiały natomiast wielkie szmaragdowe kule. Wystarczyło lekko je potrzeć i rozżarzały się zimnym, seledynowym światłem. Ostrożnie czwórka wędrowców zapuściła się w głąb korytarza. Odczuwane przez każdego z nich emanacje były tu tak silne, że niejeden z nich na pewno pomyślał o powrocie do Ursalisu. Potrafili jednak zapanować nad emocjami.
Korytarz doprowadził ich do wielkiej sali, w której ujrzeli okropieństwo o którym mówił im Amaron. Po prawej stronie od wejścia wisiał feniks przybity kościanymi gwoździami do ściany. Ogień, którym płonęło zwierzę rozjaśniał całe pomieszczenie. W jego świetle przybysze mogli ujrzeć, że ptak spętany jest łańcuchem zrobionym z jego własnych jelit.
- Kto? – obrzydzenie w głosie Amarona mieszało się ze współczuciem – Kto i dlaczego go tak okaleczył?
Czarodzieje ognia uważali feniksa za święte zwierzę. Bestialskie traktowanie jakiemu je poddano oburzyło zarówno nekromantów jak i Zagratha, ale dopiero Amaron dostrzegał pełen wymiar tej tragedii.
- Ten, kto odpowiada za wszystko inne - odparł Lyron, którego wzrok przykuła zaschnięta krew na udzie feniksa. Choć to wydawałoby się niemożliwe, czuł, że to ta sama, którą posługiwali się wyznawcy Issurela podczas obrzędów na Przedmurzu – przetoczył feniksowi swą krew. Ptak ją teraz produkuje i z każdym jego powstaniem z popiołów ona też się odradza. Dzięki temu ma niewyczerpane źródło krwi do swoich czarów.
- Tak, a dzięki temu że związał go jelitami, po odrodzeniu feniks dalej jest uwięziony – dokończył ze smutkiem Amaron
- Ale komu jest takie coś potrzebne? – zdziwił się Zagrath
- Komuś, kogo układ krwionośny przestał pracować – Nie było już sensu ukrywać przed innymi niebezpiecznej prawdy. Lyron postanowił wyjawić towarzyszom wszystkie swoje domysły i podejrzenia
- Czyli?
- Czyli komuś, kto z medycznego punktu widzenia jest już martwy – wyręczył Lyrona nieznajomy, ochrypły głos.
W jednej ze ścian, naprzeciw tej, do której przybito feniksa, wykute były strome stopnie, wiodące na widoczną w rogu komnaty półkę skalną. Leżała ona u wylotu jakiegoś innego korytarza, prowadzącego zapewne w głąb góry. Na półce tej stał mężczyzna, a w zasadzie coś co było kiedyś mężczyzną. Jego ciemnozielona skóra, pomarszczona i wyschnięta, mocno opinała się na kościach sprawiając makabryczne wrażenie. Jej najcieńsza warstwa osłaniała twarz, przez co wydawało się że istota tak naprawdę zamiast niej ma po prostu samą czaszkę. W zapadłych oczodołach utkwione były dwie małe, matowe gałki oczne, w których dojrzeć można jednak było wielką moc i przeżyte przez ich właściciela lata. Ubrany był w postrzępioną czarną szatę, a na zapadniętej piersi widniały pożółkłe już od starości kościane płytki. Kościste, pozbawione paznokci palce jednej ręki zaciśnięte były na długiej różdżce – najdziwniejszej jakie zebrani w komnacie przybysze kiedykolwiek widzieli. Na jej końcu widniała długa na dwie stopy czaszka młodego smoka, ozdobiona pięcioramiennym szmaragdem. Ze smoczej czaszki, także na wzór pięcioramiennej gwiazdy, odchodziły zakrzywione sztylety. Na palcach drugiej dłoni świeciły się za to wielkie szmaragdowe pierścienie i złote sygnety.
- Witajcie bracia – istota odezwała się ponownie –witaj i ty, kapłanie Vellara
Zagrath, słysząc pozdrowienie wzdrygnął się, podobnie Amaron. Nikt z nich nigdy nie widział czegoś podobnego. Nekromanci zaś, którzy wiedzieli z kim mają do czynienia, zachowali większy spokój. Na ile oczywiście można być w takiej sytuacji spokojnym.
- Kim jesteś, że nazywasz nas braćmi? – spytał Lyron
Zapytany uniósł lekko kąciki swych pozbawionych już warg ust w makabrycznej imitacji uśmiechu
- Czyżbyś był aż tak głupi nekromanto? Myślałem, że spotkam godnego partnera do rozmowy, ale widzę, że od moich czasów poziom nauczania na wyspach strasznie się obniżył
- Nie kpij sobie ze mnie, liczu – odparł ze spokojem – potrafię powiązać fakty. Pytałem raczej o twoją godność
- Licz?! – wtrącił się Zagrath, którym wstrząsnęła ta wiadomość – Jeszcze bardziej plugawa ewolucja nekromanty?
- Tak, kapłanie. Nie wiem jednak co rozumiesz przez słowo plugawy. Przemiana w licza to zaszczyt, błogosławieństwo. To moc, której nie możesz sobie wyobrazić. I nieśmiertelność, gdyż śmierć nie może zabrać kogoś, kto już raz został przez nią dotknięty
- Dobrze wiemy czym jest licz, ale ciągle nie znamy twojego imienia – dopytywał się Lyron
- Ach, czy to konieczne? Nie domyślacie się? – znowu uśmiechnął się licz – To ja jestem Issurel. Zmartwychwstały prorok. Dla wielu ludzi na tym i na tamtym świecie niemal bóg. Jednak dla Was, bracia – zwrócił się do nekromantów – mogę zwać się Barthamel
Imię to zaskoczyło Lyrona i Patrima, ale wiele im też wyjaśniło. Młodszy z nich, do tej pory onieśmielony potęgą licza, odezwał się
- Ten Barthamel? Ten, o którym nas uczą? I przestrzegają byśmy się tacy nie stali? Ten co marzył o władzy nad światem? Królestwo Nieumarłych i tak dalej?
- To o czym was uczą to kłamstwo! – ryknął Issurel, wymierzając w Patrima koniec swojej różdżki – Rada była zazdrosna o moją potęgę!
- I dlatego wydała na ciebie wyrok śmierci? – Lyron osłonił ciałem młodszego kolegę
- Nie wiesz nic o całej tej sprawie, więc się nie wypowiadaj robaku!
- Oświeć mnie – Lyron wiedział, że stąpa po cienkim lodzie. Potęga Issurela była zbyt duża, jednak nekromanta miał wrażenie, że jego żmijowy język nie przekroczył jeszcze granicy bezpieczeństwa.

- Opowiem wam wszystko – zgodził się Issurel – poznacie całą prawdę o Barthamelu Wzgardzonym i o Issurelu Zmartwychwstałym. A potem, bracia, podejmiecie decyzję czy chcecie żyć dalej u w blasku mej chwały czy umrzeć tylko po to by dołączyć do mych nieumarłych zastępów!