niedziela, 22 marca 2015

Powtórne Przyjście - part V

- Nie damy rady zbyt długo! – wysapał Patrim, sprowadzając  swojego starszego kolegę na ziemię
- Ile damy tyle damy, tanio skóry nie sprzedam! – odkrzyknął Lyron. Wszyscy czuli potworne zmęczenie tą bezsensowną batalią. Każdy z czarodziejów zmuszony został do wypicia fiolki wzmacniającego eliksiru. Bez niego nie mieliby sił dalej walczyć
- A kapłan złapał doła – Patrim był zarówno zmęczony jak i rozeźlony postawą Zagratha – Co on tam robi?!
- Nie wiem, modli się? – Lyrona mało to obchodziło. Nagle znów poczuł lekkie zmniejszenie emanacji Issurela. Z początku uznał, ze zmysły go okłamują. W takim stanie fizycznym nie można było tego wykluczyć. Potem jednak zerknął w stronę szepczącego coś zawzięcie kapłana. Skróciwszy antymaterią o głowę najbliższego umarlaka, nekromanta przykucnął koło Zagratha
- To twoja sprawka? – szepnął – Że licz traci siły?
Niespodziewanie towarzysz uniósł głowę i spojrzał mu w oczy. Lyrona zatkało. Szare do tej pory tęczówki kapłana zmatowiały, stwardniały a wzrok nabrał mocy. Wpatrując się w nie, nekromanta miał wrażenie że to dwa okrągłe grafitowe kamyczki.
- Nie pozwolę! – głos jakim kapłan przemówił, nie należał do niego – Nikt nie będzie zatruwał tej ziemi! Nie zgadzam się!
Lyron nie dowierzał. Czyżby to sam bóg ziemi, Vellar wstąpił w ciało Zagratha? A może sprawiła to żarliwa modlitwa?
- Nie powinienem tak go lekceważyć – zauważył poniewczasie. Wtem wpadła mu do głowy szaleńcza myśl. W ich sytuacji czas na racjonalne myślenie skończył się już dawno.
- Osłaniaj mnie – polecił Patrimowi i rozsiadł się wygodnie na ziemi. Młodszy czarodziej otworzył szeroko oczy ze zdumienia
- Co robisz? – spytał
- Coś głupiego!
Więcej Lyron nie chciał zdradzić. Wyciągnął zza pasa żółtą kredę i zaczął kreślić nią na podłodze różne dziwne wzory. Otworzył także jeden z woreczków, zawierający sypką, błękitną substancje. Posypał nią postawione uprzednio znaki, po czym znowu zaczął  rysować. Czynności te powtarzał kilka razy. Od razu spostrzegł to Issurel, rozpoznając wzór zaklęcia, jakie przygotowywał nekromanta.
- Robaku! – krzyknął – Łudzisz się, że dasz radę przejąć władzę nad moimi podopiecznymi?! Jesteś równie arogancki co głupi!
Lyron zbył licza milczeniem. Miał inne problemy. Pozbawiony pomocy Patrim coraz gorzej radził sobie z przeciwnikami. Po dłuższym okresie ostrzeliwania ich z daleka udało im się skrócić dystans i przejść do walki wręcz. Młody nekromanta smagał swoim sztyletem na prawo i lewo, ale przewaga liczebna ożywieńców przytłaczała go.
Niespodziewanie dla wszystkich podniósł się Zagrath. Od razu ruszył do walki. Jego sękaty kij ponownie zaczął siać popłoch w szeregach nieprzyjaciół. Udało mu się rozbić grupkę otaczającą Patrima, a nawet odrzucić ich kilka kroków do tyłu. W oczach kapłana widać było wielką moc. Nagle uniósł obie ręce do góry. Ziemie zatrzęsła się a z kamiennego stropu zaczęły spadać wielkie odłamki skalne, przygniatając stłoczonych nieumarłych. Jeden, szczególnie duży głaz zablokował wejście do grobowca, odcinając dopływ nowych podwładnych Issurela.
Odciął też drogę ucieczki czarodziejom i kapłanowi. W ferworze walki nikt jednak na to uwagi nie zwrócił. Lyron kończył już rysować wzór zaklęcia. Jeszcze tylko ostatnie kreski. Wbrew jednak przypuszczeniom licza, nekromanta miał inny czar na myśli. Zdawałoby się, że identyczny, jednak w swej pysze prorok nie dostrzegł subtelnej różnicy. Ostatnią, zamykającą wzór kreskę Lyron nakreślił w odwrotnej formie niż powinien. A raczej niż Issurel się spodziewał. Na koniec skropił wzór swoją krwią z nacięcia na palcu wskazującym. O to samo poprosił Patrima
- Sam nie dam rady – wyjaśnił mu, wystrzeliwszy przy okazji kilka kościanych włóczni w zamierzającego się na młodego nekromantę ożywieńca. Gdy już krew obu nekromantów skropiła zaklęcie, starszy z nich rozpoczął cichą recytację. I tu też zamienił dyskretnie kilka słów. Nagle błękitno-żółty wzór roziskrzył się i uniósł w powietrze. Issurel widząc to uśmiechnął się tylko ironicznie. Jakie było jego zdziwienie, gdy zaklęcie nie rozszczepiło się na całą komnatę, tak jak powinno. Iskrząca formuła zapadła się w sobie i z pomknęła z prędkością światła w licza. Lyron wiedział co robi. Czar niósł w sobie wielką moc. Taką jak jego bardziej znany odpowiednik, dający rzucającemu je magowi władzę nad wszystkimi nieumarłymi na danym obszarze. To jednak zaklęcie skierowane zostało w Issurela
- Nekromanci mają władzę nad umarłymi, prawda? – szepnął Lyron do Patrima, przygotowując go na to co zaraz się wydarzy. Nie minęła chwila a nekromanci poczuli w umyśle obecność licza. Bardzo silną obecność. Dopiero wtedy ujrzeli całą jego potęgę. Młodszy z nich aż się zachwiał z wysiłku. Od razu ujrzał to Zagrath i z większym jeszcze zapałem zaczął rozdawać ciosy przeciwnikom. Również Amaron i feniks skupili się na osłanianiu nekromantów. Wielkim wysiłkiem postawili w jednym brzegu komnaty ścianę z ognia. Powstrzymała ona kolejną grupkę ożywieńców. Nie na długo. Issurel od razu zaczął ją niszczyć promieniami antymaterii. Licz jednak też poczuł magię Lyrona i Patrima w swoich myślach
- Jak śmiesz?! – ryknął po raz kolejny zirytowany śmiałością swoich przeciwników – Poznasz teraz pełną potęgę Issurela!
Mówiąc to złapał oburącz swoją długą różdżkę a nad jego głową zaczęła powoli formować się kula antymaterii. Lyron i Patrim widząc to zdwoili wysiłki. Moc licza była olbrzymia, ale zaczynała powoli słabnąć. Nekromanci wiedzieli, że dzięki Zagrathowi nie ma już dostępu do ziemi i ich przeciwnik bierze na siebie koszty władania magią. Ciśnienie rozsadzało czaszkę Lyronowi ale on dzielnie próbował odesłać Issurela do grobu. Im więcej mocy wypływało do tworzącej się magicznej kuli tym łatwiej było przejmować władzę nad liczem. Efekty były powoli widoczne. Przywołane istoty traciły zwinność, stając się coraz bardziej ospałe. Kontrola Issurela nad nimi wyraźnie słabła. Czas jednak uciekał. Prorok miał już gotowy swój olbrzymi pocisk. Kula antymaterii wielkości stołu czekała na jeden znak nieumarłego czarodzieja. Issurel zrobił ten znak. Amaron był szybszy. Gdy licz zamachnął się różdżką by wysłać w nich swój śmiercionośny czar, niewielka kula ognia trafiła go w rękę. Zaklęcie nie znikło, ale zaskoczony prorok stracił kontrolę nad jego lotem. Miast uderzyć w zebranych na dole przeciwników, pocisk roztrzaskał się na jednej ze ścian. Na ziemię runęła kamienna lawina, a fragment stropu  obsunął się w dół. Rozwścieczony licz spróbował jeszcze raz. Jednak zabrakło mu sił. Nekromanci poczuli, że nieprzyjaciel jest już u kresu. Zdwoili wysiłki. Patrim był tak wyczerpany, że ledwo trzymał się na nogach ale wysłał liczowi jeszcze jeden, ostatni rozkaz odesłania. To samo uczynił Lyron. Nagle Issurel padł na kolana. Jego skóra zaczęła nabierać żywych kolorów. Od razu jednak wykwitły na niej liczne sińce a z ran zaczęła płynąć gęsta krew.
- Niemożliwe! – próbował krzyknąć, ale nie dobył z siebie nic prócz słabego szeptu
- Co się stało? – zdziwiony Amaron przystanął. Otaczający go ożywieńcy jak jeden mąż padli na ziemię
- Odwróciliśmy przemianę – wyszeptał Patrim i też padł na kamienną podłogę.
Nagle usłyszeli huk. Z osłabionego stropu zaczęły na powrót spadać kamienie. Komnata groziła zawaleniem. Ostatkiem sił Lyron wskoczył na schody i dobiegł do krańcowo wyczerpanego przeciwnika. Złapał go za szyję, podniósł do góry i wymierzył w niego swój kris
- Nie jesteś bogiem – wysapał – uświadom to sobie!
I wepchnął mu nóż w pierś, tuż pod mostkiem. Wyrostek mieczykowaty – centralny punkt ciała. Ostatni płomień nekromanckiej magii opuścił ciało proroka. Issurel był martwy. Całkiem.

              *             *             *             *             *             *             *             *             *  
Z komnaty Issurela wyprowadził ich Zagrath. Natchniony przez boga ziemi, Vellara znalazł właściwą drogę w labiryncie skalnych jaskiń. Jak się okazało, wiodła ona do grobowca pokonanego przez nich proroka a na jej końcu znajdowała się wnęka, w której wcześniej ukryli się przed wyznawcą proroka. Batalia z Issurelem trwała prawie całą noc i kiedy wyszli z grobowca przywitała ich poranna mgła. Wszyscy z radością zaczerpnęli świeżego, chłodnego jak na tę okolicę powietrza. Wyczerpani ale szczęśliwi podążyli w swoją ostatnią już drogę tej przygody. W Ursalisie czarodzieje spędzili cały następny dzień, głównie w komnatach świątyni Vellara, gdzie wdzięczni kapłani zaoferowali im gościnę
- Lepiej późno niż wcale – marudził jak zawsze, choć już trochę mniej niż kiedyś, nieufny w stosunku do kapłanów Lyron.
Wyznawcy Vellara, na czele z Zagrathem chcieli obsypać nekromantów złotem i innymi podarunkami, ale ci nie zgodzili się na nic więcej poza niewielką sakiewkę złota.
- Rekompensata za wykorzystane rekwizyty – odpowiedzieli z uśmiechem.
Kiedy nadszedł dzień wyjazdu, przed wejściem do przyświątynnej stajni odwiedził ich jeszcze Zagrath. Kolejny raz przepraszał za jego niemiłe zachowanie i rzucane pod adresem ich szkoły magii komentarze.
- Miałeś rację – zwrócił się do Lyrona – mówiąc, że jeszcze ci będę dziekował.
- Tobie też należą się podziękowania – skontrował nekromanta – to co zrobiłeś tam w komnacie Issurela było niesamowite
- To nie ja – odparł skromnie kapłan – Vellar mnie wtedy prowadził
- Może i masz rację – nekromanta uścisnął rękę Zagratha, uśmiechnął się i w swoim stylu dodał – powinienem chyba więcej się modlić
- Nie drwij, nekromanto – tymi słowami kapłan zakończył rozmowę. Pozdrowił ich jeszcze jakimś kapłańskim błogosławieństwem i wrócił do świątyni.
Nekromanci osiodłali konie i ruszyli w stronę południowego wyjścia z miasta – Bramy Handlarzy. Wychodząca od niej droga prowadziła do biegnącego u stóp miejskiego płaskowyżu szlaku handlowego, po drodze mijając nędzne zabudowania Przedmurza. Zaraz za nią czekał oparty o mur Amaron. Pozdrowił ich z uśmiechem na twarzy i podszedł do karego rumaka Lyrona.
- Rada czuwa nad wszystkim – nekromanta przypomniał sobie cierpko jedno z haseł przyświecających działalności tej czarodziejskiej organizacji
- Uciekacie bez pożegnania? – w głosie czarodzieja ognia czuć było jednak szczere rozbawienie – Bohaterowie całej okolicy zasługują chyba na kilka słów podziękowania i należnego im podziwu.
- Nie przesadzaj, każdy z nas włożył w to wiele wysiłku. Ważne, że nasz boski kolega poszedł do piachu – Lyron uśmiechnął się równie szeroko, po czym dodał, nie bez złośliwości – Możesz przekazać Radzie, że naznaczoną pokutę odprawiłem.
Słysząc te słowa Amaron nieznacznie tylko uniósł kąciki ust i spytał
- Dlaczego sam jej tego nie powiesz?
- Kpisz sobie ze mnie? – Lyron nie krył rozbawienia – Jeszcze się upomną o jakieś kolejne zadośćuczynienie
Teraz nawet starszy mag, zazwyczaj powściągliwy, wyszczerzył zęby. Był ambasadorem Rady Czarodziejów i od podszewki znał zasady jej działania, dlatego doskonale rozumiał nekromantę.
- Skoro nie wyruszacie na Wyspy to dokąd? – chcąc, nie chcąc musiał zadać to pytanie. Prywatne zdanie to jedno a obowiązki wobec Rady drugie. Nie liczył jednak na jakąś szczegółową odpowiedź więc nie był zdziwiony gdy Lyron tylko wzruszył ramionami i odrzekł
- W świat szeroki przyjacielu, tam gdzie nas jeszcze nie było – mówiąc to dotknął dłonią ramienia Amarona  – Miło było Cię poznać. Trzymaj się!
Po czym razem z Patrimem zwrócili konie w stronę traktu i ruszyli stępem, ostrożnie lawirując między gruzami zaścielającymi przebiegający przez Przedmurze odcinek drogi.
- Obyście nigdy nie zwątpili w Magię! – rzucił za nimi czarodziej. Z dwóch nekromantów te słowa usłyszał chyba tylko Patrim, ponieważ odwrócił się w siodle i wykonał czarodziejski gest pozdrowienia.
- Dobry chłopak z tego młodziaka, szkoda tylko, że aż tak wpatrzony w Lyrona - westchnął Amaron odjeżdżając  w stronę miasta. Zamierzał tam spędzić jeszcze dzień czy dwa pisząc szczegółowy raport z wydarzeń ostatnich dni. Trochę zazdrościł Lyronowi wolności i swobody, ale pocieszał się tym, że w przeciwieństwie do nekromanty zrobił karierę w Radzie.
Słońce stało w zenicie, gdy Lyron z Patrimem dotarli do szlaku, prowadzącego w stronę Urogu. Na równo ubitym trakcie mogli w końcu wyprostować się w siodle, bez potrzeby ciągłego wyszukiwania przeszkód, na których ich wierzchowce mogłyby sobie zrobić krzywdę. Nagle, zamyślony do tej pory Patrim odezwał się nieśmiało 
- Nie myślałeś czasem nad tym, że w zasadzie Issurel działał w słusznej sprawie? Pobudki jakie nim kierowały nie były może szlachetne, ale poznawszy bliżej jego historię nie osądzałbym go tak pochopnie
Słysząc te słowa Lyron zmierzył towarzysza groźnym wzrokiem. Patrim od razu skarcił się w duchu za głupie pytanie, oczekując na porządną reprymendę. Czarnowłosy nekromanta jednak tylko uśmiechnął się, widząc podenerwowanie towarzysza.
- Czytałeś Żywoty przeklętych Virgenusa? Każdy z nich, na swój sposób miał dobre intencje.
- A nieśmiertelność? – młody nekromanta nie ustępował – Może rzeczywiście był blisko jej odkrycia. Przecież to piękna idea?
Lyron zamyślił się. Patrim, tak jak wielu w jego wieku, był jeszcze idealistą. Większość nekromantów na początku swej magicznej drogi jest zafascynowana tematem nieśmiertelności. Potem jednak życie dość boleśnie daje im do zrozumienia, że kwestia ta nigdy nie wyjdzie poza sferę snów i marzeń. Lyron sam przechodził ten okres więc rozumiał młodszego kolegę. Jednak kiedy się w końcu odezwał, w jego głosie czuć było delikatną nutkę ironii
- Wiesz, spotkałem już kilku nieśmiertelnych. Za takich się przynajmniej uważali. I wiesz jak się te spotkania kończyły?
- Tak jak z Issurelem? – nieśmiało zasugerował Patrim.

Lyron nic nie odpowiedział. Ze śmiechem, który zabrzmiał naprawdę złowrogo, poklepał towarzysza po plecach, spiął konia ostrogami i ruszył galopem, zostawiając za plecami tonący w słońcu Ursalis, uwolniony szczęśliwie od plagi wyznawców człowieka, który chciał zostać bogiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz