Słowa te wstrząsnęły
czarodziejami i kapłanem. Zagrathowi ta propozycja niezbyt się spodobała,
spurpurowiał na twarzy i miał już odpowiedzieć prorokowi, niezbyt przystającymi
do godności kapłana słowami, gdzie ma tę propozycję, jednak Lyron był szybszy
- Uczciwa umowa – rzekł,
ignorując wystraszone spojrzenia towarzyszy. Jak już umierać to z klasą do
końca.
- A więc – zaczął Issurel, a z
jego różdżki wystrzelił w ich stronę strumień białej poświaty, która zatańczyła
wokół nich, zmieniając się po chwili w kościane krzesła. Czwórka wędrowców
nieufnie dotknęła wytworu magii proroka, a kiedy nic się nie stało, z ulgą
zajęła na nich miejsce – byłem kiedyś nekromantą. Mądrym i silnym. Członkowie
Rady mówili, że dawno nie zetknęli się z kimś tak zdolnym w naszej magii. Dość
szybko ukończyłem szkolenie, z banalnego powodu. Nikt z obecnych na wyspach nie
mógł mnie już niczego więcej nauczyć. Ruszyłem więc w świat, ucząc się u
samotników. Zwiedziłem wiele krajów, zewsząd zbierając wiedzę na temat
nekromancji. Zresztą nie tylko wiedzę. Stykałem się z filozofami, którzy w
tamtych czasach stanowili elitę społeczeństw. Wszystko to złożyło się na mój
rozwój. Zapragnąłem też stać się elitą, ale nie za darmo. Nie za mądre słowa,
ale za czyny. Osiadłem na dworze jednego króla na wschodzie, nie pamiętam już
ani jego imienia ani kraju, którym rządził. Przez dwa tysiące lat to wszystko
zatarł czas, a moja pamięć wbrew pozorom nie jest nieskończona. Król ten
strasznie bał się śmierci, ja byłem nekromantą, nawiązaliśmy współpracę. W
krótkim czasie stałem się drugą osobą w państwie. Kiedy król umierał obiecałem
mu, że wskrzeszę go swą magią a duszę sprowadzę z zaświatów z powrotem do ciała
- Przecież to niemożliwe! –
przerwał opowieść Lyron – Co innego sprowadzić zza zasłony ducha, a co innego
scalić go w jedno z ciałem. Nie przywrócisz nikomu życia w pełnym tego słowa
znaczeniu!
- Byłem wtedy pewien swojej
wielkiej potęgi i tak uczyniłem. Ciało ożywiłem, ale dusza nijak do niego
wrócić nie chciała. Niemniej jednak król, a raczej jego ożywione truchło dalej
siedziało na tronie, a ja sterowałem jego krajem jak się dało najlepiej. Czas
jaki spędziłem na dworze sprawił, że nauczyłem się wszystkiego o władcy,
wiedziałem jak odpowie na każde pytanie, jakie decyzje podejmie. Kraj
rozkwitał, ale w końcu możnym przestało się to podobać. Zaczęli knuć przeciwko
mnie. Spisek się udał, obalono króla-zombie a na mnie nasłano Radę
Czarodziejów. I pokonali mnie! Jak pies musiałem uciekać z pałacu, ścigali mnie
po całym świecie. W końcu trafiłem tu, do Cesarstwa Accantii, w moje rodzinne
strony. Zaszyłem się w górach i dalej studiowałem sztuki magiczne. Wszystko
żeby zemścić się na świecie, który mnie odrzucił i na Radzie, która wzgardziła
najpotężniejszym z nich!
- A jak stałeś się prorokiem?
Spokorniałeś i przyoblekłeś w pokutne szaty? – zadrwił Lyron. Spojrzenie jakim
obrzucił go Issurel dobitnie uświadomiło go, że dotarł do granicy złośliwości.
- Zamilcz robaku! – warknął
prorok, po czym kontynuował podniesionym głosem – Żywi mnie odrzucili, ale
umarli dalej słuchali. Zacząłem nauczać jako prorok. Mówiłem ludziom o zmartwychwstaniu, jakie ich czeka jeśli pójdą za mną. Cóż, że
nie potrafiłem ich przywrócić w pełni do życia, na ich oczach ożywiłem jednego
wiernego i stałem się dla nich kimś wielkim. Rada zarzuciła mi pociąg do władzy?
Więc dobrze, zacząłem zbierać tłumy żeby zdobyć władzę w Accantii. A potem
podbić świat, a przede wszystkim kraj, który tak odpłacił mi za moje światłe
rządy!
- Ale Accantyjczykom udało się
Cię zabić – Zagrath niedowierzał historii Issurela
- Bo im na to pozwoliłem – śmiech
proroka, pełen pychy i nienawiści zatrząsł całą komnatą – Wiedziałem, że tylko
przemiana w licza i powolne zbieranie wyznawców pozwoli mi osiągnąć cel. Kiedy
dałem się pojmać żołnierzom miałem już wszystko przygotowane, cały wzór
zaklęcia, feniksa, brakowało tylko mnie i mojej krwi. Ukamieniowano mnie, lecz
ja nie umarłem. Jeszcze nie. Wierni złożyli moje ciało do grobu, lecz nie tam
dokonałem przemiany. W grobie czekali moi nieumarli. Zanieśli mnie tu, gdzie od
dawna miałem siedzibę. W miejscu, w którym stoisz kapłanie, rzuciłem się w
ramiona śmierci ale zaklęcie mnie z nich wyrwało. Kiedy się ocknąłem, okazało
się że na świecie minęło już kilka dni. Ujawniłem się najwierniejszym,
przekazałem im moje nauki i nauczyłem obrzędów, dzięki którym ciało każdego,
kto umrze wierząc we mnie, będzie po śmierci do mojej dyspozycji
- A więc to o to chodzi –
zrozumiał wszystko Lyron – stosujesz zaklęcia przywołania na żywych, żeby
wskrzeszać ich po śmierci. Wiesz, że to zakazane?
- Już ci mówiłem, czasy kiedy
byłem posłuszny Radzie dawno minęły. Zdradziła mnie więc ze wszelkich
obowiązków wobec niej jestem zwolniony.
- A obowiązki wobec siebie? A
równowaga, której jako nekromanta musisz przestrzegać? Odebrałeś Pani Śmierci
tyle ciał, nie sądzisz, że kiedyś się o to upomni?
Komnatą po raz kolejny
wstrząsnęła salwa makabrycznego śmiechu Issurela
- Kto ma się bać Pani Śmierci?
Ktoś nad kim ona nie ma już władzy? A równowaga? To bujda. Rada ją wymyśliła,
żebyśmy nie byli zbyt potężni. Nie budzi twojego gniewu to wieczne lekceważenie
przez nich nekromancji? Rusz głową …bracie
Ostatnie słowo Issurel
wypowiedział z taką ironią, że Lyron myślał, że eksploduje. Powstrzymał jednak
gniew. Wiedział, że w tej sytuacji tylko spokój go ratuje. Jeśli sprowokuje
proroka do nierozważnego kroku będzie miał szansę, jeśli nie pokonać, to
przynajmniej obezwładnić przeciwnika
- Równowaga to dużo szersze
pojęcie niż myślisz – zaczął ostrożnie – równowaga rządzi nie tylko magią, ale
i całym światem. Każdy podlega zasadom równowagi, także ty. Ale ty, przez
tysiące lat ożywiania swoich popleczników naruszyłeś ją wystarczająco. Nie ma
już dla ciebie ratunku. Tylko to, że jesteś już martwy trzyma cię przy życiu,
jakkolwiek to brzmi
- Poeta – parsknął Issurel – jak
bogów kocham, poeta. Jestem martwy ale nie umarły. Ożywiony moją własną magią,
tu na tej ziemi. I to ta ziemia bierze na siebie cały gniew Pani Śmierci.
Przemiana, mój młody nekromanto to nie zwykłe wskrzeszenie trupa – to
skomplikowany proces, którego autorzy o wszystko zadbali. Nie strasz więc mnie
ani Panią Śmierci, ani Panem Życia ani pustym hasłem równowagi. Ja jestem Panem
Życia i Śmierci i ja ustalam granice równowagi!
Słysząc te słowa, Zagrath nie
mógł dłużej powstrzymać gniewu. Uniósł w górę swój sękaty kij i wskoczył na
schody wiodące do Issurela
- Ty ohydny, bezlitosny, plugawy
potworze – krzyczał – w imieniu Ziemi, nie wybaczę!
Na liczu krzyki te nie zrobiły
wrażenia. Kiedy kapłan znalazł się już w odpowiedniej odległości, nieumarły
machnął, jakby od niechcenia swoją różdżką. Kościana pięść pojawiła się w
powietrzu. Przez chwilę wisiała przed liczem a potem pomknęła w stronę
atakującego. Trafiła w brzuch. Zagratha odrzuciło do tyłu. Z hukiem stoczył się
po schodach na sam dół komnaty. Od razu jednak podniósł się i towarzysze mogli
zobaczyć strugę krwi spływającą powoli z łuku brwiowego na żółtą od pyłu twarz.
- Jak śmiesz podnosić na mnie
rękę! Następnym razem nie będę taki łaskawy – rzucił w stronę poobijanego
kapłana Issurel – Jeszcze nie skończyłem mojej opowieści. Jeszcze macie szansę
wybrać lepszy los.
Tym razem Zagrath nawet nie
próbował odważnych odzywek. Lyron skinął ręką liczowi, żeby kontynuował
- Spędziłem tu prawie dwa tysiące
lat – prorok podjął opowieść, zmieniając ton na zdawałoby się przyjacielski –
czuję, że jestem o krok od odkrycia sekretu prawdziwej nieśmiertelności, ciała
i ducha. Dostępnej każdemu, nie tylko tym poddającym się przemianie. Bracia
nekromanci, dokonajcie teraz wyboru. Możecie pomóc mi w moich badaniach i
uwolnić świat od dotyku Pani Śmierci, której tak się lękacie. Podejmując dobrą
decyzję ocalicie też przyjaciół, których nie potrzebuję, ale poznajcie łaskę
najpotężniejszego na ziemi. Łaskę jedynego boga chodzącego po ziemi!
Nim nekromanci odpowiedzieli na
postawioną im propozycję, wymienili spojrzenia. Lyron ze smutkiem pokiwał
głową, westchnął głośno ale kiedy spojrzał Issurelowi w oczy, nie było w nich
rozpaczy ni strachu. Była duma
- Chyba kpisz!
– rzekł i splunął w stronę licza –
Brzydzę się ciebie! Nie oparłeś się Skażeniu, z którym mieliśmy przecież walczyć!
Bądź pewien, że ja mu nie ulegnę! Jestem nekromantą, wiernym równowadze i Radzie.
A Rada wydała na ciebie wyrok.
Odpowiedź ta,
nie była tą, której Issurel się spodziewał. Zaskoczony nie wiedział co
powiedzieć. Po chwili jednak zapłonął gniewem
- A więc
wybrałeś. Za siebie i za innych – wysapał i uniósł swą różdżkę – Gotujcie się
na śmierć!
Jak na zawołanie, w stronę Lyrona
i towarzyszy wystrzelił deszcz kościanych włóczni. Oni jednak byli na to
przygotowani. Uskoczyli w bok i odpowiedzieli tym samym. Włócznie nekromantów i
ogniste kule Amarona przeszyły powietrze. Issurel uchylił się, cudem unikając
zranienia. Przez dłuższy czas czarodzieje przerzucali się nawzajem magicznymi
pociskami. Niejeden z nich osiągnął cel rozrywając lub osmalając szaty
przeciwnika. Większych szkód ponad lekkie zadrapania jednak nie robiły. Wiele
kościanych pocisków licza odbijał swoim kijem Zagrath. Kapłan nie potrafił
miotać takich zaklęć ofensywnych, więc skupił się na osłanianiu kompanów.
Furia Issurela nie malała. Widząc,
że magia kości nie radzi sobie z aroganckimi przeciwnikami postanowił
zaatakować w inny sposób. Nagle, miejsce białej poświaty na końcu różdżki
zastąpiła zielonoczarna mgiełka.
- Antymateria – ostrzegł
towarzyszy Lyron – magia zaświatów. Tego nie odbijesz. Co dotknie porywa ze
sobą!
I rzucił się na ziemię.
Zgniłozielona kula pomknęła w jego stronę. Gdyby nie unik najpewniej nie miałby
już prawego barku. Nie zdążył się podnieść a znów musiał przykucnąć. Promienie
antymaterii panowały teraz w powietrzu. Towarzysze co chwila usuwali się z
drogi śmiercionośnych pocisków. Jedynym pocieszeniem było to, że wytworzenie
odpowiedniej kuli zajmowało Issurelowi trochę czasu. Można było kontrować. Tak
też robili. Amaronowi udało się trafić licza w prawe kolano, ale ogień nie
narobił większych szkód. Ich przeciwnik lekko się zachwiał ale od razu uderzył
antymaterią. Najgorsze było to, że wcale nie słabł. Każdy rzucony czar odbierał
powoli siły czarodziejom, na czoło wystąpiły krople potu, coraz ciężej było
nabrać powietrza a licz stał dumnie na skalnej półce niczym niewzruszony. W końcu
wstrzymał ogień.
- Wystrzelać was jak kaczki? –
odezwał się pewnym siebie głosem – Nie, nie zasługujecie na śmierć z mojej
ręki. Ale moi wyznawcy z chęcią uczynią to za mnie.
Uniósł w górę drugą rękę a
zdobiące ją pierścienie zalśniły szmaragdowym blaskiem. Przez wrota ukryte w
ścianie naprzeciw wejścia do komnaty wymaszerowała horda uzbrojonych w miecze i
tarcze szkieletów
- Jak wam się podoba moja
przyboczna straż?
Jedyną odpowiedzią na zadane
przez licza pytanie była rzucona przez Amarona kula ognia. W powietrzu
zetknęła się z promieniem antymaterii Issurela i oba pociski zniknęły w
zaświatach.
- Przywołujemy swoich? – spytał
Patrim odsłaniając poły płaszcza i sięgając po jeden z wiszących przy pasie
woreczków.
- To na nic – pokręcił głową
Lyron – jeszcze ich przejmie pod swoją komendę i co wtedy?
- Gorzej i tak być nie może!
Starszy z nekromantów musiał
przyznać rację młodszemu koledze. Stwierdzili jednak, że ryzyko jest za duże. Poza
tym nie mieli czasu na przyzwanie potężniejszych istot. Szkieletowi wojownicy
ruszyli ku nim zwartym szykiem. Od razu powitała ich salwa ognistych kul i
kościanych pięści. Pierwszy szereg padł od razu. Drugiemu też nie udało się
doprowadzić do zwarcia, ale z następnymi trzeba było już skrzyżować miecze. A w
zasadzie miecz, dwa sztylety i drewniany kij. Kij, który nie był zwykłym kijem.
Nekromanci wreszcie mogli się przekonać co ta broń potrafi. Jeden koniec kija
zmieniał wszystko czego się dotknął w kamień a drugi był taki twardy, że ten
kamień w drobny mak rozbijał. Zręcznie posługujący się nim Zagrath siał
zniszczenie w szeregach przeciwników. Miecz Amarona także śmigał między ciałami
szkieletów, zostawiając za sobą ogniste smugi. Lyron, ramię w ramię z Patrimem
również dzielnie się spisywał. Nekromanci przyjmowali ciosy wrogów na różdżki i
kontrowali swymi zakrzywionymi sztyletami. Blokada, cios, blokada, cios. I tak
bez końca a sił ubywało. Cała podłoga zaścielona była kośćmi przeciwników,
których szeregi przerzedzały się w szybkim tempie. W końcu, po kilkunastu
minutach morderczego boju oddział szkieletów został wytrzebiony.
- Jakaś marna ta twoja gwardia –
ośmielił się rzucić w stronę licza Lyron. Mimo, że ciężko mu się oddychało a z
lekkich rozcięć na ramionach płynęła krew, dodał – nawet się nie zmęczyłem.
Słowa nekromanty rozsierdziły
Issurela. Widoczne spod cienkiej warstwy skóry ścięgna wokół ust napięły się a
zmarszczki na czole pogłębiły, gdy wysyczał przez zęby
- To była tylko mała próbka moich
możliwości. Robaku, zobaczysz teraz pełną potęgę Issurela Zmartwychwstałego!
Jaskinia ta ma połączenie z mogiłami wszystkich moich wyznawców. Od dwóch
tysięcy lat czekają na jedno moje słowo. Żądni zemsty na tych, którzy skazali
na śmierć proroka. Ten dzień dziś nastał. A słowo się rzekło!
Issurel wyciągnął zza pasa
flakonik z krwią i polał nią szmaragdy swoich pierścieni. Dał się słyszeć
przeciągły syk a z kryształów uniosły się obłoki czerwonej pary. Obleczony nią
licz zaczął głośno recytować słowa zaklęcia. Nekromanci poczuli wielki strumień
mocy wypływający z ciała proroka. Nagle Zagrath zacisnął ręce na brzuchu i z
krzykiem padł na ziemię, zupełnie jak wcześniej na ścieżce.
- Zatruwa ziemię. Zabija ziemię –
jęczał – Śmierć wyciąga swe ręce aż po korzenie ziemi. Vellarze zlituj się nad
nami!
- Twój bóg nic ci nie pomoże –
zadrwił Issurel, kiedy skończył już inkantację – ja tu jestem bogiem.
Uświadomcie to sobie! Raz na zawsze!
I kolejne kule antymaterii
rzuciły się w stronę kapłana i czarodziejów. Lyron zaczął neutralizować je za
pomocą własnych pocisków. To była jedyna szansa na ocalenie Zagratha. Kapłan
leżał nieruchomo twarzą do ziemi szepcząc coś do siebie. Nagle, ze wszystkich
możliwych stron zaczęły pojawiać się ożywione mocą Issurela postaci. Mężczyźni,
kobiety, dzieci. Jedni uzbrojeni w miecze czy noże, inni wyciągali zaś przed
siebie zachłannie zakończone ostrymi paznokciami dłonie.
- Czyste szaleństwo! – krzyknął Patrim,
nie wiedząc jak się bronić przed tak licznym przeciwnikiem. Ożywieńcy
nadchodzili trzema wielkimi grupami. Przez wejście za plecami Issurela, przez
wrota, którymi weszli nekromanci i ich towarzysze oraz te ukryte, wykorzystane
przez szkieletowych wojowników. Czarodzieje zebrali się więc wokół leżącego
cały czas kapłana, każdy skierowany w stronę jednej grupy przeciwników. Niemal
od razu rozpoczęli też ostrzał magicznymi pociskami. Ogień, kościane włócznie,
antymateria. Atakowali czym się tylko dało. Niejeden zombie płonął, podpalając
przy okazji swoich towarzyszy. Inny padał na ziemię naszpikowany kościanymi
pociskami lub z rozerwanym antymaterią tułowiem.
- Celuj w mostek – podpowiedzieli
Amaronowi nekromanci. W końcowej części mostka, wyrostku mieczykowatym, leżącym
niemal pośrodku ciała znajdowało się bowiem źródło mocy kierującej ożywionymi
kreaturami.
Pochodu sług Issurela nie można
było powstrzymywać w nieskończoność. Z minuty na minutę ich czarne strumienie
przybliżały się do magów, cierpliwie czekając na moment, gdy będą mogli zatopić
miecze i pazury w ich ciałach. Lyron przeczuwał, że jeśli szybko czegoś nie
wymyśli to ta przygoda nie zakończy się dobrze. Już i tak byli w beznadziejnym
położeniu. Nie chciał ryzykować przywoływania swoich podwładnych, choć prastara
mumia Senusereta mogłaby nieco wyrównać szanse. Ale gdyby przeszła na stronę
licza? Nekromanta wolał o tym nawet nie myśleć. Zaczął się rozglądać po
wielkiej komnacie w poszukiwaniu pomocy. Zagrath szeptał coś do siebie na
podłodze, także Lyron nawet nie zatrzymał na nim wzroku. Nagle ujrzał wiszącego
wciąż na ścianie feniksa.
- Trzeba spróbować – pomyślał i
posłał w jego kierunku kilka pocisków antymaterii. Tak jak chciał, trafiły w
kościane gwoździe przyszpilające ognistego ptaka do ściany. Uwolniony od nich z
hukiem upadł na podłogę. Dopiero wtedy towarzysze mogli zobaczyć, jak ciasne są
unieruchamiające go więzy. Spowijały one skrzydła zwierzęcia, przechodziły
wokół ogona a jedna pętla przebiegała wzdłuż dziobu pełniąc rolę knebla
- Amaronie! – z ich trójki tylko
starszy czarodziej mógł dotknąć feniksa nie parząc sobie dłoni – rozwiąż go!
Będę cię osłaniał!
Mag ognia podbiegł czym prędzej
do feniksa i zaczął delikatnie odwijać pętle jelit zaciskające się na nim. Ich
działania nie uszły uwadze śledzącego wydarzenia Issurela. Stojąc na swej
skalnej półce kierował w myślach działaniami podległych mu istot
- Uwalniajcie go sobie – zadrwił
– Nim noc się skończy, znów będzie na moich usługach.
Lyron jednak nie zwracał na niego
uwagi. Przez pewien czas musiał zająć się dwoma grupami nadchodzących
nieumarłych. Dwoił się i troił ale oni byli coraz bliżej. Pierścień okrążenia
zaciskał się. W końcu jednak czarodziej ognia uporał się z rozwiązywaniem feniksa.
Ognisty ptak, mimo jelit wystających z zaropiałej rany na brzuchu uniósł się
powoli w powietrze. Odchylił głowę do tyłu, otworzył szeroko swój dziób i
zaatakował. Ogniste kule wyplute przez niego runęły w nadchodzące zombie. Wielu
padło od razu, inni rzucili się na ziemię próbując ugasić trawiące ich
płomienie. Feniks jednak nie miał zbyt wiele siły. Jego ataki zbierały duże
żniwo wśród sług Issurela, ale na każdy z nich trzeba było czekać dłuższą
chwilę.
Czarodzieje jednak odetchnęli z
ulgą. We czwórkę łatwiej im było odpierać hordy przeciwników. Tych jednak nie
ubywało. Na każdego powalonego do komnaty wdzierali się kolejni. Issurel cały
czas trwał na półce skalnej a jego szmaragdowe pierścienie jarzyły się złowrogo.
Zapewne wzywał z grobów kolejne pokolenia omamionych swoimi naukami wiernych.
Jak zauważył ze zgrozą Lyron, nic go te czary prawie nie kosztowały. Nagle
jednak poczuł lekką rysę w łunie jaką emitował licz. Jakby coś z jego wielkiej
potęgi bardzo powoli ale systematycznie ubywało. Nie był pewien tego co czuje.
Próbował skupić się na nieprzyjacielu, ale jednoczesna walka z ożywieńcami nie
ułatwiała mu tego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz