środa, 18 lutego 2015

Sęp

Wąska leśna ścieżyna zdawała się nie mieć końca. Po obu jej stronach rosło mrowie przeróżnych drzew i krzewów, skutecznie odgradzając ścieżkę od reszty lasu. Korony wysokich drzew łączyły się u góry tworząc naturalną kopułę, przez którą leniwie sączyło się światło lipcowego słońca. Dzień był upalny ale pod gęstym poszyciem nie było to tak odczuwalne.
Ścieżką tą szedł ubrany w zgrzebną, szaro-brązową szatę młody mężczyzna. Za rzemyk, spinający u pasa jego strój zatkniętą miał krótką, wykonaną z jasnego drewna różdżkę. Na jej szczycie umocowana była niewielka, ropusza czaszka, której sklepienie upstrzono malutkimi drobinkami szmaragdu, jaśniejącymi w promieniach słońca delikatną zieloną poświatą.
Mężczyzna, a właściwie jeszcze chłopiec miał czarne, sięgające do ramion, kręcone włosy, których niesforne kosmyki wpadały mu do dużych, brązowych oczu tak, że musiał je sobie co chwilę poprawiać. Chłopiec na imię miał Lyron i był młodym adeptem czarodziejskiej sztuki nekromancji. Kilka metrów nad jego głową frunął, ciężko machając skrzydłami ciemnobrązowo ubarwiony jastrząb. Nie byłoby w nim nic dziwnego gdyby nie to, że tu i ówdzie brakowało mu piór a jego ciało znaczyły już pierwsze oznaki rozkładu. Jastrząb ten był bowiem stworzeniem powołanym do życia przez młodego nekromantę. Pierwszym stworzeniem.
Lyron wraz z kilkoma innymi adeptami sztuki nekromancji został wysłany przez Mistrzów do tego lasu w celu zdobycia swojego pierwszego nieumarłego sługi. Zadanie to utrudniał jednak fakt, że ożywiona istota nie mogła być przez nich zabita. Każdy z uczniów musiał wyszukać martwe już ciało, kierując się swoim zmysłem wyczuwania cienkiej granicy między życiem a śmiercią. Zmysł ten przez pierwsze dni zwodził Lyrona, doprowadzając go tylko do niewartych zachodu trucheł  leśnych gryzoni a gdy już wskazywał mu jakieś większe zwierzę to było ono zbyt zdeformowane by móc się nim zajmować. Dopiero trzeciego dnia poszukiwań młody nekromanta natrafił na ciekawy okaz – blisko metrowej długości żmiję, której tułów nosił ślady stratowania przez jakieś kopytne zwierzę. Mimo wszystko była w na tyle dobrym stanie, że Lyron przystąpił do jej wskrzeszania. Niestety, czy to z braku umiejętności, czy ze zrządzenia losu ożywiana żmija obróciła się w proch. Młody adept miał jednak szczęście. Zawsze istnieje ryzyko, że nekromanta utraci władzę nad przyzwanym stworzeniem i zwróci się ono przeciwko niemu. Niejeden już, nawet doświadczony czarodziej życiem przypłacił taki błąd. Kiedy wydawało się, że Lyron wróci na Wyspy Magii z niczym, piątego dnia swojej wędrówki natrafił na świetnie zachowane zwłoki młodego jastrzębia. Pomny poprzedniego niepowodzenia tym razem cały rytuał przeprowadził powoli i dokładnie, co zakończyło się sukcesem. Zdobywszy swoje pierwsze stworzenie adept nekromancji mógł ruszyć do znajdującego się we wschodniej części lasu Portalu. Była to wyrzeźbiona z kamienia brama, pozwalająca posiadającym odpowiedni Klucz Dostępu przenieść się na Wyspy Magii, główną siedzibę czarodziejów. Każdy z uczniów otrzymał taki klucz i nauczył się wyczuwać obecność Portali. Dzięki tej umiejętności Lyron mógł łatwo odnaleźć wśród leśnej gęstwiny drogę powrotną. Musiał się spieszyć. Mistrzowie magii na wykonanie tego zadania dali im tylko siedem dni i na tyle dni też prowiantu. Wagą powrotu o czasie było więc nie tylko uznanie w oczach nauczycieli ale i własne życie.
Szósty dzień pobytu w lesie powoli zamieniał się w wieczór, ale Lyron czuł, że Portal znajduje się niedaleko i najpóźniej jutro około południa powinien do niego dotrzeć. Leśna ścieżka wiła się zygzakami wśród grubych pni drzew i omszałych głazów ale niezmiennie wiodła na wschód.
Nagle Lyron zatrzymał się. W powietrzu wyczuć można było delikatną emanację życiowej energii powoli przenikającej w odmęty śmierci. Zdziwiło go to, ponieważ świadomie nie próbował wcale wyczulić się na magię. Pomimo, że wydawała się słaba, emanacja ta musiała być na tyle silna, żeby przeniknąć bariery świadomości czarodzieja. Kto wie, być może gdzieś tam w leśnych ostępach umiera człowiek? Poligony czarodziejów, jak je wszyscy na Wyspach nazywali, ulokowane były w różnych stronach świata, zazwyczaj z dala od ludzkich siedzib. Jak się jednak miało okazać, nie do końca.
Początkujący nekromanta wytężył zmysły i spróbował zlokalizować źródło tego wrażenia. Od razu zalała go masa różnych aur odchodzących z tego świata istot. W większości były to zwierzęta o znikomej wręcz energii, jednak ich mnogość sprawiła, że na chwilę właściwe odczucie zlało się z innymi. Lyron skupił się jeszcze bardziej i zaczął usuwać ze swojego umysłu zbędne emanacje. W końcu mógł już wyraźniej dostrzec srebrzystobiałą smugę sączącą się wśród drzew. Nie namyślając się długo ruszył za nią. Łuna umierającej istoty zmusiła go do zejścia z głównego szlaku w ledwie widoczną, wydeptaną najpewniej przez zwierzęta, niknącą w leśnej głuszy ścieżynę. Ostre gałęzie drzew i krzewów co chwilę kłuły go w twarz a pędy zaścielające drogę przylepiały się do butów. On jednak niestrudzenie szedł dalej a łuna nabierała mocy. Czuł też, że powoli oddala się od Portalu, miał jednak jeszcze jeden dzień zapasu więc się tym zbytnio nie przejmował. Jego nieumarły jastrząb także z trudem przedzierał się przez zarośla, Lyron jednak nie odwoływał go. Każda chwila kontroli nad ptakiem sprawiała, że coraz lepiej potrafił nim kierować.
Nagle drzewa zaczęły się przerzedzać i w oddali młody nekromanta mógł dostrzec szeroką, oświetloną wieczornym słońcem polanę. Wyczuł także obecność jeszcze jednej istoty, człowieka, czarodzieja. Zwolnił kroku i po cichu podkradł się do skraju polany. Widok jaki ujrzał przeraził go.
Na omszałym pniu siedział spokojnie Enon Butral, jeden z adeptów, wysłany tu wraz z Lyronem i innymi. Jego wąskie, stalowoszare oczy ze spokojem patrzyły na leżącego w kałuży krwi wilka a z pociągłej, brodatej twarzy nie schodził tryumfalny uśmiech. Zwierzę było już zbyt wycieńczone by wyć a z jego uwięzionej w sidłach łapy sączyła się powoli krew. Biedna istota złapała się najpewniej w pułapkę zastawioną przez kłusownika na grubszą zwierzynę.
- Co ty na bogów wyprawiasz?! – Lyron nie wytrzymał i wbiegł rozzłoszczony na polanę.
- Siedzę i czekam cierpliwie. Nie uczyli cię, że cierpliwość jest cnotą niezbędną w naszym fachu? – odpowiedział mu ze spokojem i ironią Enon.
Wszystkim adeptom było wiadomo, że ci dwaj nie przepadają za sobą. Enon, dwa lata starszy od Lyrona był synem bogatego szlachcica z jednego z krajów na Zachodzie. Wszystkie problemy zazwyczaj rozwiązywał swoją pokaźną sakiewką, co niezmiernie irytowało Lyrona. Enon był też karierowiczem i dla zrealizowania swych celów nie zawahałby się przed niczym. Starszy z początkujących czarodziejów w każdym widział rywala i bał się, że mieszkający na Wyspach od dziecka sierota Lyron może cieszyć się większą przychylnością Mistrzów od niego.
- Cierpliwość jest cnotą ale ludzkie odruchy też nią są – odparł Lyron, próbując opanować wzburzenie. Domyślał się co planuje drugi adept i brzydziło go to – Dlaczego nie skrócisz męczarni temu biednemu zwierzęciu?
- Choćbym chciał to nie mogę, przykro mi – głos Enona, choć opanowany pełen był jadu. Odwrócił wzrok w stronę umierającego wilka, którego każdy kolejny oddech był coraz słabszy  – Jak mógłbym go potem ożywić, skoro to ja bym go zabił? Nie pamiętasz co mówili Mistrzowie?
W Lyronie zawrzało. Zacisnął pięści i wbił ostre spojrzenie w starszego ucznia.
- Pamiętam! Pewnie, że pamiętam! To ty zdajesz się nie pamiętać nauk, których nam udzielali! Kazali nam znęcać się nad słabszymi? Nie udzielać pomocy?!
- A kogo obchodzi jeden wilk? – odparował Enon, na którym udzielona mu reprymenda raczej nie zrobiła wrażenia – Niedługo zdechnie i jaki będzie z niego pożytek? A jak go potem ożywię to się przynajmniej komuś do czegoś przyda.
- Taaak. Myślisz, że ci się uda? – warknął Lyron – Że ty, wielki i bogaty Enon Butral wrócisz na Wyspy z nieumarłym wilkiem? Trzeba było znaleźć jakąś hienę! Ona by lepiej do ciebie pasowała! Myślisz, że nam tym zaimponujesz? Że cię wszyscy będą podziwiać i chwalić? Tego chcesz?! Dla chwały i poklasku poświęcić ludzkie uczucia?
- Ludzkie uczucia okazuje się ludziom, nie zwierzętom. A teraz z łaski swojej, mógłbyś mi nie przeszkadzać? Wilczek zaraz padnie a ja się muszę przygotować.
Tego już było za wiele. Pogarda i ironia a przede wszystkim stoicki spokój w głosie Enona przelały czarę goryczy. Młodszy z nekromantów nie wytrzymał. Wyciagnął zza pasa swą magiczną różdżkę i wycelował w wilka.
- A więc dobrze! – krzyknął – Zrobię co konieczne i ci już nie przeszkadzam!
Lyron zamknął oczy, wyciszył umysł i połączył się z mocą zaświatów. Na końcu różdżki zaczęło materializować się zielono-czarne światło. Kula antymaterii.
- Co robisz, głupcze?! – Enon Butral w sekundzie utracił całe swoje opanowanie.
- To co do mnie należy!
Lyron machnął różdżką i kula pomknęła w stronę leżącego wilka. Trafiła idealnie. Nie dość, że ukróciła katusze zwierzęcia to jeszcze zniszczyła mu całą klatkę piersiową. W środku klatki piersiowej bowiem znajdował się punkt, w którym zbiegała się cała energia życia i śmierci. Punkt, bez którego kontrola nad ożywieńcem nie była możliwa.
- Nie! – krzyk starszego adepta był pełen gniewu i rozpaczy –Ty gnoju!
W okamgnieniu w ręku Enona znalazła się jego własna różdżka. Nim jednak zdołał wycelować ją w rywala głośny krzyk rozdarł powietrze. To nieumarły jastrząb Lyrona sfrunął z gałęzi jednego z drzew i zawisł przed twarzą Enona.
- Nie ryzykowałbym – młodszy nekromanta odzyskał swój spokój. Teraz w pełni kontrolował sytuację – Jeden ruch a mój jastrząb wydłubie ci oczy.
- Jeszcze mi za to zapłacisz! – hardo odparował Enon, jednak pokornie schował różdżkę za pas. Był na tyle inteligentny by wiedzieć, że ta partia jest już przegrana. Dumnie wyprostowany powoli opuścił polanę.
Lyron odprowadził go wzrokiem i odczekawszy kilkanaście minut ruszył wąską, leśną ścieżyną w drogę powrotną. Nie chciał ryzykować, że pałający żądzą zemsty Butral zaczai się na niego w ciemnościach. Słońce już zaszło i tylko księżyc rozświetlał niebo a między gałęziami wysokich drzew szybował majestatycznie nieumarły jastrząb.

*         *         *         *         *         *         *    

Enon Butral nigdy nie spełnił rzuconej na pożegnanie groźby. Po pasowaniu na czarodzieja ich drogi rozeszły się. Kilka lat później Lyron dowiedział się o tragicznej śmierci rywala. Dumny i hardy Enon Butral zakończył swój żywot z osikowym kołkiem w piersi, zabity przez wieśniaków. Podobno zamiast wyleczyć ich sołtysa z gorączki pozwolił mu umrzeć a później chciał ożywić jako swojego sługę. Cóż, przynajmniej ten jeden sęp uniknął rozgłosu i światowej sławy.

1 komentarz: