Wąska leśna
ścieżyna zdawała się nie mieć końca. Po obu jej stronach rosło mrowie
przeróżnych drzew i krzewów, skutecznie odgradzając ścieżkę od reszty lasu.
Korony wysokich drzew łączyły się u góry tworząc naturalną kopułę, przez którą
leniwie sączyło się światło lipcowego słońca. Dzień był upalny ale pod gęstym
poszyciem nie było to tak odczuwalne.
Ścieżką tą
szedł ubrany w zgrzebną, szaro-brązową szatę młody mężczyzna. Za rzemyk,
spinający u pasa jego strój zatkniętą miał krótką, wykonaną z jasnego drewna
różdżkę. Na jej szczycie umocowana była niewielka, ropusza czaszka, której
sklepienie upstrzono malutkimi drobinkami szmaragdu, jaśniejącymi w promieniach
słońca delikatną zieloną poświatą.
Mężczyzna, a
właściwie jeszcze chłopiec miał czarne, sięgające do ramion, kręcone włosy,
których niesforne kosmyki wpadały mu do dużych, brązowych oczu tak, że musiał
je sobie co chwilę poprawiać. Chłopiec na imię miał Lyron i był młodym adeptem
czarodziejskiej sztuki nekromancji. Kilka metrów nad jego głową frunął, ciężko
machając skrzydłami ciemnobrązowo ubarwiony jastrząb. Nie byłoby w nim nic
dziwnego gdyby nie to, że tu i ówdzie brakowało mu piór a jego ciało znaczyły
już pierwsze oznaki rozkładu. Jastrząb ten był bowiem stworzeniem powołanym do
życia przez młodego nekromantę. Pierwszym stworzeniem.
Lyron wraz z
kilkoma innymi adeptami sztuki nekromancji został wysłany przez Mistrzów do
tego lasu w celu zdobycia swojego pierwszego nieumarłego sługi. Zadanie to
utrudniał jednak fakt, że ożywiona istota nie mogła być przez nich zabita.
Każdy z uczniów musiał wyszukać martwe już ciało, kierując się swoim zmysłem
wyczuwania cienkiej granicy między życiem a śmiercią. Zmysł ten przez pierwsze
dni zwodził Lyrona, doprowadzając go tylko do niewartych zachodu trucheł leśnych gryzoni a gdy już wskazywał mu jakieś
większe zwierzę to było ono zbyt zdeformowane by móc się nim zajmować. Dopiero
trzeciego dnia poszukiwań młody nekromanta natrafił na ciekawy okaz –
blisko metrowej długości żmiję, której tułów nosił ślady stratowania przez jakieś
kopytne zwierzę. Mimo wszystko była w na tyle dobrym stanie, że Lyron
przystąpił do jej wskrzeszania. Niestety, czy to z braku umiejętności, czy ze
zrządzenia losu ożywiana żmija obróciła się w proch. Młody adept miał jednak
szczęście. Zawsze istnieje ryzyko, że nekromanta utraci władzę nad przyzwanym
stworzeniem i zwróci się ono przeciwko niemu. Niejeden już, nawet doświadczony
czarodziej życiem przypłacił taki błąd. Kiedy wydawało się, że Lyron wróci na
Wyspy Magii z niczym, piątego dnia swojej wędrówki natrafił na świetnie
zachowane zwłoki młodego jastrzębia. Pomny poprzedniego niepowodzenia tym razem
cały rytuał przeprowadził powoli i dokładnie, co zakończyło się sukcesem.
Zdobywszy swoje pierwsze stworzenie adept nekromancji mógł ruszyć do znajdującego
się we wschodniej części lasu Portalu. Była to wyrzeźbiona z kamienia brama,
pozwalająca posiadającym odpowiedni Klucz Dostępu przenieść się na Wyspy Magii,
główną siedzibę czarodziejów. Każdy z uczniów otrzymał taki klucz i nauczył się
wyczuwać obecność Portali. Dzięki tej umiejętności Lyron mógł łatwo odnaleźć
wśród leśnej gęstwiny drogę powrotną. Musiał się spieszyć. Mistrzowie magii na
wykonanie tego zadania dali im tylko siedem dni i na tyle dni też prowiantu.
Wagą powrotu o czasie było więc nie tylko uznanie w oczach nauczycieli ale i
własne życie.
Szósty dzień pobytu w lesie powoli zamieniał się w wieczór, ale Lyron czuł, że Portal znajduje się niedaleko i najpóźniej jutro około południa powinien do niego dotrzeć. Leśna ścieżka wiła się zygzakami wśród grubych pni drzew i omszałych głazów ale niezmiennie wiodła na wschód.
Szósty dzień pobytu w lesie powoli zamieniał się w wieczór, ale Lyron czuł, że Portal znajduje się niedaleko i najpóźniej jutro około południa powinien do niego dotrzeć. Leśna ścieżka wiła się zygzakami wśród grubych pni drzew i omszałych głazów ale niezmiennie wiodła na wschód.
Nagle Lyron
zatrzymał się. W powietrzu wyczuć można było delikatną emanację życiowej
energii powoli przenikającej w odmęty śmierci. Zdziwiło go to, ponieważ
świadomie nie próbował wcale wyczulić się na magię. Pomimo, że wydawała się
słaba, emanacja ta musiała być na tyle silna, żeby przeniknąć bariery
świadomości czarodzieja. Kto wie, być może gdzieś tam w leśnych ostępach umiera
człowiek? Poligony czarodziejów, jak je wszyscy na Wyspach nazywali, ulokowane
były w różnych stronach świata, zazwyczaj z dala od ludzkich siedzib. Jak się
jednak miało okazać, nie do końca.
Początkujący
nekromanta wytężył zmysły i spróbował zlokalizować źródło tego wrażenia. Od
razu zalała go masa różnych aur odchodzących z tego świata istot. W większości
były to zwierzęta o znikomej wręcz energii, jednak ich mnogość sprawiła, że na
chwilę właściwe odczucie zlało się z innymi. Lyron skupił się jeszcze bardziej
i zaczął usuwać ze swojego umysłu zbędne emanacje. W końcu mógł już wyraźniej
dostrzec srebrzystobiałą smugę sączącą się wśród drzew. Nie namyślając się
długo ruszył za nią. Łuna umierającej istoty zmusiła go do zejścia z głównego
szlaku w ledwie widoczną, wydeptaną najpewniej przez zwierzęta, niknącą w
leśnej głuszy ścieżynę. Ostre gałęzie drzew i krzewów co chwilę kłuły go w
twarz a pędy zaścielające drogę przylepiały się do butów. On jednak
niestrudzenie szedł dalej a łuna nabierała mocy. Czuł też, że powoli oddala się
od Portalu, miał jednak jeszcze jeden dzień zapasu więc się tym zbytnio nie
przejmował. Jego nieumarły jastrząb także z trudem przedzierał się przez
zarośla, Lyron jednak nie odwoływał go. Każda chwila kontroli nad ptakiem
sprawiała, że coraz lepiej potrafił nim kierować.
Nagle drzewa
zaczęły się przerzedzać i w oddali młody nekromanta mógł dostrzec szeroką,
oświetloną wieczornym słońcem polanę. Wyczuł także obecność jeszcze jednej
istoty, człowieka, czarodzieja. Zwolnił kroku i po cichu podkradł się do skraju
polany. Widok jaki ujrzał przeraził go.
Na omszałym pniu siedział spokojnie Enon Butral, jeden z adeptów, wysłany tu wraz z Lyronem i innymi. Jego wąskie, stalowoszare oczy ze spokojem patrzyły na leżącego w kałuży krwi wilka a z pociągłej, brodatej twarzy nie schodził tryumfalny uśmiech. Zwierzę było już zbyt wycieńczone by wyć a z jego uwięzionej w sidłach łapy sączyła się powoli krew. Biedna istota złapała się najpewniej w pułapkę zastawioną przez kłusownika na grubszą zwierzynę.
Na omszałym pniu siedział spokojnie Enon Butral, jeden z adeptów, wysłany tu wraz z Lyronem i innymi. Jego wąskie, stalowoszare oczy ze spokojem patrzyły na leżącego w kałuży krwi wilka a z pociągłej, brodatej twarzy nie schodził tryumfalny uśmiech. Zwierzę było już zbyt wycieńczone by wyć a z jego uwięzionej w sidłach łapy sączyła się powoli krew. Biedna istota złapała się najpewniej w pułapkę zastawioną przez kłusownika na grubszą zwierzynę.
- Co ty na
bogów wyprawiasz?! – Lyron nie wytrzymał i wbiegł rozzłoszczony na polanę.
- Siedzę i
czekam cierpliwie. Nie uczyli cię, że cierpliwość jest cnotą niezbędną w naszym
fachu? – odpowiedział mu ze spokojem i ironią Enon.
Wszystkim
adeptom było wiadomo, że ci dwaj nie przepadają za sobą. Enon, dwa lata starszy
od Lyrona był synem bogatego szlachcica z jednego z krajów na Zachodzie.
Wszystkie problemy zazwyczaj rozwiązywał swoją pokaźną sakiewką, co niezmiernie
irytowało Lyrona. Enon był też karierowiczem i dla zrealizowania swych celów
nie zawahałby się przed niczym. Starszy z początkujących czarodziejów w każdym
widział rywala i bał się, że mieszkający na Wyspach od dziecka sierota Lyron
może cieszyć się większą przychylnością Mistrzów od niego.
-
Cierpliwość jest cnotą ale ludzkie odruchy też nią są – odparł Lyron, próbując
opanować wzburzenie. Domyślał się co planuje drugi adept i brzydziło go to –
Dlaczego nie skrócisz męczarni temu biednemu zwierzęciu?
- Choćbym
chciał to nie mogę, przykro mi – głos Enona, choć opanowany pełen był jadu.
Odwrócił wzrok w stronę umierającego wilka, którego każdy kolejny oddech był
coraz słabszy – Jak mógłbym go potem
ożywić, skoro to ja bym go zabił? Nie pamiętasz co mówili Mistrzowie?
W Lyronie
zawrzało. Zacisnął pięści i wbił ostre spojrzenie w starszego ucznia.
- Pamiętam!
Pewnie, że pamiętam! To ty zdajesz się nie pamiętać nauk, których nam
udzielali! Kazali nam znęcać się nad słabszymi? Nie udzielać pomocy?!
- A kogo
obchodzi jeden wilk? – odparował Enon, na którym udzielona mu reprymenda raczej
nie zrobiła wrażenia – Niedługo zdechnie i jaki będzie z niego pożytek? A jak
go potem ożywię to się przynajmniej komuś do czegoś przyda.
- Taaak.
Myślisz, że ci się uda? – warknął Lyron – Że ty, wielki i bogaty Enon Butral
wrócisz na Wyspy z nieumarłym wilkiem? Trzeba było znaleźć jakąś hienę! Ona by
lepiej do ciebie pasowała! Myślisz, że nam tym zaimponujesz? Że cię wszyscy
będą podziwiać i chwalić? Tego chcesz?! Dla chwały i poklasku poświęcić ludzkie
uczucia?
- Ludzkie
uczucia okazuje się ludziom, nie zwierzętom. A teraz z łaski swojej, mógłbyś mi
nie przeszkadzać? Wilczek zaraz padnie a ja się muszę przygotować.
Tego już
było za wiele. Pogarda i ironia a przede wszystkim stoicki spokój w głosie
Enona przelały czarę goryczy. Młodszy z nekromantów nie wytrzymał. Wyciagnął
zza pasa swą magiczną różdżkę i wycelował w wilka.
- A więc
dobrze! – krzyknął – Zrobię co konieczne i ci już nie przeszkadzam!
Lyron zamknął
oczy, wyciszył umysł i połączył się z mocą zaświatów. Na końcu różdżki zaczęło
materializować się zielono-czarne światło. Kula antymaterii.
- Co robisz,
głupcze?! – Enon Butral w sekundzie utracił całe swoje opanowanie.
- To co do
mnie należy!
Lyron
machnął różdżką i kula pomknęła w stronę leżącego wilka. Trafiła idealnie. Nie
dość, że ukróciła katusze zwierzęcia to jeszcze zniszczyła mu całą klatkę
piersiową. W środku klatki piersiowej bowiem znajdował się punkt, w którym
zbiegała się cała energia życia i śmierci. Punkt, bez którego kontrola nad
ożywieńcem nie była możliwa.
- Nie! –
krzyk starszego adepta był pełen gniewu i rozpaczy –Ty gnoju!
W
okamgnieniu w ręku Enona znalazła się jego własna różdżka. Nim jednak zdołał
wycelować ją w rywala głośny krzyk rozdarł powietrze. To nieumarły jastrząb
Lyrona sfrunął z gałęzi jednego z drzew i zawisł przed twarzą Enona.
- Nie
ryzykowałbym – młodszy nekromanta odzyskał swój spokój. Teraz w pełni
kontrolował sytuację – Jeden ruch a mój jastrząb wydłubie ci oczy.
- Jeszcze mi
za to zapłacisz! – hardo odparował Enon, jednak pokornie schował różdżkę za
pas. Był na tyle inteligentny by wiedzieć, że ta partia jest już przegrana.
Dumnie wyprostowany powoli opuścił polanę.
Lyron
odprowadził go wzrokiem i odczekawszy kilkanaście minut ruszył wąską, leśną
ścieżyną w drogę powrotną. Nie chciał ryzykować, że pałający żądzą zemsty
Butral zaczai się na niego w ciemnościach. Słońce już zaszło i tylko księżyc
rozświetlał niebo a między gałęziami wysokich drzew szybował majestatycznie
nieumarły jastrząb.
* * * * * * *
Enon Butral
nigdy nie spełnił rzuconej na pożegnanie groźby. Po pasowaniu na czarodzieja
ich drogi rozeszły się. Kilka lat później Lyron dowiedział się o tragicznej
śmierci rywala. Dumny i hardy Enon Butral zakończył swój żywot z osikowym
kołkiem w piersi, zabity przez wieśniaków. Podobno zamiast wyleczyć ich sołtysa
z gorączki pozwolił mu umrzeć a później chciał ożywić jako swojego sługę. Cóż,
przynajmniej ten jeden sęp uniknął rozgłosu i światowej sławy.
Przyjemny odpoczynek od codzienności.
OdpowiedzUsuń